Hobbit hobbit. Widać, że twórcy po Niezwykłej Podróży wzięli sobie do serca uwagi widzów i naprawili to co było w nim złe. Szkoda, ze przy okazji spaprali inne rzeczy.
Co było dobre? Brak dłużyzn i rozwleczonych wątków. Fabuła cały czas pędzi do przodu. Ciągle coś się dzieje. Pościgi, walki, ucieczki, nie ma czasu na nudę. Jest też dużo mroczniejszy. Większość akcji dzieje się po zmroku, w mrocznej puszczy albo w podziemiach Samotnej Góry. Do tego flaki i krew. I poucinane głowy. Dużo poucinanych głów. Jak pierwsza część była kinem familijnym, tak ta stała się niemal hack&slashem. Na koniec Smaug Wielki i Potężny. Tu nie poskąpili na animację i wygląda tak jak powinien wyglądać, zachowując się adekwatnie do swej pozycji.
A co złe? Wątki. Dużo wątków. Bardzo dużo wątków. Zatrzęsienie wątków. Za dużo tego jest. Każda nowa postać wnosi przynajmniej kilka nowych wątków. Rekordzistka Tauriel wnosi ich kilkanaście. I to nie na przestrzeni całego filmu, tylko na te 20-25 minut kiedy występuje na ekranie. Nie jest trudno za nimi nadążyć bo są ukazane przejrzyście. Ale sama ich liczba poraża. Bez problemu starczyłoby ich na całą trylogię. Dalej. Akcja. Pisałem już, ze to prawie jak H&S? No, bardzo prawie jak. Tną, sieką, miażdżą i ostrzeliwują przez dobrą połowę filmu. 12 krasnoludów z 2 elfami robią goblinom większy pogrom niż bitwa 5 armii. To nawet nie jest aż takie złe, bo lepsze to od przynudzania jedynki, ale tu też autorzy zwyczajnie przesadzili. Film znów jest za długi. Ale nie przez dłużyzny, tylko przez niezliczone i niekończące się rąbaniny. Brak też zakończenia. Mamy króciutki wstęp. Rozdział pierwszy, drugi, trzeci, czwarty (no, w końcu 160 minut) i piąty kulminacyjny. I napisy końcowe. Akcja ciachnięta jak mieczem. Na wersję 3D też nie ma co się wybierać. Efektów 3D jest bardzo niewiele, a te które są, wyglądają jak dodane w postprodukcji wyłącznie po to by móc wyświetlać film w kimach 3D. Jakiś liść lecący na widza. Kilkusekundowe ujęcie lotu trzmiela. Nic co by było warte tych paru złotych.
Sam film trudno ocenić jako zły. Tak, to są popłuczyny po władcy pierścieni. Tak, wiele scen i postaci dodano tylko i wyłącznie po to by zamachać do widza "Poznajecie? Tak samo było we władcy!" Tak, 90 procent filmu to wątki spoza książki. Ale cóż. Ogląda się przyjemnie. Wady (poza koncepcyjnymi) nie są szczególnie uciążliwe. A na 3 część pewnie i tak pójdę, bo luba uwielbia śródziemie.
PS. Potrzeba było aż 5 filmów aby drasnąć Legolasa. Chyba sami twórcy się na tym kapnęli, bo sama scena jest komicznie przerysowana.
To nie Tolkien, to świat Jacksona,
który wzoruje się dużo na WP, Hobbicie i pozostałych źródłach, czasami udanie, czasami nie.
Mnie film ogólnie bardzo się podobał, wydaje mi się, że w dzisiejszym świecie wiernie oddana w 100% książka na ekranie nie obroniłaby się komercyjnie.
Zabiegi hollywoodzkie mimo iż dalekie od fabuły oryginału po prostu muszą się tam znaleźć, Takie zasady. Jeśli Tolkienowskim purystom to nie pasuje to niech po prostu nie oglądają.
Ogólnie film ma parę baboli, ale to nadal przeogromna praca artystyczna, która po prostu fajnie się ogląda.
A smok rządzi :)