Rozmowa z Polakiem, który grał w bollywoodzkim filmie

  • autor: Aleksandra Salwa
  • Wywiad
Rozmowa z Dominikiem Rameshem Adamskim, Polakiem urodzonym w Bombaju, który mieszkał w Indiach 7 lat. Pracował na planie bollywoodzkiej komedii "Yes Boss".

Filmweb: Jak Pan został statystą w bollywoodzkim filmie?
Dominik Adamski: Do Indii pojechałem w czasach studenckich drogą lądową (przez Rosję, Kazachstan, Chiny, Pakistan) z grupa przyjaciół. Kończyły się nam pieniądze, wiedzieliśmy, że nie stać nas na powrót do Polski. To był 1996 rok, nie mieliśmy jeszcze kart kredytowych ani komórek. W Bombaju mieszkaliśmy w schronisku Armii Zbawienia. Tam do filmu kręconego w innym indyjskim mieście zwerbował nas pewien wąsaty Hindus. I tak, po kilku tygodniach poniewierki, spania w pociągach, na peronach i w tanich hotelach zaangażowano nas do komedii "Yes Boss". Akcja filmu ma miejsce w Szwajcarii. Po powrocie ekipy filmowej do Indii, okazało się, że brakuje kilku istotnych scen. Wynajęto więc hotel, który "grał" hotel w Alpach. A mnie i przyjaciół zatrudniono, byśmy "udawali" Europejczyków.

Filmweb: Jakie warunki zapewniła Panu ekipa?
Dominik Adamski: Przez cały tydzień mieszkałem w pięciogwiazdkowym hotelu, karmiono nas cztery razy dziennie. Jedyny raz w życiu chorowałem z przejedzenia – jadłem "na zapas", wiedząc, że zaraz czeka nas kilka tygodni podróży. Nasze wynagrodzenie wynosiło 10 dolarów dziennie, co było astronomiczną gażą jak na Indie. Dzięki zarobionym pieniądzom udało mi się wrócić do kraju.

Filmweb: Jak wyglądała praca na planie?
Dominik Adamski: Dla nas, statystów, najważniejszą osobą na planie był garderobiany. Szczególnie dla tych, którzy tak jak ja, po kilku tygodniach azjatyckich wojaży mieli podarte ubrania i nie mieli w czym grać. Od tego, jaki kostiumy dostaliśmy, zależało czy wpadniemy w oko reżyserowi i jaką rolę dostaniemy. Nienawidziłem garderobianego – raz ubrał mnie w strój a la John Travolta z "Gorączki sobotniej nocy". Innym razem dostałem paskudny, fioletowo-beżowy garnitur i koszulę ze stójką zapinaną na ogromne złote guziki. Więc dostawałem role drugoplanowe. Natomiast moja przyjaciółka Agnieszka, która była lepiej ubrana, zagrała w jednej z kluczowych. Pocałował ją w rękę sam Shah Rukh Khan! [wielka gwiazda i obiekt westchnień, indyjski odpowiednik Brada Pitta – przyp. A.S].

Filmweb: Zazdrościł jej Pan?
Dominik Adamski: Zjadała mnie wtedy zazdrość! (śmiech) Ale nie tylko mnie. Scenę obserwowała służba hotelowa. W przerwie między zdjęciami pokojówki omal nie zagłaskały dłoni, którą całował SRK [Shah Rukh Khan]. Jedna z nich powiedziała, że nigdy już by nie umyła ręki, którą on pocałował.

Filmweb: Miał Pan okazję podpatrzeć, jak pracuje wielki SRK.
Dominik Adamski: Na planie miał dużo uwag. Po każdej scenie reżyser pytał go, czy jest zadowolony. Scenariusz miał znaczenie drugorzędne. Sądzę, że aktorzy często nie znają scenariusza, a jeśli znają, to mogą go dowolnie zmieniać. Reżyser do końca nie wie, co zrobi gwiazdor. Asystent podpowiadał SRK, jaka jest akcja filmu, a ten dużo improwizował.

Filmweb: Może dlatego, że jak większość gwiazd grał w tym czasie w drugim filmie…
Dominik Adamski: Tak, grał. Jak wiadomo w Indiach kreci się bardzo dużo filmów, a głównym wabikiem są gwiazdy. Aktorzy grają w kilku filmach jednocześnie, a czas pracy jest nienormowany. Któregoś dnia wybuchła na planie awantura. Reżyser był wściekły, bo SRK i Johnny Levy'er [indyjski Benny Hill, w "Czasem słońce…" gra sprzedawcę wypieków żony – A.S.] chcieli wyjechać do Bombaju, na plan swojego następnego filmu. Po kilku godzinach pertraktacji, ustalono, że będziemy grać do rana. Zdjęcia skończyliśmy o 5 rano, a godzinę później Johnny L. miał samolot. Gdy udało nam się chwilę z nim porozmawiać, narzekał na tempo pracy i przyznał, pracuje bez przerwy od 3 lat, czasem sypiając po 2-3 godziny na dobę.

Filmweb: O czym powinien wiedzieć polski widz, wybierając się na "Czasem słońce, czasem deszcz"?
Dominik Adamski: Polaka, który nie zna Indii chciałbym przestrzec przed pewną pułapką. Bollywood kreuje świat snów dla setek milionów ludzi, żyjących w ubóstwie i nędzy. Filmy nie pokazują prawdziwych Indii – slumsów, ludzi żyjących i umierających na chodnikach, nawet w tak kosmopolitycznym mieście jak Bombaj. W "Czasem słońce, czasem deszcz" tylko dwie rzeczy są prawdziwe - w Indiach żyją również bajecznie bogaci ludzie; kraj jest bardzo kolorowy, a religia i tradycja odgrywają w nim nadal dużą rolę. Filmy odzwierciedlają duszę Hindusów, potwierdzają, że mimo nędzy, są oni optymistycznie pogodzeni ze swoim losem i mają, jak wszyscy, chwilę na zabawę, śpiew, taniec.
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię