"Crimson Peak" - genialny i bardzo zły. Hołd i metafora

Obraz, na który czekałam kilka miesięcy (czyli innymi słowy najważniejsza premiera tego roku w moim osobistym zestawieniu) mogę określić, jak w tytule wypowiedzi, dwoma przymiotnikami - "genialny", a równocześnie "słaby". Skąd ta pozornie nie dająca się pogodzić sprzeczność? Już tłumaczę.

Genialny, gdyż:
1) Niesamowita strona wizualna – tak wspaniałych zdjęć, kostiumów i scenografii nie widziałam już dawno, a być może nawet nigdy. Doskonałość obrazu i perfekcja szczegółu niemal razi po oczach, wszystko jest absolutnie piękne (gdy trzeba) lub absolutnie obrzydliwe (gdy zachodzi inna potrzeba), jak np. brutalnie ukazana scena śmierci Cushinga. Barwy, faktury, światło, a nawet dźwięk stają się niemal namacalne.
2) Przepiękna muzyka – oddająca klimat, intensywna, lecz równocześnie delikatna i słodka.
3) Historia chorej namiętności pomiędzy rodzeństwem – choć tak skrótowo, to jednakże świetnie zobrazowana, a może raczej tylko nakreślona, kazirodcza miłość. Do tego ciekawe postaci dramatu – szalona, opętana uczuciem do brata Lucille, za wszelką ceną pragnąca ocalić resztki normalności – dom i kopalnię oraz słaby, całkowicie podporządkowany siostrze Thomas, sprawiający wrażenie okrutnego i wyrachowanego, a w rzeczywistości mocno nieszczęśliwy i rozdarty wewnętrznie chłopiec – marzyciel o pięknej duszy.
Na marginesie. Dla miłośników takich niezdrowych relacji pomiędzy rodzeństwem polecam „Trzynastą opowieść” Diane Setterfield (już zekranizowana) i „Siostrzycę” Johna Hardinga.
4) Klimat. Kwintesencja gotyckości – baśniowo, mrocznie, mistycznie, wiktoriańsko i niepokojąco. Del Toro wykorzystał wszystkie niezbędne dla tego typu opowieści rekwizyty i motywy: ogromny, stary dwór na pustkowiu; rodzinna tajemnica; chore, opętane jednostki; niepokojące sny; destrukcyjna miłość; duchy, stuki, puki i inne stwory. Słowem, wszystko to, czego potrzebuje każda szanująca się gotycka historia.
5) Gra aktorska – Hiddleston i Chastain rewelacyjni. Chociaż tylko oni.

Bardzo zły, gdyż:
1) Mia Wasikowska – jedna z najbardziej nielubianych przeze mnie aktorek, a po wczorajszym seansie – najmniej lubiana ever. Bezbarwna, irytująca, mdła. Jej postać, w zamyśle piękna, niewinna, a równocześnie cholernie inteligentna i wyemancypowana Edith to gwóźdź to trumny całego filmu. Efektem końcowym starań aktorki i scenarzysty jest bezpłciowa hybryda, która sama nie wie, kim jest – bezbronna dziewicą, wyuzdaną sufrażystką czy terminatorem, który, pomimo ran, trucizn, przeżytego wstrząsu (o przeszywającym zimnie nie wspomnę) pokonuje znacznie silniejszego i bardziej zdeterminowanego przeciwnika. Gra aktorska Wasikowskiej ogranicza się do dwóch min – codziennej i conocnej (czyli przerażenie sugerowane grymasem ust). Oczywiście wina leży także po stronie scenarzystów. Nie mam pojęcia, co zamierzali osiągnąć panowie Del Toro i Robbins, ale bez względu na zamiary – po prostu nie wyszło.

2) Słaby scenariusz. Powierzchowne potraktowanie głównego, w moim odczuciu, wątku, czyli niezdrowej miłości Lucille i Thomasa. Za mało widz dowiaduje się o ich przeszłości, a to, czego się dowiaduje, podane zostaje na tacy, w teatralny sposób przez głupkowatego doktorka, który w swej chłopięcej naiwności wierzył, że tak po prostu przyjdzie i odbierze Edith dwójce psychopatów gotowych na wszystko, nawet morderstwo własnej matki. Wiele nielogiczności, typu śmierć Cushinga jako nieszczęśliwy wypadek czy zmieniająca co kilka miesięcy wygląd pani Sharpe (chyba że poprzedniczki Edith trzymane były w ukryciu i nikt, nawet pan Finlay, ich nie widział). Przykłady można by mnożyć, a koronnym wydaje się być „dziura w dachu”, ale ów motyw wyjątkowo mi odpowiada. Jest coś baśniowego w pokrywającym podłogę śniegu, w płatkach wpadających do domu poprzez olbrzymią wyrwę – oznaka rozpadu, tak fizycznego, jak duchowego. Jakieś oczyszczenie.


Podsumowując, „Crimson Peak” to film niezwykły. Baśniowy, wdzięczny, stylowy. Ale też o niezwykle niewykorzystanym, by nie ryzykować określenia „zmarnowany”, potencjale. Rozmach, motyw zakazanej, kazirodczej miłości i zbrodnie pośród osypanych śniegiem wzgórz dawały nadzieje na coś znacznie więcej. Świetnie zmontowane zwiastuny dawały nadzieję na znacznie więcej. Ale chyba więcej być nie mogło, gdyż najnowszy obraz mistrza wyobraźni - Del Toro, to nie po prostu kolejny film. To hołd złożony gotyckiej konwencji. Hołd złożony powieściom i filmom. Podążając mrocznymi korytarzami, obserwując rażącą biel śniegu i słuchając kołysanki w wykonaniu Lucille czułam ducha „Wichrowych Wzgórz”, „Jane Eyre”, ducha Poego, Walpole’a, Lewisa i Zafona oraz takich filmów jak „Inni” czy „Jeździec bez głowy”. Przesadzona estetyka wynika z pewnej zabawy konwencją, przerysowanie i intensyfikacja doznań zmysłowych widza są więc celowe.
Pomimo oczywistych niedociągnięć i słabości film uważam za fantastyczny, gdyż dał mi to, co uwielbiam, a czego nie ma w nadmiarze ani we współczesnym kinie, ani we współczesnej literaturze. A duchy (przez wielu krytykowane) jak to trafnie ujęła Edith ( i było to jedne sensowne zdanie padające z jej ust) – „duchy są tylko metaforą”.

50
  • Ogromnie podoba mi się Twoja recenzja, i choć nie do końca zgadzam się z tym czy innym szczegółem (mnie np. Wasikowska do połowy nawet odpowiadała, potem było kiepsko), to ogólnie jest to najtrafniejszy opis tego filmu, jaki czytałam na FW. Opis jego mocnych stron i wad, przez które tak piękne wizualnie dzieło kuleje.

  • Kurcze blade, niech się schowają ci co wciskają swoje recenzje na oficjalnych stronach filmów, zawodowo i beznamiętnie (czyli i bezpłciowo)... W każdym razie nie każdy film powinien być opisywany całkowicie obiektywnie, czego przykładem jest Twoja recenzja, w której widać że masz osobiste podejście i konkretne przemyślenia na jego temat. Oraz mnóstwo skojarzeń z XIX-wieczną literaturą i jej ekranizacjami, i słusznie. Moje szczere gratulacje, choć nie z wszystkim się zgadzam... Jeśli chodzi o film, wrażenie robi strona wizualna, która stała się znakiem rozpoznawczym Del Toro. Natomiast scenariusz był stosunkowo łatwy do rozgryzienia, brakowało elementu zaskoczenia i lepszego suspensu. Trochę niestety się zawiodłem, zwłaszcza że był to jeden z tych filmów na który czeka się już od etapu zapowiedzi. Ale i tak daję 7.

  • nic dodać, nic ująć, dobra recenzja, miałem napisać to samo w zasadzie, ale po wprowadzeniu nowego systemu pozycjonowania, to się nawet pisać odechciewa, tyle dobrego że przynajmniej wiem, że ktoś już odwalił robotę za mnie.

    w mijającym roku oglądałem zdecydowanie za dużo filmów o zmarnowanym potencjale. i jak sięgnę pamięcią wstecz, to już się takie rzeczy dzieją od dobrych kilku lat. najbardziej boli, gdy warstwa wizualna jest świetna, a kuleje scenariusz albo dobór aktorów.....

    aa, to nie tylko w filmach, w grach przecież to samo. i w serialach podobno nawet (ten o alternatywnym hitlerowskim USA, nie oglądałem co prawda, ale z recenzji tak wynika)

    lipaaa... lipne czasy nastały :P

  • Genialny, gdyż tylu bezmózgów i umysłowych impotentów jednak nabrał i jest chwalony i całkiem dobrze oceniany przez dzieciarnie, która powinna nie mieć do niego dostępu. Widownię, która może go obejrzeć obrazi prostotą, głupotą i potraktuje tak, jak grupę osób, którym się spodobał...

  • Niesamowite, ubrałaś w słowa moje własne odczucia i przemyślenia, i zrobiłaś to fantastycznie. Dziękuję :)

  • Przyzwoita, całkiem trafna analiza! Naprawdę, dużo częściej trafiają do mnie recenzje użytkowników fw pisane od serca niż "wypociny redakcji"... ;>
    Horrory to nigdy nie był mój ulubiony gatunek, przyznaję, obejrzałam "Crimson Peak" tylko ze względu na Hiddlestona i Chastain.
    Od początku urzekła mnie warstwa wizualno-dźwiękowa filmu, która tworzy ten niesamowity, mroczny klimat.
    Jednakowoż nie da się ukryć faktu, że scenariusz jest na wskroś przewidywalny, a postać głównej bohaterki jest dla mnie totalnie niespójna :/
    Liczyłam chociaż na jakiś nieoczekiwany obrót wydarzeń pod koniec filmu... a doczekałam się "krwawego happy-endu" ;D

    Co do Mii Wasikowskiej... Nie jestem jej fanką(po obejrzeniu "Alicji...", "Amelii", "Tracks" i "Only lovers..."), ale jej gra aktorska w "C.P" nie była dla mnie jeszcze taka tragiczna. Wydaje mi się, że to raczej źle napisana na poziomie scenariusza postać, sprawia, że ta rola wypada niespójnie i niekorzystnie(scenarzyści nie mogli się zdecydować, czy Edith jest odważną, młodą kobietą, która bierze los we własne ręce, czy może infantylną, trochę zahukaną i nieświadomą życia córką bogatego tatusia, który zrobi wszystko by spełnić jej pisarskie marzenia). Pomijając ten szczegół, i tak wolałabym w tej roli zobaczyć Emmę Stone, która podobno zrezygnowała.
    Jednakże według mnie mamy tutaj rolę dużo gorzej zagraną niż pierwszoplanowa Edith, a która przez cały film raziła mnie jak stuwatowa żarówka... Jest to Charlie Hunnam i drugoplanowa postać dra McMichaela - takiego "drewna" bardzo dawno nie widziałam... Nawet nie chce mi się pisać na ten temat :/ [zaraz i tak mnie zlinczują fani "Sons o Anarchy"...]

    @jesiennamuza życzę kolejnych udanych recenzji/analiz :>

  • Prawie się zgadzam. Wiele już widziałam, ale tak piękne kostiumy i scenografia rzadko się zdarzają w filmach, które zrobione były dla szokowania (chyba), a nie z fascynacji np. epoką i stylistyką.
    Wasikowska do tej pory mi w zasadzie obojętna, zaczęła mnie niezwykle irytować. Pasuje do tego świata jak wół do karety. Jeżeli miała być naiwną dziewczyneczką to zbyt wścibska na to była, a jeżeli miała być mądrą kobietą, to coś wolno fakty kojarzyła. Poza tym jest nieciekawa i jak słusznie zauważyłaś jako aktorka strasznie jednowymiarowa. Jeżeli miłość do kobiety miała wyrwać Thomasa spod wpływu dominującej siostry, to niech to będzie ciekawa kobieta, a nie takie ciepłe, mdłe kluchy. Chemii to między nimi było tyle, co kot napłakał.

    Jedno, czego nie rozumiem to zachwyt nad Hiddlestone'm w tym filmie. Nie to, że go nie lubię. Lubię go bardzo i z każdym filmem urasta w moich oczach, ale w tym filmie nie tyle nic nie pokazał, co nie dali mu pokazać. Ta postać miała być dwuznaczna, a była nudnawa. To była absolutnie i bardzo widocznie wina prowadzenia, reżyser zwyczajnie o nim zapominał. Oczywiście, że patrzenie na grę Hiddlestone'a to czysta przyjemność w każdym wypadku, ale to trochę tak, jakby Paderewskiemu kazać zaiwaniać na koncercie Old McDonald had a farm i się zachwycać tym, jak mu dobrze idzie.

    • Obawiam się, że gdyby nie Tom postać Thomasa byłaby w ogóle nie do zniesienia: wieczny chłopiec z tymi swoimi maszynami i do tego pantoflarz żyjący w patologicznym związku ze swoją psychopatyczną siostrą mordujący kobiety, które siostrunia mu wskaże. W dodatku w jedynej w swoim życiu przebłysku niezależnego myślenia i próby zmiany mówi do Lucille: "Ale ja ją kocham no to może trójkącik?" za co oczywiście dostaje nożem prosto w twarz. Porażka do kwadratu. Tom jednak dodał temu nieszczęśnikowi trochę duszy romantyka, inteligencji w spojrzeniu niebieskich oczu, (która niestety nie przekładała się w żaden sposób na czyny z winy scenariusza), ze szczyptą magnetycznego erotyzmu dzięki czemu jednak postać Thomasa zyskiwała trochę sympatii czy współczucia. Całkowicie się zgadzam z porównaniem o Paderewskim. ;) (Tak na marginesie Tom kilka dni temu wspomniał, że chciałby wrócić na deski teatru i wśród fanów zapanowało już niezdrowe podniecenie z tego powodu :D)
      Edith to natomiast przykład typowej Mary Sue, niby miała być inteligentna i wyzwolona, a jednocześnie naiwna dziewica i o dobrym sercu... Moim zdaniem Mia lepiej pasuje do roli pokręconych i dziwnych dziewczynek ("Maps to the stars", "Only lovers left alive"), zdecydowanie postaci zabrakło charakteru i trochę mi szkoda Wasikowskiej, bo zbiera cięgi za nędznie napisaną główną bohaterkę. Postacią która się del Toro tutaj naprawdę udała to Lucille, nie dziwię się, że Chastain jak przeczytała scenariusz to powiedziała, że to jej rolę chcę dostać.

      • Hmmm, a on je mordował? Bardziej się zgadzał na mordowanie. Tzn. nie kłócę się, ale tak to zrozumiałam :)
        Ta scena z nożem w twarzy była... idiotyczna kompletnie.
        Odnoszę wrażenie, ze właśnie postacie były tak narysowane, że nie trzeba było na to marnować talentu Hiddlestone'a. Żeby zagrać Lokiego budzącego sympatię widzów to była sztuka (mimo miałkości opowiastki thorowej - o pierwszej części mówię, bo potem szybko odkryli jego potencjał)! Ale Thomas? On ze scenariusza miał być raczej ofiarą, bezwolną i chyba najbardziej poszkodowaną. Jego żony po prostu ginęły, a on żył w koszmarze, nawet tego nie widząc. Ale niestety był postacią nudną. Podobnie jasny charakter miała jego żona, obecna znaczy. Tu trzeba sztuki, żeby ją zrobić nijaką. Panience się udało.
        Lucile nie była takim samograjem, mogła być psychopatyczna, histeryczna i obleśna. Była niezła.

  • Co do Wasikowskiej, polecam film "Stoker".
    Według mnie Crimson Peak traci przez to, że jest tak powolny, rozwleczony (podobne odczucia miałem podczas seansu filmu "Wij"). Gdyby całą historię zamknąć w trochę krótszym czasie jestem pewien, że całość nabrałaby większej dynamiki, przez co odbiór filmu byłby bardziej pozytywny.
    Poza tym żadnego zaskoczenia od strony fabuły, trochę naiwna, według mnie wszystko było zbyt czytelne. Zdecydowanie na plus rola Jessici Chastain oraz wizualizacja duchów.
    Film opisałbym jako "solidny".

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: