Poniedziałek na festiwalu w Gdyni

  • -
  • autor: Marcin Kamiński
  • Wywiad
Po zeszłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych pozostał mi głęboki niesmak. Mimo wykupienia wcale nie mastrtakiej taniej akredytacji, większość filmów musiałem obejdirzeć albo na podłodze albo na stojąco, ponieważ zwyczajnie dla wielu z nas zabrakło miejsc na sali w Teatrze Muzycznym. Sytuacja w pewnym momencie stała się o tyle śmieszna, że niektórzy dziennikarze w ogóle zaprzestali chodzenia na konferencje prasowe, ponieważ pilnowali swoich miejsc.
W tym roku jednak organizatorzy festiwalu wzięli sobie do serca kąśliwe uwagi żurnalistów i wprowadzili wiele zmian, które nam dziennikarzom ułatwią pracę, a widzom obejrzenie większej ilości filmów.

Przede wszystkim pokazy nie odbywają się już tylko w Teatrze Muzycznym, który - jak wspomniałem - zwyczajnie nie mógł pomieścić wszystkich gości, dziennikarzy i widzów - ale w miejscowym kinie Silver Screen, gdzie przez kolejnych 6 dni od rana do wieczora w 8 salach królować będzie polskie kino.
Do Silver Screen przeniósł się również towarzyszący FPFF Festiwal Filmów Niezależnych, co również jest znaczącą poprawą na lepsze, gdyż w Teatrze Miejskim, w którym do tej pory odbywał się konkurs, warunki nie były najlepsze. Tym razem nie zapomniano także o pokazach dla prasy, dzięki czemu dotychczas wszystkie filmy obejrzałem jak człowiek - w fotelu.

Niestety, nie obyło się bez jednaj, ale za to poważnej wpadki. Do Gdyni jechałem pierwszym warszawskim pociągiem, żeby zdążyć na pokaz filmu Marka Rębacza "Atrakcyjny pozna panią". Jak się miało okazać zupełnie niepotrzebnie. Po przybyciu na miejsce okazało się, że nie ma jeszcze identyfikatorów niezbędnych do wejścia na salę i musiałem czekać w pokaźnej kolejce na odbiór swojej akredytacji. Kiedy miałem ją w rękach, okazało się, że pokaz trwa już od ponad 30 minut. Cóż, spróbuję "Atrakcyjnego.." obejrzeć w późniejszym terminie i podzielić się z Wami swoimi wrażeniami na temat komedii.

Zamiast na filmu Marka Rębacza wybrałem się na "Krew z nosa" Dominika Matwiejczyka, twórcy dobrze znanego, gdyż wspólnie z bratem zrealizował już między innymi znaną"Bolączkę sobotniej nocy". "Krew z nosa" to współczesna opowieść o młodym człowieku z blokowiska, który chce wyrwać się z otaczającej go szarej i brudnej rzeczywistości, robiąc karierę muzyka hip hopowego. Wierzy, że ma ludziom coś do przekazania i dzięki temu - choć nie potrafi śpiewać - słuchać go będą miliony.
Film Matwiejczyka ogląda się nieźle, jest w nim kilka naprawdę zabawnych scen i przyjemna muzyka, ale miejscami dłuży się niemiłosiernie. Wydaje się jakby Matwiejczyk miał pomysł na zawiązanie akcji, ale już za bardzo nie wiedział co z tym dalej zrobić.
Film został zrealizowany w kolorystyce czarno-białej co, zdaniem reżysera, miało mu nadać para dokumentalny klimat, ale i ten pomysł nie do końca wypalił. Wizerunek blokowiska jaki prezentuje nam Matwiejczyk jest miejscami rzeczywiście realistyczny, ale niekiedy - pokazując dilerów narkotykowych z mieczami samurajskimi w dłoniach, czy grupkę skinów do znudzenia prześladujących bohaterów - popada w absurd.
Pisząc o "Krwi z nosa" nie można nie wspomnieć o Robercie Gonerze, który w filmie zagrał niewielką, ale barwną rolę Rzeźnika Saurona, lidera i wokalisty metalowej grupy Suszone Wnętrzności. Gonera obecny jest na ekranie zaledwie przez kilka minut, ale jego bohater pozostaje w naszej pamięci na dłużej.
Reżyser zapewnia, że "Krew z nosa" nic nie kosztowała. Wszyscy pracowali za darmo, a montażu i udźwiękowienia dokonano na domowych komputerach. W rezultacie ciężkiej pracy grupy ludzi powstała 90-minutowa historia, daleka od ideału, ale ogląda się ją z przyjemnością. Film na pewno zostanie pokazany jeszcze na wielu festiwalach filmów niezależnych, więc jeśli jesteście ich bywalcami, zwróćcie na ten tytuł uwagę.

Zdjęcie z konferencji Cud w KrakowiePo dawce kina niezależnego powędrowałem na węgiersko-polską produkcję "Cud w Krakowie" w reżyserii Diany Groo. Obraz ten jest kolejną po "Pianiście" Romana Polańskiego i "Julia wraca do domu" Agnieszki Holland zagraniczną produkcją, która bierze udział w konkursie gdyńskiego festiwalu. W filmie wystąpili co prawda polscy aktorzy a przy jego realizacji brali udział polscy filmowcy, ale 70% budżetu produkcji wyłożyli Węgrzy i moim zdaniem "Cud w Krakowie" jest raczej filmem węgierskim a nie polskim.
Film Diany Groo to rozgrywająca się współcześnie opowieść o młodej węgierce, która przybywa do Krakowa z zamiarem odrestaurowania grobu rabiego Lewiego, który - według legendy - przy pomocy magicznej księgi "Srebrna Korona" potrafił przywrócić zmarłych do życia. W Polsce poznaje przypadkiem Piotra - młodego chłopaka, który dzieciństwo spędził ze swoją babcią w żydowskiej dzielnicy Budapesztu. Teraz jest dorosły, ale nie może zapomnieć tych wspólnych chwil. Kiedy Piotr dowiaduje się, że dziewczyna jest w posiadaniu magicznej księgi mogącej przywrócić życie zmarłym, postanawia ją ukraść.
"Cud w Krakowie" zachwycił mnie swoim klimatem, zdjęciami i muzyką. Film, zrealizowany w dużej części na krakowskim Kazimierzu, pokazuje miasto w sposób, którego w kinie jeszcze nie wiedziałem. U Groo Kraków to miasto unikalne i magiczne, miasto cyrkowców i artystycznej cyganerii. Przepiękne zdjęcia Sandora Kardosa i inspirowana żydowskimi motywami muzyka Daniela Kardosa potęgują atmosferę tajemniczości oraz magii towarzyszącej nam przez cały czas projekcji.
Niestety, z doskonałą stroną audiowizualną nie idzie w parze fabuła, która miejscami wymaga od widza ogromnej dozy dobrej woli. Bohaterowie bardzo często zachowują się irracjonalnie, a ich działania są niezrozumiałe. Również postaci, które Piotr i Ester - bo tak nazywa się główna bohaterka - spotykają na swojej drodze sprawiają niekiedy wrażenie, jakby "spadły z księżyca" (i nie wiedzieć czemu większość z nich pije wódkę z gwinta).
W "Cudzie w Krakowie" obok węgierskich występują również polscy aktorzy. W rolę Piotra wciela się Maciej Adamczyk znany widzom z roli w "Portrecie podwójnym" Mariusza Fronta, a partnerują mu Jerzy Trela, Stanisława Celińska i Franciszek Pieczka. Szczególnie role kreacje ostatnich zasługują na uwagę. Stanisława Celińska stworzyła niewielką, ale przezabawną rolę ciotki Żury, natomiast Franciszek Pieczka wcielił się w postać rabina Lewiego, który zachowuje się i wygląda jakby właśnie opuścił karty jednej z powieści Isaaca Bashevisa Singera.

Po projekcji odbyła się konferencja prasowa, na której obecni byli reżyser film Diana Groó oraz odtwórcy głównych ról, czyli Maciej Adamczyk i Eszter Biro.
- To bardzo osobisty film - mówiła na spotkaniu z dziennikarzami Diana Groó - historia, którą opowiadam jest fikcyjna, ale opisuje żydowskie korzenie i moje związki z Polską. Reżyser z dużym zaskoczeniem przyjęła wiadomość, że jej film zostanie pokazany na festiwalu w Gdyni. - Nie oczekiwałam tego, nie spodziewałam się, że pierwszy publiczny pokaz filmu odbędzie się w Polsce a nie na Węgrzech" - mówiła Diana Groó. "W moim kraju film wejdzie do kin dopiero w styczniu 2005 roku".
Reżyser wspominała również realizację zdjęć w krakowskim Kazimierzu, w którym - jak przyznała - czuła się jak w domu. - Moja rodzina pochodzi stamtąd. Czuję te kamieniczki i budynki.
"Cud w Krakowie" został zrealizowany w 4 językach. Bohaterowie filmu rozmawiają po polsku, po angielsku, węgiersku i hebrajsku. Fakt obecności tylu języków stwarzał poważne problemy dla aktorów. Maciej Adamczyk, który cześć kwestii wygłasza po węgiersku, przyznał, że posługiwanie się tym językiem nie szło mu najlepiej. Ostateczną wersję jego dialogów nagrano dopiero na Węgrzech. - Było trudno, ale fajnie się pracowało - mówił ze śmiechem Adamczyk.

Zdjęcie z konferencjiPo konferencji prasowej twórców filmu "Cud w Krakowie" odbyło się spotkanie z organizatorami XXIX FPFF w Gdyni jak również z przewodniczącymi jury: konkursu głównego - Jerzym Stuhrem i konkursu niezależnego - Łukaszem Barczykiem.
Spora część konferencji poświęcona była kryteriom, którymi kierują się organizatorzy, przyjmując filmy do konkursów. Na sali nie zabrakło Krzysztofa Tchórzewskiego - autora paradokumentalnego "Towarzystwa", który publicznie starał się zmusić organizatorów do wyjaśnienia, dlaczego jego film nie został zakwalifikowany do konkursu, zwłaszcza, że w rywalizacji o Złote Lwy bierze "Do potomnego" Antoniego Krauze, również paradokument. Maciej Karpiński - dyrektor artystyczny festiwalu - jak co roku odpowiadał na pytania dotyczące obecności w konkursie filmów telewizyjnych. - W Polsce przemysł kinowy i telewizyjny są sobie bardzo bliskie, niejednokrotnie tworzą go te same osoby działające na obu tych płaszczyznach" - tłumaczył Karpiński. W tym roku pokazujemy produkcje telewizyjne, ale ich autorami są reżyseży, którym popularność przyniosły produkcje kinowe: Robert Gliński, Radosław Piwowarski i Janusz Zaorski.
Do dyskusji włączył się również Jerzy Stuhr stwierdzając, że paradoksalnie to właśnie produkcje telewizyjne takie jak "Cześć Tereska" i "Duże zwierzę"
Po zakończeniu konferencji przeniosłem się do Teatru Muzycznego, gdzie nastąpiło uroczyste otwarcie festiwalu. Oprócz zwyczajowych przemówień na otwarciu pokazano również trzy filmy z cyklu "Visions of Europe", którego pomysłodawcą jest Lars Von Trier. Cykl ten składa się z 25 krótkometrażowych filmów zrealizowanych przez europejskich twórców, których wspólnym mianownikiem jest Europa i Unia Europejska.
Jednak dla mnie największym wydarzeniem otwarcia był pierwszy pokaz nowego filmu Tomasza Bagińskiego "Sztuka spadania". Ta skrajnie odmienna od nastrojowej "Katedry", zabawna, choć i nieco makabryczna opowieść, zachwyciła mnie nie tylko fabułą, ale przede wszystkim sposobem realizacji. Projekty postaci są fantastyczne a animacja rzuca na kolana. Film na pewno podzieli widzów. Wychodząc z kina słyszałem komentarzem w stylu "Boże, co za filmy teraz kręcą", ale mnie obejrzenie "Sztuki spadania" sprawiło wiele przyjemności. Teraz czekam na zapowiadany od dawna długi metraż Tomka Bagińskiego.

Na zakończenie pierwszego dnia festiwalu postanowiłem wybrać się ponownie na niezależną komedię - "Szaleńcy" w reżyserii debiutującego w tej roli uznanego operatora ("Gnoje", "Czarne słońca", "Kobieta z papugą na ramieniu") Pawła Wendorffa. Obraz jest zabawną opowieścią o parze młodych ludzi, którzy uciekają ze szpitala psychiatrycznego. Zmierzają do Błotnicy, gdzie jeden z nich chce uregulować dawny dług. Po drodze spotykają różnych ludzi, którzy zwierzają im się ze swoich osobistych problemów.
"Szaleńcy" to niezła komedia, z której dowiemy się, że pacjenci szpitali psychiatrycznych są "normalniejsi" niż ludzie, których mijamy na ulicy. Dwaj bohaterowie spotkają na swojej drodze między innymi pracownicę PKP przeprowadzającą ankietę mającą ustalić wiedzę pasażerów na temat kolei, biznesmena, któremu śni się żona pod postacią żyrafy, czy niefrasobliwą blondynkę, która opowiada im, jak podczas wizyty u żonatego kochanka zgubiła "swój naszyjnik". Epizody te są autentycznie zabawne i podczas projekcji publiczność co i raz wybuchała śmiechem. Później film nieco "siada", a końcowe perypetie "szalonych" bohaterów, kiedy docierają do Błotnicy nie są już tak zabawne.
W "Szaleńcach" wystąpiła plejada aktorów znanych z filmów kinowych i telewizyjnych: Andrzej Nejman, Jacek Braciak, Anna Majcher i Sławomir Orzechowski. Jednak dla mnie największą gwiazdą obrazu okazał się odtwórca jednej z głównych Dariusz Majchrzak, którego "małomówny" Drugi był - moim zdaniem - najzabawniejszą postacią filmu.

Poniedziałek okazał się dla mnie niezwykle pracowity. Teraz biegnę na "Tulipany" Jacka Borcucha, potem oglądam "Trzeciego" Jana Hryniaka a później będzie czas na kino niezależne. Dziś swoje pokazy będą miały między innymi "Dzień, w którym umrę" Grzegorza Lipca oraz "Park tysiąca westchnień" Ryszarda Nyczki.



"Młodości dodaj mi skrzydła" - podsumowanie festiwalu w Gdyni

"Pręgi" zdobywają Złote Lwy, "Mój Nikifor" wielkim przegranym

Nowy film Wojcieszka i szantaż dystrybutora - piątek na festiwalu w Gdyni

Czy "Mój Nikifor" zdobędzie Złote Lwy - czwartek na festiwalu w Gdyni

Trzeci dzień 29. FPFF

Wtorek na festiwalu w Gdyni

Lista filmów konkursowych
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię