podzwonne powidokówki wybebeszonego banalizmu magicznego, oddolnego brutalizmu rzekomego tudzież luksusowej doczesności podwórkowej, trzepakowo-ławczanej, ewentualnie klatkowej
(dobra, żartowałem).
załadujmy parę kropel, a na drzwiach wywieśmy o tym, że wybyliśmy w sobotę, gdyż powzięliśmy ochotę. parapsychotroniczne studium przypadków wielu.
sporo przy tym zapożycza z gdzie, byle, acz ładnie przerabia i dostraja pod siebie.
uporadnikowouśmiechowiony chceniobyt (być może, nie wiem na ile było to świadome) z nadmorskiego uniwersum zakapturzonego cool kids klanu (córy, siory, syny, braty, sąsiady) ze skłonnościami do kruszenia grud i tarcia ułamków tradycyjnie balansuje na grani gdzie po obu stronach zieją przepaści poezji i pretensji do niej.
wyrodne dziecię masłowskiego i bąkowskiej najbardziej najlepsze jest wtedy, kiedy jest konkretne, przyglebne. eliminując uchwytność męczy, metafizycząc skrzeczy, przybiera pozę, popada w manierę, bredzi.
dlaczego? w imię zasad, przyjacielu.
jak również w wyniku przynarodzeniowego niedoboru talentów. spotulniała biała małpa nie jest w stanie nic zrobić, jeżeli się z tym po prostu nie urodzi. o ile bowiem jego brutalistyczni rodzice przybrani z mchem okolonego źródełka wszelkiego stworzenia powypadali w pełni już ukształtowani, piernikowski akumuluje i formuje z oparów; trocin i farfocli tego pikniku na skraju drogi, które po sobie nawypozostawiali. i tak sobie kroczy, czasem pełźnie dumnie, na swoich zasadach, w swojej własnej zonie. pielęgnuje swoją bańkę. sampluje zsamplowane. płynie korytkami już wyżłobionymi. drepta ścieżynkami już wydreptanymi. ale drepta, ale płynie, pielęgnuje i sampluje, jak na zeliga, całkiem przyzwoicie. w granicach rzuconego czaru tworzy własną kosmogonię. dobrze się przy tym bawi - udając, że świat nie jest taki, jakim widzą go ludzie.