Harry Potter i Książę Półkrwi

Harry Potter and the Half-Blood Prince
2009
7,5 326 tys. ocen
7,5 10 1 325782
6,0 46 krytyków
Harry Potter i Książę Półkrwi
powrót do forum filmu Harry Potter i Książę Półkrwi

Harry Potter in love :) tak powinien brzmieć tytuł najnowszej ekranizacji przygód coraz starszego czarodzieja. W tej części skupiamy się głównie na wątkach flirtów i wszechobecnej miłości wśród szalonej młodzieży ze szkoły magii w Hogwarcie. Jednocześnie zagłębiamy się w mroki przeszłości lorda Voldermota i obserwujemy jak odradzają się i panoszą coraz śmielej szeregi Śmierciożerców.
Cóż. Jako fanka zarówno twórczości J.K. Rowling, jak również dotychczasowych ekranizacji jej książek, poza "Zakonem Feniksa", muszę ze smutkiem stwierdzić - Davidowi Yatesowi kolejny raz się nie udało. Z nurtu do bólu realistycznego i oddartego z tego co w magii kochamy najbardziej, przeszedł w lepką krainę słodkich landrynek i maślanych nastoletnich oczu. I zaczynamy przeczuwać, że to jest jednak ta ciemna strona mocy.
Jest, rzecz jasna, dużo plusów "Księcia półkrwi". Przede wszystkim fenomenalni w swoich rolach aktorzy, tacy jak Rupert Grint, czyli filmowy Ron Weasley. Alfonso Cuaron powiedział ponoć podczas kręcenia "Więźnia Azkabanu", że to właśnie Rupert, nie Emma, czy Daniel, zrobi prawdziwą karierę filmową. I jestem skłonna mu uwierzyć. Rodzi się wybitny talent komediowy. Bardzo żałuję, że nie miałam możliwości obejrzeć film bez dubbingu, ale mimika i twarz Ruperta powodowały, że w kinie rozbrzmiewały huraganowe wybuchy śmiechu. Nie można też zapomnieć o filmowym Draco Malfoyu, czyli Tomie Feltonie, który genialnie odegrał wątpliwości targające młodym Draco i jego wewnętrzne rozdarcie. Helena Bonham Carter jako Bellatrix Lestrange budzi grozę, ale ja książkową Bellatrix mimo wszystko widziałam jako zimną i bezwzględną morderczynię, a nie jarmarczną wariatkę. Nie mogę więc być w 100% przekonana do tej interpretacji postaci Bellatrix, choć jest dużo lepiej niż w poprzedniej części. Od samego początku ekranizacji przygód Harrego Pottera, aż do teraz, na tym samym wspaniałym poziomie gra jeden z moich ulubionych aktorów, czyli Alan Rickman. Czy to w psychopatę, czy w ojca rodziny, czy też w surowego nauczyciela magii w Hogwarcie potrafi się wcielić tak samo przekonująco.
W tej ekranizacji Yates przywołał też odrzucone przez niego w poprzedniej części elementy, które składały się na magię Hogwartu - quidditch, tajemnicze komnaty, bajkowe zdjęcia i zapierające dech w piersiach efekty specjalne. Było tu magicznych widoków pod dostatkiem, co cieszyło oko po ponurej szarości "Zakonu feniksa" i niezapomnianej czarno-płytkowej łazience Departamentu Tajemnic :)
Minusy. Cóż... Byłoby miło, gdyby do licha ktoś wyjaśnił nieświadomej gawiedzi, dlaczego Severus Snape nazywał się księciem półkrwi! Myślę, że zastąpienie dwóch minut maślanych spojrzeń Ginny i Harrego na wyjaśnienie tego ciekawego i jednak - jakby nie było - tytułowego faktu zostałoby wybaczone i zrozumiane. Być może genialna myśl natchnęła twórców, by uczynić to w następnej części, i tym samym potroić moment zaskoczenia. Ale w takim wypadku - proponowałabym zatytułować tę część "Harry Potter i sidła miłości", "Harry Potter i to właśnie miłość", przecież jest tyle fajnych tytułów - biznes komedii romantycznych aż nimi ocieka. Bardzo zaskoczyła mnie skąpa liczba retrospekcji w stosunku do książki - zwłaszcza związanych z horkruksami, czyli pierścieniem, czarką, medalionem i diademem. Niestety, wydaje się że także te przedstawiające przodków lorda V. mogą być dla widza bardzo istotne, dla zrozumienia istoty metamorfozy Toma Riddle w lorda Voldemorta. Kilka kwestii pominiętych może powodować, że widzowie, którzy książek nie przeczytali - szybko zagubią się w mętnym labiryncie horkruksów i insygniów. Trochę także przykro, że poza dziwnie niepasującą do całości sceną spalenia Nory (i deczko nielogiczną, w mojej opinii) nie pokazano żadnych walk ze śmierciożercami, jak tej książkowej w Hogwarcie. Przyjmijmy jednak, że być może reżyser chciał zostawić widzom smak na ostatnią część i skupić się na pamiętnej bitwie o Hogwart.
Jednak najboleśniejszy mój zarzut dla twórców to zbyt wiele irytujących niejasności i niespójności. Tylko uważny widz dostrzeże na stronie gazety, którą Harry czyta w kafejce artykuł o Lucjuszu Malfoyu w Azkabanie, i tym samym zrozumie słowa Draco:"to za mojego ojca". Tylko fan książki będzie wiedział, że o bezoarze, który uratował Rona przed otruciem, Harry dowiedział się z podręcznika Księcia Półkrwi. Brakowało mi też mroku, który powoli spowijał cały świat magii, od śmierci Cedryka Diggory'ego. Jest kilka mrocznych fragmentów, które jednak wciąż przerywane są siermiężnymi zalotami nastolatków - tworząc w efekcie mocno drażniący dysonans.
Jednym słowem - cóż. Trochę przykro.
Pocieszam się tylko tym, że "Dwie wieże" też miały nas tylko przygotować do "Powrotu króla". Trzymam kciuki, że prawdziwa hogwartowa magia również jeszcze powróci.