Lubię Keanu Reevesa, podoba mi się Sandra Bulloc i nie mam nic przeciwko filmom romantycznym dlatego pomyślałem sobie, że pójdę na "Dom nad jeziorem". Wersji oryginalnej niestety nie dane mi było zobaczyć, ale ponieważ film reżyserował nie Amerykanin myślałem, że film może się udać. Dodatkowo zwiastun był całkiem całkiem. Jednak jak wszyscy wiemy trailery a pełen film często się bardzo różnią. Niestety w przypadku "Domu..." właśnie tak jest.
Jeśli chodzi o plusy to po pierwsze bardzo podobała mi się gra Sandry Bulloc. Pasowała ona do tego filmu idealnie. Keanu niestety nie za bardzo. Po drugie w całym filmie przewija się prawie ciągle wątek architektoniczny i dzięki temu reżyser raczy nas pieknie sfotografowanymi widokami krajobrazów wokół tytułowego domu jak i wieżowcami w Chicago.
"Dom nad jeziorem" posiada dziwny, taki trochę melancholijny, spokojny klimat, podkreślany przez powolny montaż i delikatną muzykę Rachel Portman. Jest obrazem bardzo sympatycznym, optymistycznym, poprawiającym humor. Jest jednym z tego rodzaju filmów, które powodują, że przez cały seans mamy uśmiech na twarzy. Nie śmieszy ale raduje.
Niestety jednak jeśli chodzi o logikę, to lepiej na te dwie godziny seansu uspić trochę mózg, bo zdarzenia pokazane w "Domu..." są makabrycznie poplątane i niemożliwe. O rozważaniu paradoksu czasowego już nie wspominając, bo twórcy o czymś takim jak realność czy prawdopodobieństwo całkowicie zapomnięli. Ale nie możemy im mieć tego za złe, bo nie taki był cel tego filmu. Miał to być romans, i tym własnie "Dom.. " jest. A podróże w czasie są tylko takim bonusem, nowością, która ma zaciekawić widza.
Film mija szybko, a po reakcjach widzów widać, że jest chyba udany. Panie ronią łzy na teoretycznie zaskakującym zakończeniu, a panowie nie zasypiają. Jednak na "Dom.." można według mnie spokojnie poczekać aż pojawi się na dvd i obejrzeć go w domu. Nic się nie straci, a chyba nawet ten obraz lepiej pasuje do domowego kina.
6/10
P.s. Nie wiem kto był odpowiedzialny za casting ale gratuluję "rozeznania" dla osoby, która zatrudniła Shohreh Aghdashloo w roli lekarki z polsko brzmiącym nazwiskiem :/
Bardzo dobry komentarz. Zgadzam się w 100%. Logiki może i tam nie ma zbyt wiele, ale dzięki temu, że film jest tak poplątany, nie ma zbyt dużo czasu by o tym myśleć, ja bardziej starałem się wyłapać, który akurat świat pokazują. Dodałbym jeszcze, że wszystkie "zaskakujące" sytuacje tak są zrobione, że na przynajmniej 10 min wcześniej można je przewidzieć.
Ja na początku chciałem sobie jakoś to wszystko poukładać, uszeregować co jest przed co po, jakoś logicznie objąć tą historię. Tak gdzieś przed połową filmu zrezygnowałem z tego, bo tylko bym się wymęczył. A tak po prostu popłynąłem unoszony przez opowiadaną historię i film wspominam całkiem sympatycznie.
A Jeśli chodzi o to odgadywanie zaskakujących wątków, to podczas wypadku w którym zginął jakiś mężczyzna, nie wiem czemu ale wpadłem na to kto to był.
Choć samo wydarzenie jest całkowicie przesadzone.
Pozdrawiam
Też próbowałem, ale w momencie ich pocałunku na jej urodzinach, dałem sobie spokój. Bo jak mogli się wcześniej całować, skoro on nawet jej nie znał i nie próbowałby jej uwieść, a na pewno nie wspomniałby o książce itd.
W tym filmie nie było przypadków: stary ojciec, skłócony z synem (pierwsza scena filmu, gdy jakiś starszy mężczyzna jest w szpitalu na korytarzu i pyta się czy przeżyje, początkowo myślałem, że to on, ale już na pewno wiedziałem, że trafi do tego szpitalu i umrze), jej ex wspomina o pocałunku na urodzinach (ona zwykle tego nie robi, poza tym wspomiają o tym, czyli coś musi być na rzeczy), w końcu dochodzimy do wypadku (prowadzony myślą, że nie ma tam przypadków + nieobecność Keanu na spotkaniu = to on). Tego było więcej, ale na szczęście nie psuło przyjemność z oglądania.
Pozdrawiam.
ktos wyzej napisal; Też próbowałem, ale w momencie ich pocałunku na jej urodzinach, dałem sobie spokój. Bo jak mogli się wcześniej całować, skoro on nawet jej nie znał i nie próbowałby jej uwieść, a na pewno nie wspomniałby o książce itd.
pocaunek na urodiznach S.Bullock byl terazniejszoscia dla Keanu, on w tym czasie z nia korespondowal juz :) wiec wiedzial o ksiazce... cos nieuwaznei ogladales film, obejz jeszcze raz a sie przekonasz.
Takie rozważania nie mają sensu bo znowu wchodzimy w nieszczęsny paradoks czasowy.
Jeśli spojrzymy na to ze strony Alexa, to pocałunek jest logiczny. Alex wie o Kate, bo ta z nim koresponduje, a ponieważ on się w niej zakochuje próbuje ją uwieść na przyjęciu. To wydarzenie jest dla niego "pierwszym czasem".
Jeśli jednak spojrzymy na to ze strony Kate, to po pierwsze dobrze rozegrane jest to, że ona go nie zna, nie reaguje na niego. Jednak listy, które do niego pisze zacznie pisać dopiero za dwa lata, a więc on też nie powinien na nią "reagować". Gdyby ją uwodził, to zmieniłby przyszłośc i wydarzenia które widzimy na początku filmu byłby inne.
Nie wiem, może te wnioski też są błędne. Pewnie tak, bo o podórżach w czasie nie mamy jeszcze zielonego pojęcia.
Pozdrawiam.
Ale ona wspominała już o pocałunku przed wydarzeniem w teraźniejszości Keanu. Ale jeśli założyć Twój sposób myślenia, to dlaczego w jej świecie Keanu zginął? Co tam robił i dlaczego wszedł na ulicę nie patrząc czy nic nie jedzie? Przecież jeszcze nie korespondowali.
Ale ona wspominała już o pocałunku przed wydarzeniem w teraźniejszości Keanu. Ale jeśli założyć Twój sposób myślenia, to dlaczego w jej świecie Keanu zginął? Co tam robił i dlaczego wszedł na ulicę nie patrząc czy nic nie jedzie? Przecież jeszcze nie korespondowali.
Dlatego jak już w recce pisałem, że szkoda czasu i energii na myślenie co było kiedy i dlaczego.
To jest romans plus trochę komedia, która ma nam poprawić humor i pokazać trochę inny, jakby bajkowy świat. To wszystko.
Pozdrawiam.
le ona wspominała już o pocałunku przed wydarzeniem w teraźniejszości Keanu. Ale jeśli założyć Twój sposób myślenia, to dlaczego w jej świecie Keanu zginął? Co tam robił i dlaczego wszedł na ulicę nie patrząc czy nic nie jedzie? Przecież jeszcze nie korespondowali.
dzien w ktorym Keanu "zginol" rok 2006. ona znim jeszcze nie korespodowala. ale zauwaz ze on korespondowal z nia w roku 2004 wiec on ja znal. zobaczyl ja i chcial do niej isc. on juz z nia korespondowal!
Uhm, czyli od 2004 wszystko mogło się zmienić. Pokrętne nieco wyjaśnienie, ale można się na nie zgodzić.
Czemu napisałaś: "zginoł" to miał być jakiś super śmieszny żart czy może masz problemy ze wzrokiem i zobaczyłaś, że ja tak napisałem? Pozdrawiam pani "obejz" i nie emocjonuj się tak.
zaden super smieszny zart :) a problemy ze wzrokiem owszem, mam.
zginol- blad ortograficzny bo jestem dyslektykiem a w cudzyslowiu bo w koncu nie zginął. :) sie wcale nei emocjonuje.
Widze, że wspólnymi siłami to rozpracowaliście :) Bardzo dobrze, bo po wyjściu z kina potrzebowalam potwierdzenia swoich domysłów.
Film jest faktycznie bardzo miły, taki spokojny i kameralny. Zgadzam się z milczacym, że dobrze pasuje do domowego zacisza.
Nasunęła mi sie jeszcze jedna wątpliwość, a włąsciwie coś co zostało przemilczane. Sandra powinna poznać w przejechanym człowieku, mężczyznę, z ktorym całowala sie na swoich urodzinach 2 lata wczesniej.
Pozdrawiam :)
racja. ale mzoe nie bylo tak dfla neij tak wielkie wydarzenie by zapmietala jego twarz. w koncu widziala sie z nim tylko prze kilka chwil. a nawet gdyby zapamietala to mzoe byl tak podurboany ze nei dalo sie go rozpoznac? mozna gdbyc i gdbyac...
Do autora topicu: a słyszałeś o tzw. mieszanych małżeństwach? Nie przyszło ci do głowy, że jej fikcyjni rodzice mogli mieć inny kolor skóry?
A co do chatowania z 2-letnim opóźnieniem, ty chyba mieli jakieś słabe łącze... ;)
a ja ajkos nie miałam problemu ze zrozumieniem relacji czasowych miedzy nimi. jak sie bardzo uważnie ogląda to bez problemu mozna sie połapać :) tylko opowiedzieć to troche trudniej :D a film jest cudowny :]
"Shohreh Aghdashloo w roli lekarki z polsko brzmiącym nazwiskiem :/"... no i co? Na upartego mogła przecież mieć męża Polaka i po nim nazwisko... Nie ma co się czepiać :)
A film? Romansidło, ale b.fajne. Gdyby się nie spotkali potem, gdyby umarł jednak w jej ramionach mielibyśmy kolejne Autumn in New York, a po co. Nie po to chyba robi się takie filmy, żeby widza dołować, tylko one właśnie mają być lekkie i przyjemne. A ten film prócz swoich lekkości i przyjemności zawiera jeszcze smaczki architektoniczne, o których wspominasz, jakąś tam "Perswazyjną" głębię i wątek fiction, nie bardzo naciągany moim zdaniem, choć nieuzasadniony i niemożliwy.
A w kinie? Owszem, spłakałam się.