Film wydmuszka, który odwagą w wyborze formy i formuły, wyrazistą stylizacją i bezpośrednim oraz bezkompromisowym przekazem próbuje przykryć pretensjonalność i powierzchowność. Nie ma „oswajania” osób transseksualnych - za to jest ogłaszanie wszem i wobec ich trudów i nadziei.
[dalej spoilery]
Szkoda że film w 20 minut staje się parodią samego siebie (scena w gabinecie ginekologicznym to chyba najgorsza rzecz jaką widziałem w historii kina).
Wyśpiewywane dialogi nie pełnią nawet podstawowej roli zbliżenia czy przywiązania się do bohaterów, są absolutnie zbędne i komiczne zestawiając je z poważną tematyką.
Tematyką w znaczeniu próby poruszenia kilku problemów społecznych naraz podane w samochwalczy, masturbatorski sposób. Afiszowanie się poglądami, które są prezentowane jako jedyne właściwe dorzucając tylko pare ckliwych kwestii o cierpieniu - przecież każdy dobry i wrażliwy zrozumie - tylko głupi i zacofany odrzuci - czyż nie? No nie. Efekt jest pretensjonalny, przewidywalny i szczerze mówiąc żałosny. To koncert samozadowolenia z udawaną i performatywną empatią. Jeśli chcesz przybliżyć komuś losy cierpiącej, opresjonowanej grupy - pokaż losy cierpiących jednostek. Daj szansę się z nimi zżyć, a potem daj cierpieć z nimi. Zamiast tego Emilia Pérez ogłasza prawdy objawione ze swojej ambony, a jedyne co ją legitymizuje to fakt, że kiedyś była złym morderczym bossem, a teraz jest trans-kobietą, która kocha swoje dzieci.
Jedyną jasną stroną tego rozpędzonego cyrku pozującego na sztukę jest Zoe Saldaña, która jakimś cudem jednocześnie koncertowo gra elementy musicalowe i samodzielnie nadaje poważny, realistyczny ton reszcie scen z jej udziałem.