Wywiad

Rozmawiamy ze scenarzystą "Antychrysta", "Księżnej" i "Wesela w Sorrento"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Rozmawiamy+ze+scenarzyst%C4%85+%22Antychrysta%22%2C+%22Ksi%C4%99%C5%BCnej%22+i+%22Wesela+w+Sorrento%22-92860
Żaden autor nie lubi, kiedy majstruje mu się przy tekście. Trzeba się jednak z tym pogodzić, bo właśnie na tym polega robota scenarzysty – mówi Anders Thomas Jensen, duński reżyser i scenarzysta, współtwórca filmów takich jak "Mifune", "Antychryst", "Księżna" i najnowsze "Wesele w Sorrento".

"Wesele w Sorrento" o już piąty film Susanne Bier, do którego napisałeś scenariusz. Zdecydowanie bardziej optymistyczny niż choćby nagrodzony Oscarem "W lepszym świecie". Skąd ta zmiana?

"Wesele w Sorrento" jest kompromisem między moim czarnym poczuciem humoru a ciepłymi emocjami Susanne. Czasem trudno jest nam znaleźć równowagę między tymi dwoma elementami. Sukces osiągamy wtedy, kiedy nie konkurują one ze sobą, ale się uzupełniają. Bo słodziutkie schematy komedii romantycznej, które tym razem wykorzystaliśmy, są zjadliwe tylko wtedy, kiedy przyprawi je się odrobiną cynizmu. Mam nadzieję, że w "Weselu w Sorrento" udało nam się odpowiednio wyważyć te proporcje.

Czy już na etapie scenariusza zakładałeś, że to Pierce Brosnan powinien wystąpić w filmie?

Wbrew pozorom – nie. Pierce sprawdził się świetnie, ale początkowo nie myślałem o żadnym konkretnym aktorze, bo ja raczej tworzę postaci oparte na ludziach, których znam osobiście. Gdy scenariusz był skończony, zrobiliśmy z Susanne casting i musiałem zgodzić się, że Pierce po prostu okazał się najlepszy. W naszym układzie zazwyczaj jest tak, że ja bywam początkowo sceptyczny, co do pewnych wyborów obsadowych, ale ostatecznie okazuje się, że to Susanne ma rację. Ma świetne oko do aktorów.  Zresztą to ona ryzykuje najwięcej, bo w razie czego, cięgi zawsze zbiera reżyser.

Dlatego sam przestałeś reżyserować? Minęło już osiem lat, odkąd wyreżyserowałeś "Jabłka Adama".


Patrzę na to inaczej. Nie porzuciłem reżyserii. Po prostu od czasu, kiedy nakręciłem "Jabłka Adama", urodziło mi się czworo dzieci. Jest mi więc zwyczajnie wygodniej pracować w domu, niż ślęczeć na planie. Mogę w ten sposób spędzać więcej czasu z rodziną i jednocześnie pisać swoje historie. Na razie nie planuję więcej dzieci, więc kto wie, może w przyszłym roku uda mi się pokazać nowy wyreżyserowany przeze mnie film. Pracuję też nad dwoma nowymi scenariuszami.

Czy dzięki ojcostwu stałeś się mniej cyniczny?

Na pewno rodzicielstwo uczy brania odpowiedzialności za rzeczy, które piszesz. Teraz na przykład, kiedy używam przemocy, myślę o tym, by było ona uzasadniona. Ojcostwo daje też zdrowszy dystans do świata – przede wszystkim dzieci uświadamiają, że jesteś śmiertelny. I że sam jeden nie jesteś tak naprawdę wiele wart.

 

Opowiadasz swoim dzieciom bajki? Bo często używasz ich struktury w swoich scenariuszach "Wesele w Sorrento" odczytywać można jako wariację na temat współczesnego Kopciuszka.

Bajki, które opowiadam moim dzieciom, nie są tak okrutne jak te, które piszę dla kina [śmiech]. Ale masz rację, że inspirują mnie bajki, bo one aż pękają w szwach od archetypów, mitów, psychologii, pozostając jednocześnie w swoim trzonie maksymalnie proste. To świetnie sprawdza się na ekranie. Tyle że bajek nie można powielać. Z tą strukturą trzeba grać tak, aby za każdym razem wyszła z niej zupełnie inna opowieść często zresztą nienadająca się dla oczu dziecka. W "Jabłkach Adama" choćby baśń o zbawieniu prowadziła przez rejony, w które tradycyjna bajka nigdy nie powinna się zapuszczać. Podobnie jest w "Weselu w Sorrento– to bajka, która nie unika tak życiowych tematów jak zdrada małżeńska, nowotwory, homoseksualizm.

Na festiwalu w Wenecji, gdzie "Wesele w Sorrento" miało światową premierę, porównywano je do "Mamma Mia!". Czy musical ten stanowił dla ciebie jakiekolwiek odniesienie?

Szczerze mówiąc, nie widziałem "Mamma Mia!", więc z mojej strony nie było żadnych inspiracji. Obsadzenie Pierce'a Brosnana i południowe krajobrazy mogą budzić jednak takie skojarzenia. Często zresztą moje filmy porównywane są do innych filmów z całego świata Japonii, Polski, Ameryki – których w ogóle nie widziałem! Wynika to prawdopodobnie z tego, że krytycy zwyczajnie widzieli w życiu więcej filmów niż ja. Ostatnimi czasy bowiem, razem z moimi dziećmi, oglądam głównie obrazy wyprodukowane przez studio Pixar, które swoją drogą są świetne. Nie oglądam natomiast własnych filmów. Kiedy trafiam na nie w telewizji, czuję się dziwnie.

 
"Wesele w Sorrento"

Dlaczego? Jesteś niezadowolony z tego, w jaką stronę prowadzą Twoje opowieści reżyserzy, którym powierzasz swoje teksty?


Zawsze! Myślę, że żaden autor nie lubi, kiedy majstruje mu się przy tekście. Mimo to, trzeba się z tym pogodzić, bo właśnie na tym polega robota scenarzysty. Dlatego nie przeszkadzają mi też amerykańskie remaki moich scenariuszy – zresztą nieźle na nich zarabiam [śmiech]. Trzeba zaakceptować fakt, że żaden film nie jest doskonały. Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek widział "film idealny" – pewne rzeczy się udają, inne nie. Podobnie jest ze scenariuszem – zawsze są rzeczy, które można w nim poprawić. Niekiedy jednak urok filmu potrafi opierać się właśnie na niedoskonałościach. W przypadku Susanne Bier, która potrafi dokręcić całe nienapisane przeze mnie sceny, niewiele mnie już zaskakuje. Bo współpracujemy bardzo ściśle i potrafimy przejrzeć się  na wylot.

Coraz częściej wychodzicie w waszych filmach poza ojczyznę. Część akcji "W lepszym świecie" osadzona jest w Afryce, w "Weselu w Sorrento" na południu Włoch. Zrobiło wam się w Danii za ciasno?


Pracując nad "Weselem w Sorrento", pomyśleliśmy, że skoro ma to być komedia romantyczna, dobrze będzie osadzić ją w jakimś romantycznym miejscu. Stąd Włochy. Przy "W lepszym świecie" chodziło o zestawienie bardzo – być może za bardzo – bezpiecznego domu z okrutnym światem z dala od niego. Susanne lubi kręcić w podróży; ja generalnie dobrze się czuję w Danii. Jednocześnie myślę, że magia kina polega właśnie na przekraczaniu kategorii narodowych. Zawsze zastanawia mnie choćby, jak ludzie potrafią dzielić humor wedle narodowości. Niemcy, Brytyjczycy, Czesi – wszyscy uważają, że mają właściwe sobie poczucie humoru. A humor to coś dużo bardziej uniwersalnego i widać to na międzynarodowych festiwalach. Robisz coś, o czym myślisz, że jest bardzo duńskie, a wszyscy to rozumieją.

 
"W lepszym świecie"

Minęło ponad 15 lat od manifestu Dogmy. Jak duńskie kino zmieniło się od tego czasu?

Mam wrażenie, że dopiero w ostatnich kilku latach udało nam się wreszcie wydostać spod jej wpływu. Budżety się powiększyły, zróżnicowała się tematyka i techniki opowiadania. Dogma zrobiła dużo dobrego i była potrzebna, ale równie potrzebne było, aby w końcu ją przekroczyć. Bo narobiła też sporo szkód: producenci na przykład nie chcieli finansować filmów droższych niż 6 milionów koron, skoro za Dogmy udawało się kręcić za żadne pieniądze. W międzyczasie jednak powstały w Danii kina, w których można było oglądać spektakularne filmy w świetnej jakości i nasze skromne produkcje zaczęły przy nich wyglądać już nazbyt chałupniczo i archaicznie.

Dziś w duńską kinematografię inwestowane są spore pieniądze. Widać to nie tylko w fabule, ale także w dokumencie. Czujecie się dobrze wspierani przez państwo?

Obecnie tak, ale nie zawsze tak było. Moje pierwsze trzy filmy nie dostały żadnego wsparcia od państwa. Ale to uczy, jak zdobywać środki z innych źródeł. Choć wielu reżyserów pewnie zabiłaby mnie za te słowa, uważam, że wsparcie państwa nie jest najważniejsze. Ważniejsze jest, by stworzyć pokolenie filmowców złożone ze świetnych aktorów, reżyserów, scenarzystów, które odmieni oblicze lokalnej produkcji. Kiedy zaczynałem pracę w filmie prawie 20 lat temu, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Pokolenie nie istniało, starzy reżyserzy zawistnie strzegli swoich scenariuszy, każdy pracował na własny rachunek. I wtedy pojawił się Lars von Trier, który miał także ogromny wpływ na popularyzację duńskiego kina na świecie. Powstała Zentropa, cały ruch Dogma. Okazało się, że w dobrej wierze moje scenariusze chciało czytać dziesięciu reżyserów i dzielić się swoją opinią.

 
"Jabłka Adama"

Nie wierzę jednak, że nie ma rywalizacji.

Dania to mały kraj i małe środowisko. Rywalizacja występuje, ale to zdrowa rywalizacja, dzięki której doskonalimy się nawzajem. Sprzyja temu sam system, a także właśnie to, że stworzyliśmy swego rodzaju pokolenie. Obserwujemy to, co robimy nawzajem, wymieniamy się spostrzeżeniami, współpracujemy. Ja sam czytam wiele scenariuszy kolegów, komentuję je, chcę je ulepszyć. Niektóre sprawiają, że sam chcę być lepszy. Gramy w jednej drużynie i jeśli jednemu dzieje się dobrze, to wszyscy na tym zyskujemy. Brzmi to bardzo wzniośle, ale właśnie tak być powinno.