Po raz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu tego filmu oglądając jedną z scen w słynnej komedii pt. "Jay i Cichy Bob kontratakują", gdzie Matt Damon razem z Benem Affleckiem udają, iż grają w sequelu omawianego filmu. Jakoś wtedy nie nastroiło mnie to optymistycznie, choć scena była mocno zabawna. W końcu udało mi się zdobyć ten obsypany morzem nagród film. Matt Damon w roli głównej to nie jest mój "dream come true", aczkolwiek muszę przyznać, iż w roli Willa Huntinga spisał się znakomicie. Zaprezentował naprawdę wysoki poziom aktorski, jego nagłe wybuchy złości czy płaczu, połączone z ogólną błyskotliwością i bardzo wysoką inteligencją, mogły zrobić jedynie znakomite wrażenie. Jest lekko introwertyczny, boi się cokolwiek zmienić w swym życiu, pomimo swego geniuszu, gdyż tak jest najłatwiej. W sumie zastanawiam się skąd się wzięła moja antypatia do niego, gdyż w większości gra w dobrych filmach? (nie liczę "Bourne'a" ;]). Robin Williams to kolejny aktor za którym nie przepadam, ale w roli mentora Willa tudzież spisał się b. dobrze (dostał Oscara). Gra człowieka, który przeszedł przez ogromną tragedię i któremu trudno odnaleźć się w "nowym" życiu. Mamy tutaj jednak niekoniecznie klasyczny motyw ucznia i mistrza, gdyż obaj (Will i profesor) często zamieniają się rolami - jeden chce poznać przeszłość drugiego, tamten chce ukierunkować przyszłość pierwszego, dzięki czemu film fabularnie zyskuje. Poza tym gra tutaj Ben Affleck, który świetnie spisał się w roli Chuckiego - cwaniaczkowatego, amerykańskiego dresa, najlepszego kumpla Willa. Nie mógłbym zapomnieć także o fenomenalnej Skylar (w jej roli Minnie Diver) - jest zajebista. Nie jest może przepiękna, ale nie dość, że kapitalnie zagrała bogatą studentkę Harvardu, to jeszcze po prostu ma w sobie to coś! MRR =D Casey Affleck, w roli camiajdowatego półgłówka o imieniu Morgan, też spisał się świetnie. Film zawiera kilka genialnych scen - szczególnie polecam tę z pubu, gdzie Chuckie opowiada zajebistą historię swego wiecznie zalanego wujka, a Skylar prześmiesznego dżołka. Poza tym sceny w gabinecie psychiatrycznym czy w domu matki Chuckiego (Morgan rulez!) tudzież zarządziły. Zdjęcia na poziomie, natomiast muzyka, mimo, że skomponowana przez samego maestro Danny'ego Elfmana nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Co razi? Momentami fabuła. W sumie gdzieś tak od połowy filmu możemy być pewni zakończenia. Brakuje także pewnej, mimo wszystko, głębi SPOILER - mocno liczyłem na brak happy endu, miałem nadzieję, że Will pozostanie sukinsynem mocno skrzywdzonym przez los, no ale to kino hamerykańskie, więc się przeliczyłem... END OV.... Film ów jest też mocno "sentencjogenny", najsłynniejsze to chyba to "iż prawdziwa strata jest możliwa tylko wtedy, jeśli kochasz kogoś mocniej niż siebie samego". Dużo w tym, niestety prawdy. Podsumowując - to naprawdę dobry film, choć może trochę przereklamowany i sztampowy, jednakże jest to wciąż znakomite kino. 8-/10