Artykuł

Te straszne komromy

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Te+straszne+komromy-75729
Bunt przeciwko miłosnemu rytuałowi (sprowadzonemu de facto do wymiaru ekonomicznego i prestiżowego) w komediach romantycznych oznacza bunt przeciwko uczuciu w ogóle. 

TEKST ZAWIERA SPOILERY (JEŚLI DLA KOGOŚ PYTANIE, "CZY ONI BĘDĄ RAZEM?", NAPRAWDĘ JEST ISTOTNE W KOMEDII ROMANTYCZNEJ)

Isn't it romantic? – pytała Ella Fitzgerald u Billy'ego Wildera, oczywiście retorycznie. Były fiołki, szampan, a w najgorszym przypadku – urocza garsoniera na poddaszu. Dziś komedie z nazwy romantyczne raczej nie pachną fiołkami. Zamiast tego bez cienia rumieńca (jest coś bardziej staroświeckiego niż rumieniec?) ich bohaterowie wkraczają do sypialni i łazienki. Jeśli nie starają się być wulgarne, to przynajmniej obudowują się warstwą cynizmu. Inaczej nie będzie zabawnie, jedynie ckliwie.
 
A tego dzisiejszy widz nie zaakceptuje. Wzruszenie przy historii miłosnej nie jest jedną z tych grzesznych przyjemności, którymi można pochwalić się w towarzystwie, jak zamiłowaniem do slasherów czy tureckich produkcji o superbohaterach. Wzruszenie nie jest cool. Może dlatego melodramat gdzieś niepostrzeżenie uwiądł? Ostatnim wielkim był "Tajemnice Brokeback Mountain", któremu udało się wybić wysoko ponad przeciętność dzięki dokonaniu frontalnego ataku na ostatnie bastiony męskości: kowboj-gej, nowy dla gatunku bohater, wynosił stary temat niemożliwego związku w zupełnie nowe rejony. Zmiana okoliczności i bohaterów jednorazowo zadziałała. Ale kto dziś zniesie oglądanie klasycznych opowieści o miłości na całe życie? Melodramat jest zbyt serio, aby mógł bez szwanku funkcjonować w szerokim obiegu.


"Tajemnice Brokeback Mountain"

Jego pozytywne odbicie, czyli komedia romantyczna, radzi sobie w XXI wieku lepiej, ale musiała mocno nagiąć dawne kryteria i wyostrzyć dowcip. Od czasu, kiedy sukces odniosły realizacyjnie skromne, kanapowo-kumpelskie opowieści Apatowa, prawie każda amerykańska produkcja romantyczna chce być równie wyluzowana. Hollywood z radością i właściwą sobie zachłannością przygarnęło trend rozwinięty przez autora "40-letniego prawiczka", tyle że wcielanie go w życie wciąż wypada mu trochę nieporadnie.

– Can I finger you? – pyta na oko trzynastoletni młodzian swoją koleżankę w pierwszej scenie "Sex Story". Ho, ho, ale będzie odważnie. Trudno o wyraźniejszy sygnał od twórców, jaki rodzaj romantyzmu nam zaserwują. Taki ultranowoczesny, bez konwenansów i po bandzie. Oczywiście, widz dość szybko zorientuje się, że pierwszą sceną i z założenia szokującym dialogiem wpuszczono go w maliny. Co prawda, po retrospektywnym spojrzeniu na dziecięctwo bohaterów następuje jeszcze niezobowiązujący seks i opowieść o Adamie (Ashton Kutcher), wymachującym penisem przed swoją drugą połówką (Natalie Portman), ale potem już wszystko zmierza nieuchronnie w stronę słodziutkiego banału. Wcale nie dlatego, że pomiędzy parą kochanków pojawia się uczucie, bo w końcu takie są prawa gatunku. To przeszarżowanie z "fajnością" i pozorne odrzucanie zahamowań w połączeniu z rażącymi schematami przynosi opłakane efekty. Vide: pęk marchewek zamiast kwiatków na randce czy zrozpaczona dziewczyna obżerająca się pączkami i brudząca pół twarzy lukrem. Rezultat? "Sex Story" przypomina aspirującego hipstera w kolekcji z odzieżowej sieciówki.  

 
"Sex Story"

Serwis Daily.gay.com tak skomentował dialog otwierający "Sex Story": "Takie legendy ekranu jak Billy Wilder czy Preston Sturges na pewno przewracają się w grobach, widząc, że sztuka tworzenia komedii romantycznej jest sprowadzana do tego rodzaju śmiecia". Ale czy chodzi tu rzeczywiście o słabość dialogu czy raczej o zwykłe utyskiwanie nad "upadkiem obyczajów"?

Po części komrom po prostu odwzorowuje przemiany społeczne: wciąż transformujące się role kobiety i mężczyzny, podejście do związków. Ale daleko mu do bycia lustrem tych przemian. Twórcy wybierają pasujące im elementy ze złożonego zbioru pt. "współczesne relacje damsko-męskie", mieszają z elementami mocno przestarzałymi, z czego wychodzi dziwaczny miks. Trudno takie nie-wiadomo-co uwiarygodnić nawet dobrymi dowcipami czy świetnie dobraną obsadą, dlatego łatwo w tym gatunku o żenadę. I pomińmy łaskawie fakt, że większość ze wspomnianych "współczesnych" elementów, komromy zauważyły jakieś 30 do 40 lat po rewolucji 68' roku.

Jak więc próbują dotrzymać jej kroku? Na przykład wpisując w schemat tak zwaną wolność seksualną. Bohaterowie uprawiają ze sobą seks bez zobowiązań, a nawet nie stronią od seksu z innymi. I nie wiadomo tylko, w którym momencie zamieniają się w ludzi, którzy od zawsze wyznawali tradycyjne wartości, marzyli o obrączce i ślubie z tą/tym jedynym. Poprzednie pokolenia obserwowały rozwój romansu do pierwszego pocałunku, my jesteśmy wpuszczani nawet za drzwi sypialni, by obserwować delikatną pościelówę. Ale na tym koniec. Niby kodeks Haysa dawno przestał obowiązywać, ale równie bezwzględny miecz MPAA i kategorii R wisi nad filmem, a przede wszystkim jego wynikiem finansowym.

 
"Nigdy nie mów nigdy"

Historii, w którym seks prowadzi do uczucia, a nie odwrotnie, ostatnio sporo. Nawet na naszym przaśnym podwórku znajdziemy takie "wyzwolone" egzemplarze. Weźmy "Nigdy nie mów nigdy", w którym Anna Dereszowska grała kobietę sukcesu, traktującą mężczyzn jak zabawki. Skończyła oczywiście jako zaprzeczenie samej siebie i było jej z tym bardzo dobrze. A scenarzysta zbytnio się nie przejmował, by uwiarygodnić psychologicznie taką przemianę. Za oceanem, pomijając już nieszczęsne "Sex Story", podobna volta czasem sprawdza się lepiej. Jak w "Miłości i innych używkach", w którym fabułę czynił bardziej realistyczną wątek choroby głównej bohaterki. Już niedługo w kinach pojawi "Friends with Benefits", który – sądząc na razie jedynie po zwiastunach – wypadnie naturalniej niż analogiczna historia Kutchera i Portman. Twórcy filmu Ameryki raczej nie odkryją, gdyż Apatow posunął się dalej w świetnej, nowatorskiej "Wpadce", gdzie ciąża po seksie po pijaku nastąpiła, zanim romans w ogóle miał szansę się rozwinąć.


"Wpadka"

Zagwozdkę scenarzyści mają też z kategorią mezaliansu – słowem dawno wypartym ze słownika, ale nie ze świata komedii romantycznej. Tyle że dziś mezalians nazywa się w nich out of his league i odwraca sytuację o 180 stopni. Bo to raczej one znajdują swojego kopciucha: godzą się na różnicę w statusie, ba, nawet zabiegają o żabę, na którą przypadkiem gdzieś wpadły. O grubawego Setha Rogena, fajtłapowatego Jasona Segela i nieśmiałego Michaela Cerę. W skrajnych przypadkach, jak w "She's Out Of My League", parę różni wszystko: ona jest piękna, wykształcona i świetnie zarabia. On, czyli pająkowaty Jay Baruchel, to biedak w nowym wydaniu: ma pieniądze na podstawowe rzeczy, ale ograniczone horyzonty, a aspiracje rodziny hamują jego rozwój (do college'u nie poszedł, bo ojciec wolał przeznaczyć pieniądze na... budowę basenu w ogródku). Zwykło się pisać, że w tych filmach realizują się fantazje współczesnych Piotrusiów Panów. Może i tak, ale pokazują również, jako jedyne komedie romantyczne, kobiety faktycznie wyzwolone: które przejmują inicjatywę i wybierają sobie takiego fajtłapę, jakiego tylko chcą.


 
Jednak zwykle różnice społeczne w romantycznych historiach nie występują. Bohaterowie mają dobrze płatną, ale wykonywaną z dala od wzroku widza pracę prawnika/dziennikarza/lekarza (odpowiednie zakreślić). A nawet jeśli dopiero zaczynają karierę jako stażyści czy asystenci, to i tak skromny apartament (czytaj: na oko jakieś 60 metrów) na Manhattanie albo przynajmniej w Soho jest w jego/jej zasięgu. To się może wydać dziwne, ale chyba właśnie w tym miejscu najmocniej objawia się duch Wildera – duch z epoki, kiedy to romantyczne mieszkanko na strychu blisko centrum Nowego Jorku rzeczywiście mogło kosztować grosze. Dziś scenarzyści jakby nie chcą zauważyć, że osadzenie historii zwyczajnych młodych ludzi w podobnych okolicznościach co w "Śniadaniu u Tiffany'ego" odbiera im wiarygodność. Na całość poszedł jedynie Kevin Smith w "Zack i Miri kręcą porno": niedogrzane, byle jak urządzone mieszkanie na zapyziałej prowincji jest dziś tym, czym współczesna paryska czy nowojorska garsoniera w latach 60. U Smitha w ogóle osią akcji staje się walka o pieniądze – tytułowi Zack i Miri postanawiają zrealizować porno tylko po to, by zarobić na czynsz. To oryginalne podejście, bo przeciętny komrom (może prócz "Seksu w wielkim mieście", który z konsumeryzmu czyni swoją religię) nie przyznaje wprost, że kasa ma jakiekolwiek znaczenie. A aby kochać i znaleźć się w takich okolicznościach jak bohaterowie, konieczne jest "mieć, coraz więcej mieć". To już raczej, jak powiedzieliby wyznawcy Żiżka, ich przekaz ideologiczny.

Obłuda wychodzi na jaw najwyraźniej w najsłabszych realizacjach: w "27 sukienkach" Katherine Heigl, wieczna druhna marząca o zostaniu wreszcie panną młodą, poznaje faceta, który odstaje od jej romantycznych wyobrażeń: to cynik, który wprost przyznaje, że jego zdaniem wesela są głównie biznesem skłaniającym ludzi do kupowania niepotrzebnych, drogich rzeczy. Strzał w dziesiątkę? Bynajmniej –  deklaracja, jak się szybko okazuje, wynika jedynie z jego zranionych uczuć. Gdzie kończy nasz antysystemowy amant? Oczywiście ze swoją wybranką na ślubnym kobiercu na plaży. Bunt przeciwko rytuałowi (sprowadzonemu w filmach de facto do wymiaru ekonomicznego i prestiżowego) w komromach oznacza bunt przeciwko uczuciu w ogóle. 

 
"27 sukienek"

Niezależne komromy dysponują innym poręcznym zestawem motywów: zamiast ślubu na plaży i wesela na sto osób – zamieszkanie razem; zamiast kolacji w drogiej knajpie – wyprawa do sklepu z winylami, zamiast wycieczki na Hawaje – śródmiejski park albo domowe planetarium. Ale takie tytuły jak "(500) dni miłości", "Adam", są dobre nie dlatego, że rozgrywają się w skromniejszych ramach finansowych (bycie cool dziś też kosztuje). Podstawowy powód? W nich happy end nie oznacza "żyli długo i szczęśliwie", ale "żył dalej, chwilami nawet dość szczęśliwie". Bohaterowie obu filmów nauczyli się czegoś o związkach i po prostu poszli dalej. Nieważne, że z inną partnerką. To uczciwe i pozytywne przesłanie, a z prezentujących je filmów czyni najbardziej udane komediowo-romantyczne odbicia powszechnego zjawiska, czyli przejściowej monogamii. Ciekawe, kiedy dostrzegą ją mainstreamowe komromy?

Trochę inny przypadek stanowią wchodzący na ekrany "Debiutanci", choć i tu znajdziemy miłość w wydaniu independent, czyli wspólne pisanie graffiti na murach i niedbale ubranych bohaterów wykonujących artystyczne zawody. Ale ten film to przede wszystkim przejmująca opowieść o samotności, przemijaniu i o tym, jak wątłe może się okazać najsilniejsze uczucie. Dwa wątki romansowe, ojca i syna, rozgrywają się w "Debiutantach" prawie równolegle – Oliver (Ewan McGregor) to dobiegający czterdziestki singiel, który ma za sobą kilka razy po 500 dni miłości. Reżyser wcale nie daje widzowi pewności, że miłość do Anny (Melanie Laurent), która tak pięknie rozkwita na ekranie, skończy się długim, udanym związkiem. Oliver parę miesięcy przed poznaniem dziewczyny, samotny i zrezygnowany, był świadkiem rozkwitu romansu swojego starego ojca, który na kilka lat przed śmiercią wyznał, że jest homoseksualistą i wreszcie zaczął żyć, jak chciał. Nie, reżyser nie dostarczy nam pociechy w tym, że ojciec umrze jako człowiek spełniony. Umrze wciąż zachłanny na życie. I jeśli w "Debiutantach" coś napawa optymizmem, to jedynie fakt, że może Oliver czegoś się od ojca nauczył. Ale łatwych rozwiązań ten film nie podsuwa – tragizm śmierci jest w nim równie silnie obecny co duch komediowy.

 
"Debiutanci"

Dlatego coś zgrzyta, gdy takich "Debiutantów" klasyfikujemy jako komedię romantyczną. Równie dobrze moglibyśmy to uczynić z "Annie Hall". Jeśli prócz wzruszenia, romansu i dowcipu dostajemy w filmie gratis dylematy o śmierci i ludzkich słabościach, to upupiona i upupiająca się samodzielnie komedia romantyczna z trudem takiego przedstawiciela przyjmuje. Ale jeśli nie chce umrzeć smutną śmiercią melodramatu, to, chcąc nie chcąc, będzie musiała w końcu go zaakceptować.
Udostępnij: