Nie taki zły, gdyby nie zaczynał się tak dobrze.

Pierwsza scena - mistrzostwo. Premiera baletu, pełna emocji, żywiołowa, zakończona
wkroczeniem policji. Dlaczego tak świetna? Bo jedynie do tej sceny muzyka Strawińskiego
pasowała. Napięcie, emocje, żywioł. A potem? Potem otrzymujemy wyzbytą z jakichkolwiek
emocji, melodramatyczną historię z irytującą, pełną napięcia muzyką w tle. Gdyby jakiś
biedny widz zawieruszył się i nagle wszedł w środku seansu, mógłby być przekonany, iż
ogląda horror. Co najmniej dreszczowiec. Pierwsza scena, niczym kolorowy folder biura
podróży, przyciąga widza. A jak już nieszczęśnik zwabiony rewelacyjnym początkiem
pozostaje, to reżyser męczy go psychicznie przez dwie godziny by w końcu pozostawić go
bez jakiegokolwiek zakończenia. Nic. Jedynie całkiem bezsensowne ujęcia pary głównych
bohaterów w podeszłym już wieku, nie wnoszące nic do filmu. Trzeba jednak też zauważyć
stronę wizualną filmu - ta jest bez zarzutu. Wnętrza, kostiumy, zdjęcia. To przyciąga. Cóż z
tego, że przyciąga skoro całość jest okropnie pretensjonalna, rozczarowująca i męcząca.

4

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię