Połączenie wyobraźni Carrolla z wyobraźnią Tima to nader kusząca mieszanka. Niestety, okazało się, że pozostawia raczej dwuznaczny posmak.
Kostiumy, scenografia, efekty specjalne (do czasu), muzyka, w niektórych przypadkach aktorstwo – wspaniale. Kolorowo-makabryczna rzeczywistość, dopracowana od najważniejszych elementów po drobne detale, robi (do czasu) fantastyczne wrażenie. No i oczywiście Johnny Depp po raz kolejny podbił moje serce. To jest aktor, który nie popada w schemat, dla każdej granej przez siebie postaci tworzy osobny sposób bycia, mówienia, mimikę twarzy, ruchy, a do tego robi to tak przekonująco, że zaczynam go podejrzewać o rozdwojenie (a nawet roz-więcej-enie) jaźni. Helena Bonham Carter też nie pozostaje w tyle. Gdy dochodzimy do Anne Hathaway, zaczynają się schody. Nie do końca potrafię ocenić, jak zagrała, bo nie jestem pewna, jaką intencję miał reżyser. Czy ta postać była potraktowana ironicznie, miała być przerysowaniem bajkowej dobroci i piękności z lekką nutką dekadencji w postaci przyrządzania mikstur ze „słonych paluszków”? Czy miało to być obnażenie hipokryzji władczyni, która złożyła śluby, że nigdy nie skrzywdzi żywej istoty, ale nie przeszkadza jej to wyręczać się innymi? Jeśli tak, to skąd te brzmiące poważnie przemowy o dokonywaniu wyboru, a przede wszystkim – skąd to zakończenie? Widząc tak wykreowaną postać Anne Hathaway spodziewałam się zakończenia bardziej zbliżonego do pierwotnej wersji, okrzyku Alicji: „Wszyscy jesteście tylko talią kart!” (czy też pionkami w grze). Dlaczego to przerysowane, groteskowe dobro wygrywa? Czy cały film był połączeniem dialogu z oryginałem „Alicji” i gry z konwencją bajki?
Czy może chodzi raczej o to, że Alicja, jako dorosła kobieta, nie zaprzecza rzeczywistości Krainy Czarów, ale bierze na siebie odpowiedzialność za nią? W „swoim” świecie jednak postępuje – wydaje się – odwrotnie, odmawiając udziału w „rozdaniu kart” i małżeństwa z ciężkostrawnym lordem. Niekonsekwencja? Być może. A może w obydwu przypadkach chodzi o dokonanie samodzielnego wyboru, którego wagę podkreśla Biała Królowa. Nawet jeśli tak jest, to sens ten ginie pod ilością zdarzeń i wrażeń, a przede wszystkim pod wyeksponowanym motywem przeznaczenia, dużo silniej zaznaczonym niż konieczność dokonania wyboru. Poza tym od momentu pojawienia się Jabberwocky’ego (Możliwie najbardziej typowo wykreowany potwór wprowadza totalny eklektyzm do Krainy Czarów. Ani to nie jest absurdalne jak Carroll przykazał, ani dopasowane do świata przedstawionego. A taniec Deppa? Ja rozumiem, że można chcieć oddać hołd Jacksonowi, ale warto by to jakoś dopasować do filmu!) do idiotycznego, sztampowego zakończenia (co to miało być to przemawianie Alicji do wszystkich po kolei? Widziałam to już w zbyt wielu filmach. A zatrudnienie w firmie niedoszłego teścia wyglądało już tak absurdalnie, że zaczęłam się śmiać) raczej łatwo się zniechęcić do zastanawiania się nad sensem tego filmu. Właściwie zrobiłam to tylko dlatego, że nie mogłam się pogodzić z faktem, iż Burton nakręcił film, którego fabuła się nie klei.