Ok, przyznam szczerze - lubię klimat post-nuklearny i/lub futurystyczne wizje społecznego i moralnego upadku ludzkości. Cenię artystów, którzy potrafią w przekonywujący sposób stworzyć świat przyszłości, w który byłbym w stanie uwierzyć.
No to mamy wstęp i moje nastawienie ;-)
Vin Diesel to dla mnie specyficzny aktor. Jego przeznaczeniem jest i będzie kino akcji oraz odgrywanie pozytywnie negatywnych charakterów. O wyższości "Pitch Black" nad "Kronikami Riddick'a" nie ma sensu się tutaj rozwodzić.
Tam grał idealną dla siebie postać - drania, który posiada pewnego typu moralny kręgosłup. Może mordować, ale nie bestialsko i bezcelowo.
I dla mnie postać Thooropa w "Babylon A.D."(konia z rzędem temu, kto rozumie wybór tego tytułu) to po prostu kalka Riddicka. Kalka przerzucona właśnie w ten świat, który jest szary, brutalny i zdegenerowany.
Szkoda, że nikt nie pokusił się o to, by widza weń wprowadzić. Nie wiemy do końca czemu, kto, jak... Wiemy, że Thoorop jest ścigany w USA jako terrorysta i nie może tam wrócić. Czemu? Za co? Od jak dawna? Co poświęcił?
Dialogi są mocno tendencyjne, fabuła mocno przewidywalna:
Thoorop zły i samotny, propozycja nie do odrzucenia (100% pewności, że podszywana lisem), niewinna dziewczyna nie znająca swoich możliwości, moralna opiekunka, świat syfu i jej zagubienie, kumpel głównego bohatera, który w imię kasy czy też innych rzeczy zdradzi go(w momencie, gdy ujrzałem kolesia wiedziałem, że to nie będzie przyjaciel), dotarcie do celu, zawód, zdrada, walka, armageddon, wyciskacz łez, morał.
Gdyby ta kolejność została zachowana zgodnie z regułami sztuki - rety, to naprawdę mógłby być rozsądny kawałek kina (jak "Children of men", cholernie analogiczny przykład, a jakże jakościowo inny). Pomiędzy kawałkami tej układanki wyraźnie brakuje związku, skaczemy z jednej z sceny do drugiej nie mając dostatecznie czasu by ją w pełni zinterpretować.
Podobno całość trwała 160 minut(ilość materiału do wypuszczenia). Dostaliśmy ich ok 90 w wersji USA i 101 w wersji Europejskiej. Widziałem tą ze Stanów i czekam na wydanie DVD tylko po to by dowiedzieć się czy de facto Kassovitz musiał wyciąć sporo materiału czy po prostu nieudolnie podszedł do całej sprawy.
Obstawiam, że gdy przeczytam książkę, na której film bazuje - zrozumiem wszystko. Pytanie tylko czy tak to powinno wyglądać?:)
Przez 1,5 godziny nie dowiadujemy się absolutnie niczego o tle całej fabuły, o postaciach (próby wyjaśnienia na łodzi podwodnej są żałosne) i o celu całej wędrówki.
Futurystyczne klimaty + Vin jak widać nadal gwarantują spore przychody (nr 2 amerykańskiego box office), aczkolwiek po seansie człowiek wyjdzie zawiedziony i co najmniej sfrustrowany.
Bo czym innym jest mierny film, a czym innym coś co wyraźnie jest efektem bardzo drastycznych i nie do końca przemyślanych zabiegów montażysty.
W moim przekonaniu "Babylon A.D." (zapewne tytuł marketingowo uzasadniony, ja wolałbym już nawet "Aurora's Fate" czy cuś) to zmarnowany potencjał na dobre kino s-f.
Dostaliśmy film osadzony w przyszłości (relatywnie niedalekiej) z Land (Range?) Roverami z 2008 roku i Hummerami, Coca-Colą Zero i całą masą doskonale nam znanych ze współczesności detali.
Wg mnie jeden wielki burdel. I to troszkę jest tak jak z wczorajszym meczem Polaków. 5 minut przed końcem byliśmy pewni 3 punktów i liderowania naszej tabeli. Tego nie można było przegrać. A jednak.
Ciekawa obsada (przekrojowa), dobry pomysł, możliwość ukazania epickiej wędrówki, efekty specjalne. Tego nie można było zrobić poniżej krytyki.
A jednak...