Wywiad

Nadzieja jest moją obsesją - rozmowa z Jerzym Stuhrem

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Nadzieja+jest+moj%C4%85+obsesj%C4%85+-+rozmowa+z+Jerzym+Stuhrem-38807
Filmweb: Jak ocenia Pan pierwsze reakcje na swój film? Gdynia, pokaz na WMFF, teraz premiery w Warszawie i Krakowie.Jerzy Stuhr: Przyznam, że po Gdyni czułem duży dyskomfort, ale już na Warszawskim Festiwalu Filmowym było świetnie, bo przyszła publiczność, o którą w kinie zabiegam. Przesiedziałem cały seans wsłuchując się w jej reakcje i pomyślałem sobie, że chyba dobrze ją przewidziałem. Jednak wciąż czułem niepewność, która prysła po pierwszych pokazach w Warszawie i Krakowie. Nawet konferencje prasowe, które są zazwyczaj jakimś sztywnym i nudnym "odbębnianiem", zamieniły się w to, co najbardziej lubię. W rozmowę, nie tyle o samym filmie, a bardziej o postawach, jakie on może wywołać. Pan bardzo mocno podkreśla różnicę miedzy krytykiem, a tzw. normalnym widzem. Krytyk będzie mi zawsze zarzucał, że zbanalizowałem finał, czy przekroczyłem ramy gatunku. On patrzy klasycznymi schematami, a widz się nad tym nie zastanawia. Myśli raczej: - "Patrz, taki ciężki temat, a tak lekko się kończy". Ciągle słyszę głosy: - "Jak udało się panu taki meczący temat, pokazać w taki lekki sposób. Sprawić, że wychodzi się z kina z optymizmem". Właśnie tak staram się w kombinować. "Korowodowi" towarzyszy jednak aura filmu zaangażowanego, "pierwszego filmu o lustracji". Ale scenariusz powstał dwa lata przed narodowo - lustracyjną zawieruchą. Kiedy zdecydowałem, że temat lustracji pojawi się w scenariuszu, wiedziałem, że muszę potraktować go niebanalnie. Nie mogło wyglądać to tak, że jest ten epizod Jana Frycza (grany przez niego bohater zostaje oskarżony o współpracę z SB - przyp.red.), a potem film idzie w zupełnie inna stronę. To jednak zbyt poważny temat, żeby się nim, ot tak pobawić. Dodałem więc nowe postacie, m.in.Adama (Zbigniew Ruciński), postaci niesprawiedliwie posadzonej o konszachty ze służbami. Chciałem pokazać moje pokolenie z różnych stron, które w "Korowodzie" obrazują cztery postaci. Jeden z bohaterów popełnił kiedyś straszny błąd, za który płaci całe życie. Drugi jest tym pomówionym - mam wielu takich kolegów, którzy żyją w niepewności, bo przecież nie wiedza do końca, czy w IPN - ie czegoś na nich nie ma. Trzecią osobą jest niewinna kobieta, która płaci za nie swoje grzechy. No i jest jeszcze rektor, który był w partii i nic mu nie mogli zrobić. To wszystko są twarze tamtego czasu. Czy ze względu na sytuację polityczną scenariusz ulegał zmianom? Środowisko akademickie, które Pan opisuje, stało się w między czasie, głównym frontem walki lustracyjnej. To było największe zaskoczenie. Myślałem, żeby po prostu zrobić film o środowisku, które znam najlepiej. Przecież jako rektor, wiem z pierwszej ręki, ile nacisków i poniżeń ze strony polityków, muszą znosić ci ludzie. Nie przypuszczałem jednak, że już niedługo poniżani wysuną się na szpicę politycznych ataków. W międzyczasie puchła sprawa lustracji. Postanowiłem rozbudować rolę Janka Frycza. Wielokrotnie zmieniałem jego monolog. To się zrobiło tak poważne, że musiałem tę historię jakoś obudować. Tak pojawiła się postać Adama. Na zmiany wpływały też te moje nieustanne peregrynacje od producenta do producenta. Każdy miał jakieś uwagi czy pretensje. W TVP bano się na przykład tego, że to film przeciw lustracji. Tak niestety czytano ten scenariusz. - "Jak tak może być - pytano mnie - że młoda dziewczyna nie odróżnia SB od UB?" To podejrzane. Ale właśnie to jest wielką zaletą Pana filmu. Przekłucie balona tzw. polityki historycznej. Bartek, mówi w pewnym momencie: "Stary, mnie nie obchodzi, kto donosił na papieża". Pokazuje Pan, że pewne dyskusje, przynajmniej wśród młodych, staja się bezprzedmiotowe. No i z tym był problem, bo to trochę przeczyło wizji, że generalnie "młodzież z nami", i że młodzi "rozumieją i potępiają" . Tylko marzą o tym, by odnaleźć wśród swoich profesorów dawnych TW i postawić ich pod pręgierzem. Przyznam, że jako rektor drżałem, żeby się tylko coś na kogoś nie znalazło. Studenci maja swoich ulubionych profesorów, wiem, co by się działo, gdyby okazało się, że na któregoś z nich coś w IPN wygrzebano. Powiem coś panu, musiałem przeczytać te wszystkie oświadczenia i bardzo źle mi z tą wiedzą. Wydaje mi się, że w najnowszym filmie mniej Pan się martwi starszym pokoleniem, a bardziej młodymi. Starzy, choć grzeszni, jakoś przepracowali swoje winy. Młodzi wydają się gorsi, bo pozbawieni refleksji. Grany przez Kamila Maćkowiaka Bartek to wyjątkowo antypatyczny typ. Tak Pan myśli? Mnie interesowało co innego. Kiedy robiłem próbne zdjęcia do głównej roli męskiej, dziewczyny (Karolinę Gorczycę i Katarzynę Maciąg) miałem już obsadzone. Brały udział w tym castingu, w sumie obejrzeliśmy ponad 60 chłopców. I może to śmieszne, ale przy każdym kolejnym kandydacie pytałem dziewczyn: - "Podoba ci się?" Chciałem zobaczyć ich reakcje. Czy będzie z tego kinowa chemia. Film ma być przede wszystkim opowieścią o rodzącym się uczuciu i zachodzącej pod jego wpływem zmianie. To od razu stawia tego chłopaka w innym świetle. Choć, to prawda, z tą postacią jest najwięcej kłopotów. Często słyszę głosy, że Bartek jest niereformowalny, że zmiana, która w nim zachodzi jest pozorna, że chce po prostu zdobyć dziewczynę. Nie zgadzam się z tym. Proszę zwrócić uwagę, że w pewnym momencie on zaczyna działać niezależnie o niej. Zakończenie jest dość bajkowe, pewne rzeczy trudno wziąć inaczej niż na wiarę. Jest taka figura w teatrze antycznym Deus ex machina. Kiedy Ajschylos czy Sofokles, nie wiedzieli jak skończyć losy Medei, Elektry, czy innej Antygony, wprowadzali na scenę Boga, który wszystko rozstrzygał. U mnie tym Deus ex machina jest postać Tomka, grana przez mojego syna Maćka. Ona kojarzy się raczej z "aniołem" z "Dekalogu,,Dakalog VI". Nie ingerującego obserwatora. Jednak w "Korowodzie" zmienia się on nagle w kogoś w rodzaju księcia z bajki. Zależało mi na tym żeby mylić widza. Przecież, gdyby myśleć kategoriami kryminału, to ta postać równie dobrze może być policjantem, który śledzi dziewczynę, sugerując, tym samym, że być może i ona jest w kręgu podejrzeń. Tak czy inaczej to on w końcu "rozwiązuje" ten narracyjny supeł. Zwróćmy uwagę na postacie kobiece. W pana filmach zazwyczaj był to typ, mówiąc językiem Jerzego Pilcha, "kobiety kibica". Osoby wspierającej wszystkie poczynania bohatera, ale pasywnej. W "Korowodzie", grana przez Katarzynę Maciąg Ula jest inna - dynamiczna, stawiająca warunki, zmuszająca do określenia się. Wie Pan, ja po prostu uwielbiam takie dziewczyny. Nigdy nie ruszały mnie kobiety uległe. I nie mówię tu tylko o związku, jakiejś chemii, ale także o koleżankach ze sceny. Tych bardziej zadziornych, wymagających. Kłóciłem się, żarłem z nimi, ale nie mogłem oderwać od nich oczu. Taką dziewczynę chciałem zobaczyć w swoim filmie. Pierwszym czytelnikiem scenariusza był kompozytor Abel Korzeniowski, który od razu zakochał w postaci Oli. Stwierdził, że takiej dziewczyny w polskim kinie dawno nie było. Pamiętajmy, że to bardzo młoda kobieta. Jej siła wynika nie z wiedzy, a jakiejś niesamowitej intuicji. I jestem przekonany, że, mimo upływu lat, ona się nie zmieni. Jest też trochę niedzisiejsza - kto dzisiaj gra na cytrze? Chciałem pokazać, że ona ma swój lepszy świat. Analizując Pana filmy, nie sposób uciec od postaci Krzysztofa Kieślowskiego. Twórca "Przypadku" coraz mniej dyskretnie patronuje Pana twórczości. Nie mówię tu tylko o podobnej symbolice, ale również o pewnym respekcie przed Tajemnicą. Tylko, że Krzysiek lubił przekraczać tę granicę. To sięgnięcie w metafizykę, fascynowało go najbardziej. Czy nami ktoś rządzi, czy to my sobą rządzimy. Ja jednak, jak Pan to ujął, mam respekt dla tej Tajemnicy. Nie chcę iść dalej niż mogę. W przypadku "Korowodu" interesowało mnie coś z pozoru znacznie prostszego. Dlaczego Ta wybiera Tego, a Ten nie wybiera Tamtej. Czy to jest przypadek, że ludzie się jakoś łączą? Czy gdyby Bartek wsiadł do innego przedziału, to czy nigdy nie poznałby Uli? Nigdy nie spotkałby prof.. Dąbrowskiego? Taka kombinacja losami jest rzeczywiście trochę z Krzyśka. Tak było w "Przypadku", choć pokazane bardzo plakatowo. Dlatego tak rozbudowałem sekwencję w pociągu. Bohater długo szuka miejsca, w końcu znajduje i bach! Całe życie się zmienia. "Korowód" przywodzi także na myśl kino moralnego niepokoju. Ta sama sytuacja - cyniczny bohater, pozornie idealny produkt swoich czasów, przeżywa nagle nieoczekiwany wstrząs, który wywróci do góry nogami całe jego życie. Akcja dzieje się w środowisku akademickim, niejako naturalnym środowisku "moralniaków". Nigdy nie ukrywałem skąd się wywodzę. Mam właśnie zostać uhonorowany doktoratem honoris causa Uniwersytetu Śląskiego i przygotowuję mowę, gdzie wspominam, że ukształtowało mnie właśnie kino moralnego niepokoju i tego się już nie zmieni. Z tymi moimi "moralnymi" filmami mogłem być na zupełnym marginesie, ale jednak coś się stało. W ludziach jednak istnieje potrzeba podobnych opowieści. Przecież ja się w świecie filmowym łokciami nie rozpycham, zawsze byłem trochę outsiderem, niby z tego środowiska, ale tak nie do końca. A jednak ktoś mi te filmy powierza. I nagle okazuje się, że ktoś chce patrzeć na człowieka tak jak ja - od strony uczuć, wyborów. Nastał taki czas, że młodzi ludzie zaczynają się zastanawiać, czy te ich kręgosłupy są jeszcze proste. Dlatego mam nadzieję, że ten mój temat nie pozostanie osamotniony. Powtarza Pan, że najważniejsze to by widz wyszedł z kina z nadzieją. Jednak są w życiu sytuacje, które tej nadziei nie dają. Byłby Pan w stanie zrobić film o tym? Nie mógłbym. Nadzieja to moja obsesja. Nawet w tak ponurym filmie jak "Tydzień z życia mężczyzny", czyli opowieści o kompletnym dole kondycji ludzkiej, dopisałem tę scenę z dziennikarka. Ta pyta wychodzącego z kościoła bohatera, dlaczego śpiewa. I on odpowiada: "Bo wtedy czuję się lepszy". Nie akceptuję nihilistycznej postawy artysty. Nie zrobiłbym, ani nie zagrał w czymś podobnym. Tak zostałem nauczony w Starym Teatrze, że nie ma "Zbrodni i kary" bez postaci Sonii. Andrzej Wajda obejrzał kiedyś "Kobietę samotną"Agnieszki Holland, podszedł do niej i powiedział: - "Agnieszko, ależ to jest świat bez Boga, tak nie można". Nie chcę odbierać widzowi tej nadziei. Pewnie Pan zaprzeczy, ale mam wrażenie, że konsekwentnie tworzy Pan swój własny filmowy dekalog. To może za dużo powiedziane, może raczej sześć prawd wiary (śmiech)
Udostępnij: