Sens filmu

Film z wyższej półki, jak na von Triera dość łatwy do przyswojenia, jednak prawdziwy przekaz,
tak jak w innych filmach reżysera, nadal może wzbudzać dużo problemów. Von Trier zostawia
swoim fanom duże pole do popisu, dając w prasie i telewizji bardzo mało wskazówek do
interpretacji swoich dzieł. Moim zdaniem, prawidłowo. W tej opowieści filozoficznej każdy
znajdzie swój punkt zaczepienia. Dla mnie podpowiedziami dla analizy sensu filmu było
zamiłowanie Toma do zgłębiania psychiki mieszkańców i kreowania amatorskiego
socjologicznego obrazu. Zwacam uwagę na kontrast między mieszkańcami Dogville a rodziną
głównej bohaterki: ich odmienne poczucie moralności znalazło punkt styczny przy podobnym
poziomie moralności, prawie tak samo brutalnej, a z drugiej strony jak odmiennej. Wieśniacy
miasteczka potrzebowali czasu, przesuwali granice moralnego zachowania w sposób
wydawałoby się nieświadomy, by, przekonując sami siebie o dobroci ich serc, zniżyć wartość
życia dziewczyny do poziomu psa Rufusa. Bardzo ciekawe znaczenie, jak dla mnie, miała rola
Gustava, któremu Grace nie podobała się od samego początku. W "okresie próbnym"
dziewczyny dawał jej do zrozumienia, że ludzie w miasteczku są tak samo chciwi i pozbawieni
skrupułów, jak ludzie, z którymi dotychczasowo miała do czynienia. Scenarzysta, mimo że
oszczędny w szczegóły przeszłości mieszkańców Dogville, podkreślił pochodzenie Gustava z
miasta. I tutaj właśnie mamy mały bonus do cech, które łączyły gangsterów z wieśniakami.
Wychowany w warunkach dużego miasta, Gustav nie miał oporów do otwartego gardzenia
dziewczyną. Po drugiej stronie barykady, za którą schowała się Grace, licząc na odmienne
podejście do życia, stoją gangsterzy z miasta. Można powiedzieć, że w perspektywie
socjologicznej jest to następna faza odczuwania moralności, zaraz po tej, którą reprezentowali
wieśniacy. Życie nie ma dla nich dużego znaczenia i, moim zdaniem, znacznie lepiej rozumieją
instytucję sprawiedliwości ludzkiej. Grace, przekonawszy się o uniwersalnej naturze człowieka,
postanawia, jak sama wspomina, "uczynić świat lepszym miejscem". Rzeź w Dogville, na którą
się godzi, jest wydarzeniem, które daje do zrozumienia, że wreszcie pojęła motywy kierujące
machiną człowieczą. Dobroć jest pojęciem względnym, dostosowanym do środowiska.
Sprawiedliwość w naturalnym obiegu nie istnieje i trzeba o nią zadbać na własną rękę. Świat
jest serią obłudnych obrazów, cieni, które kryją dużo zła i prostolijności natury ludzkiej. Ludzie,
bez wyjątku, są egoistami, trzymanymi w ryzach obłudnych ram przyzwoitości.
"Dogville" to świetna uczta dla entuzjastów mądrego kina. Na pewno kilka razy powrócę do
tego filmu. Von Trier jest mistrzem w swoim fachu. Świetnie zaplanowana fabuła, scenografia
bogata w symbolikę (gra świateł, surowość otoczenia, jakże wymowna, małe elementy
niewidoczne gołym okiem, jak na przykład napis przy wejściu do kopalni, świetnie wpisujący
się w sens filmu), charakterystyczny dla reżysera zabieg kompozycyjny, ustalający porządek
filmu - MISTRZOSTWO. Film zdecydowanie lepszy od "Melancholii", który był moim
dotychczasowym ulubieńcem von Triera. Polecam "Dogville" na pierwsze spotkanie z duńskim
reżyserem - mimo przepięknego przekazu i obszernej symboliki, nie jest tak skomplikowany
jak inne dzieła.
10/10. Zdecydowanie.

27
  • świetny tekst. pozdrawiam

  • Tak, jest to taki Antychryst w wersji light. Bardziej wprost opowiedziany. Tam Antychrystem jest sama natura, a tutaj zwykli ludzie. Film genialnie wymyślony. Nie dało się lepiej tego opowiedzieć.

  • Zdecydowanie popieram wypowiedź !

  • "Dla mnie podpowiedziami dla analizy sensu filmu było zamiłowanie Toma do zgłębiania psychiki mieszkańców i kreowania amatorskiego socjologicznego obrazu."
    Jeżeli już to nie socjologicznej, tylko psychologicznej. Przejawy poszczególnych bohaterów, ich czyny, słowa, motywy to kreacja ich psychologicznych predyspozycji (za bardzo ogólnikowych), dopiero ich interakcja (w grupie) to socjologia.
    A z morałem filmu się nie zgadzam (ale dobrze tutaj został ujęty). Trier zbyt łatwo wpada w ocenę biało/czarną, bohaterka z idealistki i męczenniczki przeistacza się w zimną kobietę (ładnie ujmując), co raczej świadczy o jej chorobie psychicznej, niż prawdziwym funkcjonowaniu natury ludzkiej. Z usprawiedliwiania najgorszych czynów przechodzi na dokładnie drugą stronę barykady, co kreuje dość prymitywny obraz natury ludzkiej. Główna bohaterka jest zarysowana tak grubą kreską, że niewiele z nie pozostało z "realnego" człowieka, co psuje efekt "mądrego" kina. Za to nieźle zarysowano (ale też z przesadą ) obraz społeczeństwa i starą prawdę że "dasz palec a wezmą całą rękę"

    • Może weź się za kręcenie takich filmów i Ci lepiej wyjdą niż Von Trier'owi, bo, póki co, to on za Ciebie zgarnia nagrody i uznanie ;)

    • No i tutaj wychodzi twoja prostolinijność, o której wspomniała osoba powyżej. Wrażliwi idealiści często przeistaczają się osoby bez skrupułów i emocji, jeżeli wcześniej sami się nie zabiją, to raczej naturalna kolej rzeczy, społeczeństwo niszczy takich ludzi. Z resztą można być mieć w sobie przeciwstawne cechy, cienka jest granica między idealizmem, a mizantropią, ludziom jednak bardzo daleko do ideału. W każdym męczenniku w końcu coś pęka. A co to znaczy być chorym psychicznie? Wszyscy ludzie są mniej lub bardziej szaleni, ci uważający się za "normalnych" chyba najbardziej,. bo żyją w odrealnionej iluzji. Ludzka psychika nadal jest dla nas jedną wielką zagadką, i uproszczone klasyfikacje zwane psychologią, tego nie zmienią, tak samo ludzka natura jest dla nas nieodgadniona i choć wielu jest ludzi nijakich, bez wyrazu i jednotorowym, ograniczonym tokiem postrzegania, to mnóstwo ludzi nie można włożyć do jakiegokolwiek szablonu, bo są w stanie wyjrzeć poza swoją projekcję. Obraz ten kreuje prymitywny obraz ludzkiej natury, bo takowy on jest, połowę ludzi cechuje atawizm i nic więcej, a życie to dla większośc nic więcej jak walka o przetrwanie i podążanie za stadem, nie jest chyba żadną tajemnicą, że człowiek to zniewolony potwór trzymany na smyczy odgórnych ustaleń. To, że nie zgadzasz się z morałem tego filmu może jedynie świadczyć o twoim naiwnym i zakrzywiony spojrzeniu na nasz gatunek, który przesadnie idealizujesz. Najlepszy człowiek jest zdolny do najgorszych rzeczy w odpowiednich warunkach, a rozdzielanie na dobro i zło nie jest przywilejem dla wszystkich.

      "Trier zbyt łatwo wpada w ocenę biało/czarną, bohaterka z idealistki i męczenniczki przeistacza się w zimną kobietę "
      Czy ambiwalencja, czyli przeciwstawne emocje, zamknięte w jedno, to coś czarno-białego? Nie można być idealistą, męczennikiem i zimnym sk*rwielem na raz?

      • Do ostatniego zdania: być może i można być na raz tymi wszystkimi typami. Ale jak zrozumiałem te zarzuty EXE13 - chodzi o to, że jest to nieprawdopodobna z psychologicznego punktu widzenia sytuacja, tj. rzadko spotykana w życiu codziennym. I faktycznie, można mieć wrażenie rozchwiania emocjonalnego bohaterki. Dlatego wypowiedź inicjująca ten temat jest zbyt pochopna, tj. stwierdzanie że Tier robi stadium o naturze ludzkiej (jako takiej) jest przesadzone i brzmi po prostu jak jakiś tani intelektualizm dorabiający sobie górnolotnie brzmiące idee, które są po prostu frazesem. Niestety przeczysz sobie kiedy mówisz, że "natura ludzka jest nieodgadniona" - co ma być kontrą na prostolinijność EXE13 - podczas gdy sam podajesz jednoznaczną wykładnię tej natury w oparciu o film Tiera. Po co angażować się w ogóle w dyskurs o naturze ludzkiej? Jeżeli w ogóle już, to dlaczego ujednoznaczniać przekaz który wcale nie jest jednoznaczny? Potrzeba tutaj więcej namysłu myślę a mniej gotowych sformułowań. Że każdy jest zdolny do świństwa, że każdy człowiek to ukryta bestia. Te kwestie tutaj są bardziej złożone. Nie potrafię jeszcze podać odpowiedzi, ale wiem że wasze odpowiedzi na pewno nie są dobre. Albo inaczej: są dobre, ale nie w całości (przy życzliwej interpretacji). są dobre o tyle, o ile odejmie się od nich totalizujący charakter.

        Kwestie które mogą wzbogacić ten obraz:

        Jeżeli obowiązuje determinizm społeczny/biologiczny to czy jest sens w ogóle mówić o dobru/złu moralnym w odniesieniu do natury ludzkiej? Jeżeli to warunki czynią człowieka bestią, to czy można mówić o bestialskiej naturze człowieka? Tylko wtedy jeżeli zastosujemy podział na naturę pierwszą i drugą (nabytą), i uznamy za bestialską tą drugą naturę, lecz nie pierwszą. Choć być może istnieje coś w pierwszej naturze co umożliwia nabycie natury drugiej? W filmie jednak ciężko znaleźć odpowiedzi na te pytania. To wy ich tutaj udzielacie :) A to nie jest chyba takie proste jak chcielibyście.
        Rozprawianie o naturze jest tutaj o tyle problematyczne, że albo mówimy o wpływie środowiska (czymś zewnętrznym), albo o naturze (czymś wewnętrznym). Można też to połączyć. Można też znaleźć pobudkę jak wartość lub idea, którą ciężko uznać za czysto zewnętrzne kryterium działania, jak i czysto wewnętrzne.

        A może nie ma sensu mówić w ogóle o naturze? Dla mnie to film bardziej o wpływie ideologii, o idealizmie (w rozumieniu: afirmacji pewnej idei/wartości) o tym co on z człowiekiem robi. Nie widzę tego przeskoku - od determinacji określonego zachowania do pewnej filozofii człowieka, tj. koncepcji jego natury. Naprawdę ciężko jest ocenić z moralnego punktu widzenia zachowanie bohaterów i przeskoczyć ku naturze ludzkiej (konformistyczni egoiści bla bla bla).

        Mnie narzuca się jeden obraz: zmienności i nieokreśloności. Właśnie bezkształtnego charakteru "ludzkiej natury" (choć raz jeszcze, wolałbym unikać tego sformułowania). To chyba jest bardziej przejmujące niż jej zło, tj. odkrycie że jest tam pusto. Uznać człowieka za złego z natury, to już go zrozumieć jakoś. Ja jednak nie rozumiem człowieka w przedstawieniu Tiera. I to jest dla mnie najmocniejsze w tym filmie.


        Pozdrawiam

        • W sumie to mniej więcej zgadzam się z powyższymi uwagami (oczywiście oprócz tej na poziomie kilkulatka [mayny]). Dla mnie po prostu zachowanie bohaterki na przestrzeni historii , w kontekście wiedzy z końca filmu jest bardzo dziwne. Wiem że to stwierdzenie więc prostackie, ale trudno inaczej mi powiedzieć o robieniu wszystkiego by nie stać się jak ojciec (i znoszenia nieokreślonych cierpień), po to by ostatecznie zmienić swe postępowanie i nastawienie o 180 stopni. Oczywiście można mówić o traumie itd, ale to tym bardziej pokazuje że zarówno pierwsza jak i druga postawa, oraz przeskok między nimi jest za szybki i za duży, co świadczy o tym że postać jest bardzo rozchwiana i popada w skrajności i to na chłodnej sytuacji (nie w obronie własnej) .
          Sam film mimo ubóstwa wizualnego jest lepszy niż większość "głębokich" historii. Teatr filmowy, coś bardzo rzadkiego (filmowy a nie telewizyjny).
          Jeszcze raz napiszę że się z wami częściowa zgadzam, tak samo jak z filmem. I na pewno zgodzę się z stwierdzeniem że umysł człowieka jest bardzo skomplikowany i na razie wiemy o nim tyle samo co alchemicy wiedzieli o naturze materii. i związkach.

          • To, że się zmieniła, mnie nie dziwi - zaznała od tych ludzi sporo krzywd. Po prostu na potrzeby filmu nie oglądaliśmy kolejnego etapu, czyli rozmyślania o zaznanym złu i dojrzewaniu do zemsty (co w prawdziwym życiu dzieje się wolniej). Bohaterka po takim traktowaniu i ostracyzmie mogła popaść w depresję i chorobę psychiczną, mogła stać się bardzo wierząca i po długim czasie wybaczać, lub wybrać zemstę. Spoiler! Wybrała zemstę i nie widzę w tym nic dziwnego, jak powyżej ktoś zauważył, im wznioslejsze ideały, tym bolesniejszy upadek. Poza tym - być może sama sobie wmowila, żeby się usprawiedliwić, że naprawia w ten sposób świat, oczyszczajac go ze zła. Być może jej największym grzechem było tutaj to, że już w momencie przybycia też planowała swego rodzaju eksperyment, by udowodnić ojcu, że się myli. Chciała udowodnić coś dobrego, ale w pewnym sensie prowadziła analizę podobną do Toma. Jednak wg mnie nie można jej oceniać źle, bo szukała czegoś dobrego, miała dobre zamiary. Jednak gdyby zakończenie było inne, czułabym lekki niedosyt, niesprawiedliwość, ale też Grace byłaby wtedy jakimś nadczlowiekiem. Dzięki temu, co zrobiła stała się bardziej przyziemna, jednak miała refleksję, co by zrobiła będąc na miejscu mieszkańców miasta (czego np.brakowało mi u tych ludzi, jedynie Tom prawie wyraził skruche, ale było to spowodowane strachem i jak się okazało, nieszczere do końca).

        • Natura ludzka jest nieodgadniona, moje opinia jest tylko efektem subiektywnych przemyśleń, tak jak każda inna i tak jak każdy inny człowiek jestem ograniczony. Jest nieodgadniona, bo jesteśmy zdolni do najlepszych i najgorszych czynów, jesteśmy zdolni do czynów o których bezrefleksyjna nawet nie śni, nie jesteśmy w stanie sobie poradzić sami ze sobą, wytworzone przez nas społeczne twory są daleki do ideału. To czy ludzi są z natury źli, czy dobrzy, to jest pytanie na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Chyba jedynym wytłumaczeniem jest to, że nasze życia są sumą zazębiającego się przypadku. To co ludzie prezentują na co dzień nie jest prawdziwe, to stadny konformizm i próba adaptacji w miejskiej dziczy, dostosowywanie się do reguł gry o przeżycie. A co do zaprzeczania samemu sobie... moim zdaniem nie ma czegoś takiego jak zaprzeczanie samemu sobie, to po prostu ograniczone klasyfikacje, rządzą nami złożone zależności i mechanizmy, czarno-białe postrzeganie rzadko jest właściwe.

          Co do dobra i zła to jest to subiektywne złudzenie pojmowania, ilu ludzi tyle spojrzeń. I mam tu na myśli ludzie, a nie zaprogramowane systemowe marionetki. Film nie ma udzielać odpowiedzi, nigdy. To zawsze odbiorca ma zinterpretować na własny sposób i w jakiś sposób się odnieść. Choć wiem, że myślenie przy oglądaniu filmów nie jest aż tak powszechne i nie jest to przytyk do ciebie. Nie można mówić o czymś takim jak pewny obraz poznawczy, to znaczy, ludzkie poglądy są zazwyczaj tylko sumą zdarzeń, uwarunkowań genetycznych na które oddziaływują różne czynniki. Nasze rozważania, to tylko czcze pieprzenie w oczekiwaniu na śmierc :)

    • SPOILER

      Exe13 - esencją tego filmu jest ukazanie tego, jak zachowuje się człowiek kiedy posiądzie władzę nad innymi. Człowiek mając świadomość swojej wyższości nad kimś może łatwo stać się okrutny. Pod koniec filmu, zanim Grace decyduje się na podpalenie wnioski, widzi strach w oczach mieszkańców, po czym zmienia się jej spojrzenie, tak jakby właśnie poczuła swoją władzę. Nie ma w tej postawie przesady, polecam poczytać o Stanfordzkim eksperymencie więziennym, przeprowadzonym przez Philipa Zimbardo, jeden z najbardziej szokujących na świecie eksperymentów, ukazuje, do czego jest w stanie posunąć się człowiek, który ma władzę nad innymi. Lars Von Trier powtórzył to poniekąd w swoim filmie, lecz to nie jedyny wniosek, do którego można dojść po obejrzeniu.

      • " Pod koniec filmu, zanim Grace decyduje się na podpalenie wnioski, widzi strach w oczach mieszkańców, po czym zmienia się jej spojrzenie, tak jakby właśnie poczuła swoją władzę. "

        Osobiście totalnie się z powyższym nie zgadzam. Jak również daleka byłabym do odniesień do Zimbardo ( w tym akurat przypadku) . Moim zdaniem to nie perspektywa władzy , przemówiła do Grace a zweryfikowanie poglądów.
        Przecież rozmowa z ojcem , jest tu kluczowym motywem. Usprawiedliwiała każde złe zachowanie, każdy czyn , którego dopuścili się mieszkańcy , bo idealizowała ludzi . W momencie kiedy dotarło do niej , że miała rzeczywiście zbyt łaskawe spojrzenie , podjęła decyzję, bo " nie zachowałaby się w ten sposób" . Po prostu wyszła ze stanu "odrętwienia" i ujrzała to wszystko takim jakim było, nie - jakim chciała widzieć. Ja zostałam z konkluzją, że czasami nie warto uciekać przed problemami i nie można zbytnio ufać ludziom. " Dobrzy ludzie są mniej dobrzy , a źli ludzie są mniej źli , niż nam się wydaje" Pozdrawiam


        • zapomniałam jeszcze dodać, że gdyby poczuła władzę , z pewnością nie widzielibyśmy , że płacze. Ja odebrałam to w taki sposób, że skazując miasteczko niejako na zagładę, uśmierciła własne ideały . Btw nie macie wrażenia , że to swoisty hołd dla Dickensa ?

        • Calkiem mozliwe, ze przyklad z Grace i interpretacja jej zachowania byly z mojej strony troche na wyrost, ale w odniesieniu do mieszkancow wniosek ten jest zdecydowanie bardziej adekwatny i zostaje przy swojej interpretacji. Odwolalam sie do Stanfordzkiego eksperymentu wieziennego dlatego ze rzuca pewne ciekawe swiatlo na ludzka nature i zachowanie mieszkancow jest zbyt wymownym odbiciem wyniku eksperymentu, zeby o tym nie wspomniec. To o czym napisalas tez jest logiczne i zgadzam sie, ale jedno nie wyklucza drugiego, to jest film na tyle zlozony ze odmienne wnioski jakie mozna wyciagnac sa jak najbardziej na miejscu.

          • Szanuję każde zdanie oponentów , zwłaszcza wypowiedziane w sposób tak kulturalny , jak Twój :-)
            Odniosłam się kontra do eksperymentu Zimbardo , gdyż jak pewnie wiesz, tam czynnikiem górującym było nadanie " władzy" wobec słabszych ( w liczbie mnogiej) . Strażnicy czerpali satysfakcję z poniżania więźniów. Jeśli tę filmową sztukę miałabym porównać do eksperymentu psychologicznego , to z pewnością , bardziej skłaniałabym się do projektu Milgrama . Pozdrawiam serdecznie:-)

          • Również nie mogę zgodzić się z nawiązaniem do eksperymentu Zimbardo.
            Tak jak DarkWater mówi:
            "Po prostu wyszła ze stanu "odrętwienia" i ujrzała to wszystko takim jakim było, nie - jakim chciała widzieć. Ja zostałam z konkluzją, że czasami nie warto uciekać przed problemami i nie można zbytnio ufać ludziom."

            Władza jako "decydujący" czynnik jest tutaj dla mnie trochę pójściem po linii najmniejszego oporu. Tzn - łatwo się powołać, że oho taki a taki był eksperyment i że faktycznie no - porównując - to się zgadza. Dostała władzę, to sobie zaczęła używać.

            A właśnie nie - władzę odrzucała już na początku rozmowy i dopiero jak prysła jej bańka uwalniania ludzi z odpowiedzialności za ich czyny ze względu na środowisko ("Pewnie też bym się tak zachowała gdybym była każdym z nich"), kiedy dostrzega że wcale nie są bez winy i mogli dać z siebie więcej - zaczyna widzieć to "na trzeźwo".

            Zamiast porównań do Zimbardo bardziej widziałbym tu np. prostą analogię do sytuacji, kiedy występuje przemoc w wziązku, a ofiara próbuje usprawiedliwiać oprawcę. A dopiero kiedy wychodzi z takiej pułapki, dostrzega co się działo.

            Ba, gdzie tam Zimbardo... to już bardziej syndrom sztokholmski.

            • W mojej opinii Grace po trochę ucieka od tego kim jest i odcina się od swojej prawdziwej natury. Dogville jest ucieczką, odcięte od świata i życia, jakie prowadziła przed ucieczką. Grace próbuje wyprzeć zło z siebie, przez co idealizuje ludzi z Dogville. Kluczem jest tutaj dwoistość natury ludzkiej, okoliczności. Człowiek ma w sobie dobro i zło, kwestią jest to, co wybiera, w jaki sposób wpływa na jego decyzje doświadczenie oraz przemyślenia. Wyjście księżyca i zmiana światła padającego na Dogville przed masakrą to metafora przemiany psychicznej w Grace. Kluczowa jest rozmowa z ojcem. Grace przestaje wtedy uciekać od zła w sobie, akceptuje je i dostrzega w innych, a kiedy przestaje się okłamywać nic jej nie powstrzymuje. Skoro potrafiła być surowa dla siebie - pozwalała mężczyznom wykorzystywać się seksualnie, nosiła łańcuch, pracowała, nie protestowała, kiedy rozbijano jej figurki (chociaż nie powstrzymała płaczu), może być taka dla innych. Dociera do niej, że pozwoliła innym posunąć się za daleko, przez co zasługują na karę. Mam wrażenie, że Grace ucieka od siebie i swojej natury, a na końcu ją akceptuje i ocenia mieszkańców tak, jak oceniłaby siebie.

              • No i tutaj również nieco zbyt "na wyrost" interpretacja wg mnie.
                Nie ma w filmie żadnych przesłanek wskazujących na to, że wcześniej była "zła", o jakimkolwiek dualizmie.

                Grace nazywa ojca arogantem, bo osądza ludzi.
                On odpowiada, że ona nie osądza, bo im współczuje. bez względu na wszystko współczuje - "Trudne dzieciństwo... i morderca już niezupełnie jest mordercą. Jedyną rzeczą którą potrafisz obwiniać są okoliczności. Gwałciciele i mordercy - mogą być ofiarami, według Ciebie"

                "O: A ja nazywam ich psami. Jeśli żrą własne rzygowiny, tylko bat je powstrzyma.
                G: Psy robią to, co każe im natura. Trzeba im to wybaczać"

                "G: A więc jestem arogantką, bo wybaczam ludziom?
                O: (...) Masz z góry założone przeświadczenie, że nikt nie może osiągnąć równie wysokich standardów etycznych, co ty, więc odpuszczasz im winy. Nie potrafię wymyślić nic bardziej aroganckiego.
                Wybaczasz innym z powodów, z których nigdy nie usprawiedliwiłabyś siebie"

                Czyli wręcz - już przed przybyciem do Dogville Grace cierpiała na zbytnią pobłażliwość.
                A później, kiedy zastanawiała się, czyż to przecież nie zrobiłaby tego samego na miejscu tych ludzi, w tych okolicznościach(!), zatrzymała się i dotarło do niej, że nie byłoby dla niej żadnego usprawiedliwienia (ani wystarczająco srogiej kary).

                Dlatego nie sądzę, żeby Dogville miałoby być ucieczką i wyparciem zła z siebie, a raczej próbą np. odszukania na nowo nadszarpniętej wcześniej nadziei na dobro u ludzi. ("Choć różnica między ludźmi, których znała w domu, a tymi z Dogville, okazała się trochę mniejsza niż oczekiwała.").
                Nie nazywałbym też jej stosunku do ludzi w Dogville ich idealizowaniem. Wydaje mi się że jednak jest pewna różnica między idealizowaniem (pozytywne), a wybaczaniem-współczuciem/biernością (odrzuceniem jakiejkolwiek odpowiedzialności, odrzucenie negatywności).

                Uciekanie od zła w sobie? No właśnie nie - raczej uciekanie od zła w innych. Od dopuszczenia choćby myśli o tym, że może to być czyjś świadomy wybór, a nie skutek tylko i wyłącznie okolicznośći. No i braku asertywności/umiejętności postawienia się reszcie (wszak ograniczonej wcześniej chęcią zostania w Dogville, później przykrycia ucieczki, a później - ... no cóż, łańcuchem) też nie nazywałbym surowością wobec siebie, bo to jednak dwa podejścia skierowane w zupełnie różne strony (surowość - do siebie, wewnątrz, raczej aktywna. Pobłażliwość, tolerancja - wobec innych, na zewnątrz, raczej bierna).

                • Tak kolego, dotykasz sedna. Scena finałowa w wozie ojca mówi wszystko. Dziwię się, że to w ogóle puszczono, bo jest w pewnym sensie polityczna. W pewnym momencie w Stanach i świecie zaczęła się mania psychologizowania. Myślę, że ma to związek z markisizmem kulturowym (to nie człowiek jest zły, tylko kultura go alienuje). Zaczęło się obwiniać otoczenie za patologię konkretnych osób. Dzieciństwo, pobyt w więzieniu, rasistowskie społeczeństwo, religijność tłumiąca pewne zachowania etc. Orędowniczką takiego sposobu myślenia była główna bohaterka...do czasu kiedy wyleciała ze swojego pałacu i zetknęła się z tymi ludźmi bezpośrednio. Aha, w filmie nie występuje tylko hołota, bo jest także intelekualista, więc ciemnota nie jest powodem ich zachowań. Mieszkańcy mogli zachować się godnie, uczciwie, po ludzku. Świadomie wybrali, przekalkulowali i zdecydowali, że nie opłaca im się być człowiekiem, tylko pójść na skróty, wyeksploatować, zaspokoić żądze, bo nie spotka ich kara. Film obala te psychologiczne mrzonki i wyśmiewa rzekomą wyższość moralną rzekomych elit jako arogancję. Zachowanie podlega ocenie, także okoliczności. Mogą one łagodzić ocenę zachowania , ale w tym przypadku obciążają mieszkańców. W sprzyjających okolicznościach zachowali się jak zwierzęta i tak też zostali potraktowani.

            • SPOILERY

              TomeQ14: syndrom sztokholmski jak najbardziej, natomiast jest chodzi o Stanfordzki eksperyment więzienny to porównanie to nie jest pójściem po najprostszej linii oporu jeśli chodzi o mieszkańców wioski, zwarta grupa siłą rzeczy jest silniejsza od pojedynczej jednostki, a dodatkowo ona żyła niejako na ich łasce, zatem wniosek jakoby przyczyną ich okrucieństwa było poczucie władzy nie wydaje mi się być wysunięty na wyrost.

              Eksperyment Milgrama o którym napisał/a DarkWater koncentruje się na posłuszeństwie wobec autorytetu, ale uczestnicy badania posuwali się do przemocy fizycznej na żądanie autorytetu, a Grace nie wyrządzała nikomu krzywdy, raczej identyfikowała się z oprawcami (jak zauważyłeś), nawet podpalenie wioski było jej samodzielną decyzją, nie zrobiła tego pod wpływem czyjegokolwiek nacisku.

              Powracając jeszcze raz do Zimbardo - to porównanie nie pasuje w odniesieniu do samej Grace, natomiast w kontekście zachowania mieszkańców jak najbardziej, a przynajmniej ja widzę związek. Grace faktycznie można by przypisać syndrom sztokholmski.

      • Otóż właśnie największy problem jaki mam z tym filmem, to to, iż jest, w swej refleksji, dosć wtórny.
        Kto kiedykolwiek zmierzył się choć troszkę głębiej z filozoficznymi albo naukowymi(właśnie choćby Zimbardo) rozprawami nad egoistyczną/altruistyczną naturą człowieka- tego nic tu nie zaskoczy.

  • Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek jeszcze ocenię film na 10.
    Twórczość Von Triera rozpocząłem od "Antychrysta". Uważam, że to niezwykle ciekawy i intrygujący film. Szkoda, że u nas tak nisko oceniany.
    W ogóle wybitnie podoba mi się styl "chapterów" oraz muzyki w filmach von Triera.

  • użytkownik usunięty

    The Big Man: Rapists and murders may be the victims according to you, but I, I call them dogs. And if they're lapping up their own vomit, the only way to stop them is with a lash.
    Grace: But dogs only obey their own nature, so why shouldn't we forgive them?
    The Big Man: Dogs can be taught many useful things, but not if we forgive them every time they obey their own nature.

  • Dogville ciągnął mi się w nieskończoność, gdyby nie świetna końcówka i mocne przesłanie to dałbym mu naciągane 7/10.

  • Dlaczego pies w Twojej wypowiedzi nazywa się Rufus (a nie Moses), a Chuck to u Ciebie Gustav?

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: