Żeby była jasność, nie mam problemu z przemocą na ekranie, uważam, że przemoc jest jednym z najbardziej filmowych zjawisk, i trzeba z niej w kinie korzystać. Powiem nawet, ze przemoc w kinie jest bardziej usprawiedliwiona niż seks, po przemoc nawet jeśliby by Bóg wie jak drastyczna była, zawsze będzie fikcją, a w seksie jest pewna granica, której przekroczenie grozi tym, że akt kreacji zamieni się w pospolity akt kopulacji. No, to tyle.
Chodzi mi o to, że nie przemoc, a że tak powiem, ideologia nie pozwala mi zaakceptować tego filmu. Bo krew krwią, ale kiedy z podstawowych zasad moralnych robi się relatywistyczną zabaweczkę, to zaczyna się robić niebezpiecznie. I mówię to jako fan horrorów, Quentina Tarantino, czy też sympatyk pierwszej części "Hostelu".
No, ale "Dom 1000 trupów" to Pikuś w porównaniu z "Bękartami diabła".
P.S. Jak chcecie mnie zjechać, zróbcie to delikatnie:)