Film mi się nawet podobał. Tzn. dało się go oglądać bez obrzydzenia. Dałam mu 6/10.
Problem polega jednak na tym, że młodzi „aktorzy”, którzy grają postacie pierwszoplanowe są raczej słabi, albo raczej w miarę dostateczni.
Na swoje nieszczęście grają u boku wybitnych postaci angielskiego kina(Rickman , Gambon , Maggie Smith , Helena Bonham Carter)- aktorów wykształconych, wybitnych, doświadczonych…i takich epitetów można by jeszcze trochę dodać.
Nic dziwnego, że wypadają słabo.
Daniel Radcliffe gra dokładnie dwie miny: bruska z zatwardzeniem i uśmiechniętej wróżki, a Emma Watson po prostu ładnie wygląda, chociaż na tle Radcliffea wypada w miarę nieźle.
Najlepiej moim zdaniem z głównej trójki prezentuje się Rupert Grint, ale to może dlatego, że ma postać nieco groteskową i bardzo żywą, a to zawsze łatwiej zagrać niż bohatera tak zamkniętego w sobie jak Harry Potter.
Z przerażeniem myślę o pierwszej połowie ostatniej części, gdzie na ekranie przez większość czasu będziemy oglądać tylko tę trójkę. Oby się moje obawy nie sprawdziły…jak następny film będę mogła ocenić na chociaż 6 odszczekam wszystko, co tu napisałam…