Może miałam zbyt wysokie oczekiwania co do tego filmu, po tym jak obejrzałam inne burtonowskie dzieła (w tym: w szczególności ostatnie znakomite: gnijąca panna młoda, sweeney todd). Być może dlatego z kina z Alicjii w Krainie Czarów wyszłam bardzo rozczarowana, bo:
i) fabuła zupełnie siadła (miałam wrażenie, że oglądam kolejny film z cyklu "Król Lew 2");
ii) rozwój wydarzeń była bardzo przewidywalny (od chwili, gdy na początku wizyty Alicji w zaczarowanej krainie pokazali na tym swoim kalendarzu, że będzie walczyć z Żaberłokiem, wiadomo było, jaka będzie scena finałowa i tak właściwie kto w niej zwycięży);
iii) kiepskie postacie - postacie, które miały być śmieszne, raczej mnie nie śmieszyły (np. bliźniacy, mysz, czy nawet sama królowa kier), postacie, które miały zachwycać, nie zachwycały (tutaj w szczególności biała królowa ze sterczącymi przez pół filmu rękami); broni się jedynie kapelusznik, który wiele jednak wiele stracił odstawiając swój supertaniec na końcu bitwy;
iv) kiepska Wasikowska - ot tak, bez wyrazu; niekiedy sztucznie; miałam wrażenie, że oglądam grę bohaterów z opowieści z Narnii;
v) klimat, którego nie było, a był zawsze w filmach Burtona - tajemnica, taka niepewność, groza - choć nie obowiązkowo;
vi) na siłe wplatane jakieś złote myśli i przesłania;
Film po prostu miejscami denerwował, zamiast bawić. Gdyby nie efekty 3D, pod które kręconych było większość scen, i miejscami były dobre, z filmu nie zostało by wiele. Szkoda. No szkoda.