Na początku od razu się przyznam, że fanem książki i całej tej finansowej otoczki wokół niej nie jestem, ale książki przeczytałem, a filmy obejrzałem. Mogą pojawić się spojlery...
Ten był słaby, tak jako film, jak i adaptacja.
Podobno Yates miał się trzymać oryginału jak tonący deski... może i się trzymał, ale w miejscach nie zapewniających sukcesu.
Zmiany w stosunku do książki są zrozumiałe przy każdej adaptacji, ale to co odwalili tutaj scenarzyści to zwykłe gówno. Z w miarę posępnej, czasem wzruszającej, czasem zaskakującej powieści zrobiono nie film akcji, co jeszcze mógłbym wybaczyć, lecz tanie romansidło dla nastolatków, którzy na pewno zlali się ze szczęścia w gacie na wieść, że zbliża się premiera "Księżyca w Nowiu". I tak wspomnienia z życia Voldemorta, może nie strasznie ciekawe ale dosyć klimatyczne, a także bitwę ze Śmierciożercami - zastąpiono romansami. Znaleziono za to miejsce by wcisnąć całkowicie niepotrzebne zniszczenie Nory...
Dodatkowo odniosłem wrażenie, że albo twórcy mają widzów za kompletnych idiotów, albo sami dopiero po 3. przeczytaniu książki zdołali zrozumieć wielce zagmatwaną fabułę. Z drugiej strony rynkiem docelowym są USA i UKa czyli kraje gdzie rządzą murzyni, a marchewki rosną na drzewach. Nie dość, że już od około 30. minuty seansu mówią wprost widzowi jak Śmierciożercy przedostaną się do Hogwartu to jeszcze (moim zdaniem) całkowicie psuja postać Snape'a w finale filmu. Wszystko aby Amerykańskie móżdżki nie wybuchły z przepracowania na finale IŚ2...
A czemu to wszystko słabe jako film? Z tych samych powodów - 153 minuty z czego może 30 minut akcji. Przez cały seans czekałem aż się coś wydarzy, nie miałem ochoty oglądać rozanielonych twarzy aktorów naćpanych tym-czy-tamtym. Ba, nawet te kilkadziesiąt minut akcji było słabe - zaklęcie, które chciałem zobaczyć w działaniu zdaje się tylko plamic koszulę na czerwono. Nie zawiodłem się za to aż tak na sekwencji w podziemnym jeziorze, ona była chyba najlepszym fragmentem filmu.
O aktorstwie i efektach nie będę się wypowiadał, pierwsze trzyma poziom w miarę taki sam od 1. części cyklu, czyli może-być, efekty nie zachwyciły, bo nie miały zbytniego pola do popisu...
Po seansie jeszcze bardziej śmieszą mnie ludzie, którzy sądzą, że IŚ zostało podzielone dla zwiększania ilości wątków. Choć z drugiej strony tam scenarzyści nie mają już gdzie wpakować kipiących hormonami nastolatków i dowcipów o masturbacji, więc może faktycznie jest nadzieja na to że otrzymamy 1 film drogi i 1 film z oszałamiającą ilością pojedynków... tyle że każdy pewnie po 90 minut...
PS Może mi ktoś wytłumaczyć scenę z zawiązywaniem sznurówki, bo wydaje mi się że ona ma jakies symboliczne znaczenie skoro dla niej usunięto z filmu bitwę czarodziejów?