Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/Maciejewski+o+Wojtyszce%2C+jakiego+nie+znamy-64374

Maciejewski o Wojtyszce, jakiego nie znamy

  • Filmweb
  • autor: Łukasz Maciejewski
  • Artykuł
ŻYCIE Z TYGRYSEM
MACIEJ WOJTYSZKO, JAKIEGO NIE ZNAMY

Niby wiemy wszystko o Macieju Wojtyszce. To bardzo lubiany reżyser teatralny i filmowy, autor ciekawych dramatów biograficznych i uroczych książek dla dzieci z serii o Brombie. Jednak śledząc biografię tego reżysera, można odkryć w niej wiele niespodzianek.

WE WŁASNYM OGRODZIE

wojtyszko.JPG
Nie jestem entuzjastą ostatnich, z reguły przyjmowanych życzliwe filmów Macieja Wojtyszki: "Ogrodu Luizy" z 2007 roku, czy wchodzącego na ekrany "Świętego interesu". Sceptyczna opinia na temat najnowszych dokonań Wojtyszki w niczym nie umniejsza szacunku dla reżysera. Artykuł nie będzie zatem omówieniem nowych, odpowiednio nagłośnionych i opisanych w prasie produkcji autora "Syntezy". Mój cel jest inny. Chciałbym przedstawić filmową sylwetkę Macieja Wojtyszki, jakiego dotąd nie znaliśmy. Tropiciela zapoznanych biografii, wirtuoza telewizyjnego medium, autora inspirujących dokumentów.

Nie ma jednego Macieja Wojtyszki. Od początku kariery (reżyser skończył "Filmówkę" w 1972 roku) późniejszy twórca "Świętego interesu" budował swoją pozycję, grając sprzecznościami. Ma w dorobku zarówno wiarygodne, przemyślane i perfekcyjnie zrealizowane telewizyjne i sceniczne adaptacje utworów Mrożka, Bernharda i Gombrowicza, jak i ujmujące utwory dla dzieci, których był autorem – "Bromba i inni", "Saga rodu Klaptunów", "Tajemnica szyfru Marabuta". Wojtyszko sygnował swoim nazwiskiem zarówno "Ogród Luizy", jak i popularny sitcom "Miodowe lata".

ogródluizy.jpg
Swiety_interes_swieci_4191443.jpg


Jeżeli jednak musiałbym zestawić ze sobą te różne propozycje artystyczne, ich łącznikiem byłoby na pewno poczucie humoru reżysera. To specjalny rodzaj dowcipu – nie knajacki i żargonowy, ale opierający się na bon-mocie, wyrafinowanej grze słownej. Dowcip dość głęboko sięga w istotę rzeczywistości – mówił Wojtyszko w rozmowie z "Dziennikiem Polskim". I dodawał: Hegel kiedyś napisał, co lubię cytować, że zasada sprzeczności sięga głębiej w istotę bytu niż zasada tożsamości. A mówiąc językiem teatralnego slangu: ma być i śmieszno, i straszno. Jak w pożyciu z tygrysem.

bromba.jpg


Maciej Wojtyszko z upodobaniem, w różnych miejscach, w rozmaitych teatrach, adaptuje Wolterowskiego "Kandyda". To jego ulubiona lektura. W finale tej filozoficznej powiastki, [person=1194649]Wolter[/person] odrzuca twierdzenie, że żyjemy na "najlepszym z możliwych światów", sugerując, że należy po prostu "uprawiać własny ogródek". Przyglądając się dokonaniom Macieja Wojtyszki, można odnieść wrażenie, że reżyser od lat pozostaje wierny tej tezie. Rzadko na pierwszym planie, raczej chwalony niż nagradzany, uprawia swój uśmiechnięty ogródek.

WOJTYSZKO, MISTRZ, I MAŁGORZATA

Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku Wojtyszko wyreżyserował całą serię teatralnych i telewizyjnych superprzebojów: "Ławeczkę" Gelmana z Joanną Żółkowską i Januszem Gajosem; grany do dzisiaj monodram Krystyny Jandy - "Shirley Valentine" Willy;ego Russela (premiera odbyła się w 1990 roku!); "Burzliwe życie Lejzorka" Erenburga z pamiętną kreacją Artura Barcisia czy snobistyczną, szeroko komentowaną w rubrykach towarzyskich "Tamarę" w Teatrze Studio z Dorotą Kamińską i Krzysztofem Majchrzakiem. Nawet jeżeli wyrzucano reżyserowi brak własnego stylu lub przesadną dbałość o atrakcyjność opakowania, nie można było odmówić Wojtyszce dobrego gustu, erudycji i kultury. Z perspektywy przypominanych czasami w TVP Kultura klasycznych już telewizyjnych inscenizacji tego reżysera: "Amadeusza" Shaffera z Zamachowskim i Zapasiewiczem, "Garderobianego" Harwooda z Igorem Przegrodzkim, wreszcie z "Ferdydurke" Gombrowicza z Peszkiem, Radziwiłowiczem i Fryczem, dzisiejsze "Teatry Telewizji", zwłaszcza z tak zwanej "Sceny Faktu", wydają się zwyczajną hochsztaplerką.

janda.jpg
janda2.jpg

fot. z monodramu Krystyny Jandy "Shirley Valentine"

W autorskich sztukach Wojtyszki (reżyser jest twórcą kilkunastu dramatów), twórca "Świętego interesu" z wnikliwością bibliofila studiuje apokryfy i inedita, śledzi zapomniane fragmenty biografii wybitnych postaci z kulturowego i historycznego kanonu – w ostatnich latach to m.in. Petrarka i Boccacio w "Krainie kłamczuchów" oraz Michał Bałucki, autor pieśni "Góralu, czy ci nie żal" w przedstawieniu "Całe życie głupi". W ten sposób, kilka lat temu, w świetnym spektaklu "Bułhakow" (Teatr im. Słowackiego w Krakowie) Wojtyszko odnalazł klucz do tajemniczej postaci autora "Mistrza i Małgorzaty". Centralnym punktem dramatu Wojtyszki były przygotowania do spotkania Bułhakowa i Stalina, do którego nigdy nie doszło. Zainteresowanie Bułhakowem, podobnie jak Wolterem, w przypadku Macieja Wojtyszki ma charakter wieloletniej fascynacji. W teatrze, autor "Ogrodu Luizy" wystawiał "Morfinę", w telewizji "Ostatnie dni", "Moliera" i "Powieść teatralną" Bułhakowa, jednak najwięcej splendoru przyniosła mu głośna adaptacja "Mistrza i Małgorzaty" z 1988 roku. To kultowy mini-serial, i naprawdę wstyd, że "Telewizja Polska" do dzisiaj nie wydała tego skarbu na DVD.

mistrz.jpg

fot. z "Mistrz i Małgorzata"

W zbudowanym z czterech integralnych części "Mistrzu i Małgorzacie" według Wojtyszki wybronił się przede wszystkim klimat surrealnej przypowieści o absurdzie życia. Absurdzie, w którym mieszczą się migreny Poncjusza z Pontu, folklor moskiewskich czastuszek, donosy, dom wariatów i "diabli wiedzą, co jeszcze". Siłą "Mistrza i Małgorzaty" w reżyserii Wojtyszki były także wielkie aktorskie kreacje: Anna Dymna, Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz, Władysław Kowalski, Janusz Michałowski, Jan Jankowski, Krystyna Feldman, Janusz Gajos. Wszyscy świetni. Z tamtego świata, z Bułhakowa.

SREBRNY KOMBINEZON

Kiedy w 2007 roku Maciej Wojtyszko pokazał na festiwalu w Gdyni "Ogród Luizy", wielu krytyków pisało o fabularnym debiucie cenionego reżysera. Nic bardziej mylnego. Wojtyszko, znany przede wszystkim z twórczości teatralnej i telewizyjnej, ma jednak na koncie co najmniej kilka interesujących tytułów stricte fabularnych.

synteza.png
Zauważony został już dyplomowy, godzinny film Macieja Wojtyszki z 1972 roku – "Tik-Tok". W 1983 roku reżyser nakręcił zaadresowany dla młodzieży film science-fiction "Synteza", dwa lata później adaptację prozy [person=1171701]Walerego Briusowa[/person] - "Ognisty anioł", z kreacją Jerzego Radziwiłowicza i poetyckimi zdjęciami Ryszarda Lenczewskiego. O ile "Ognisty anioł" spotkał się z obojętnym przyjęciem, o tyle debiutancka "Synteza", ambitna próba opowiedzenia w formule kina familijnego o problemach cywilizacyjnych, okazała się klasycznym niewypałem. Wojtyszko miał tego świadomość. Jeszcze przed premierą "Syntezy" mówił w wywiadzie dla "Filmu": Zdarza się, że kiedy realizujemy ten swój wymarzony scenariusz, wszystko sprzysięga się przeciwko nam. Tak było w przypadku "Syntezy". Nawet czas nam nie sprzyjał, bo podczas stanu wojennego wypadało nam robić science- fiction.

Jak wygląda science-fiction według Macieja Wojtyszki? Niestety, dosyć kuriozalnie. Efekty specjalne to głównie srebrne kombinezony bohaterów filmu (w głównych rolach m.in. Krystyna Janda, Halina Łabonarska i Piotr Fronczewski), wykonane – czym niezmiernie ekscytował się miesięcznik "Kino" – "przez jedną z warszawskich firm polonijnych". Sreberko na seksownym gorsecie Jandy nie uratowało jednak zarówno dętego przesłania o zagrożeniach dyktatury, jak i chaotycznej kompozycji filmu. W "Syntezie" groźny dyktator Muanta (grany przez Wiktora Grotowicza) najpierw chce zniszczyć ludzkość za pośrednictwem rakiet z atrofiną, a następnie wpada w gwałtowną depresję, ponieważ ludzie wydają mu się bardzo smutni. W związku z tym szybko się nawraca i nostalgicznie wspomina dawne przewiny. Nawet w bajce takie głupoty nie przejdą.

Zagadkowym filmem w dorobku Wojtyszki pozostaje natomiast "Święto księżyca" z 1983 roku. Zapomniana koprodukcja austriacko-polska była  muzyczną trawestacją historii kuszenia świętego Antoniego opisaną w Apokalipsie. Wojtyszko wzbogacił tę narrację o szkic autorstwa kompozytora, Hansa Wertischa. Tancerze warszawskiej pantomimy (wśród nich Małgorzata Potocka jako …czarownica), poprzez ruch ciała wyrażają biblijną symbolikę grzechów głównych. "Święto księżyca" to jeden z zaledwie kilku - obok "Salome" Andrzeja Brzozowskiego i Henryka Tomaszewskiego czy "Psalmusa" do muzyki Krzysztofa Pendereckiego – znanych mi, polskich filmów muzycznych i baletowych, tłumaczących emocje językiem ciała tancerza.

TO TEN MOMENT

Jednak gdybym miał wskazać najciekawszy filmowy projekt Macieja Wojtyszki z ostatnich lat, byłaby nim nie fabuła, lecz dokument. Pod koniec zeszłego roku uczestniczyłem w Krakowie w ciekawej, unikatowej imprezie zatytułowanej być może trochę na wyrost jako "Międzynarodowy Festiwal Filmu Filozoficznego". "Kinematograf Filozoficzny" to interdyscyplinarne spotkania filozofii z literaturą, plastyką i przede wszystkim z filmem. Program kilkudniowej imprezy wypełniony był wielkimi nazwiskami: Edyta Stein, Fryderyk Nietzsche, Ludwig Wittgenstein itd., ja miałem przyjemność poprowadzić spotkanie z Maciejem Wojtyszką, który na krakowskim festiwalu po raz pierwszy pokazał swój paradokumentalny film z 1992 roku zatytułowany "Moment".

Filozofia i kino. Niby oczywisty sylogizm, albo przynajmniej dwa niedopasowane części. Bo albo jedno, albo drugie. Filozofujące kino: to nie brzmi najlepiej, ale przecież kino, które zadaje pytania podstawowe (a więc najtrudniejsze): filozoficzne pytania o sens bytu, obecność metafizyki albo meandry myślenia, jest od dekad synonimem najszlachetniejszej odmiany filmowego medium. Bergman, Bresson, Ozu czy Kiarostami wciąż zadawali nam-widzom podobne pytania, nie dając w zamian łatwych odpowiedzi.

Wojtyszko z filmu "Moment" jest dla mnie odkryciem. Reżyser mówił na spotkaniu z krakowską publicznością, że zależało mu na tym, żeby zdążyć ze świadectwem. W 1992 roku, przecież nie tak dawno temu, nie było jeszcze za późno. Dzisiaj już jest. Nie żyje ani jeden z bohaterów filmu. Pomysł wyszedł od Wilhelma Hollendra, wybitnego kierownika produkcji. Od wielu lat Wilhelm namawiał mnie, żeby nakręcić film o jego doświadczeniu wojennym – mówił Wojtyszko. – W końcu zrozumiałem, że nie ma sensu dłużej czekać, bo może być za późno, i rzeczywiście, za chwilę było już za późno (Hollender umarł w 1994 roku – przyp. Ł.M). "Moment" nie jest dokumentalną relacją wojennych wspomnień kilkunastu bohaterów, w tym Wilhelma Hollendra, reżyserowi chodziło raczej o zadanie pytania: dlaczego jego bohaterom udało się przeżyć, a innym nie? I dalej: czym jest przypadek w życiu człowieka, jakie znaczenie ma tytułowy "moment": ocalający lub deformujący los?

 
t.jpg
lllllll.jpg

ks. Józef Tishner i Stanisław Lem

W "Momencie" reżyser przewrotnie nawiązuje do "Gadających głów" Krzysztofa Kieślowskiego. Podobnie jak w arcydzielnym dokumencie Kieślowskiego, mamy twarze i zwodnicze w swojej prostocie pytania o sens życia i śmierci, o przypadek. O ile jednak w filmie Kieślowskiego pojawiały się twarze bez imienia i nazwiska (a przynajmniej bez wyrazistego imienia i nazwiska) – postaci z tłumu, wyrwane od swoich zajęć: od menela do filozofa, od maluszka do starca, o tyle Wojtyszko przepytuje przede wszystkim postaci rozpoznawalne. Zofia Rysiówna, Wanda Jakubowska, Andrzej Szczypiorski, Józef Szajna, Arnold Mostowicz… Łączyła ich wspólna przeszłość, ściślej – wojenna przeszłość. Doświadczenie obozowe. Ravensbrück, Oświęcim, Dachau… Paradoksalnie, "Moment" jest filmem o cudzie – ujętym w kategoriach religijnych, agnostycznych albo ontologicznych. Wszyscy bohaterowie powinni umrzeć. Krematorium było czynne. Czuli oddech śmierci, kiedy dopadło ich życie. Każdy przypadek był odmienny – równie nieprawdopodobny, niemal nierzeczywisty. A jednak naprawdę im się udało, przeżyli. Umarł ktoś inny.

Oryginalny koncept filmu Macieja Wojtyszki polega również na tym, że równolegle z wyznaniami bohaterów ich świadectwa komentują m.in. ksiądz Józef Tischner i Stanisław Lem. Dwie strony intelektualnego medalu. Mądry ksiądz filozof mówi o łasce i Bogu, przewrotny intelektualista nie ma złudzeń: to tylko przypadek, loteria losu. Wojtyszko nie przesądza o wyższości racji żadnej ze stron. Z całego serca chciałbym wierzyć Tischnerowi, ale nie zawsze się udaje – powtarzał na spotkaniu w Krakowie. Nie ma odpowiedzi?