Efemeryczne, subtelne kino dla uduchowionych, pseudointeligentnych nastolatek, niesłusznie określone mianem ''horroru'', co jest obrazą dla tego gatunku (tak, dla takich gniotów, jak ''Zejście'' również). Masa niejasności, niedopowiedzeń, które przestają być niedopowiedzeniami, a stają się zwykłymi dziurami fabularnymi. Fabuła strasznie przewidywalna, po 15 minutach wiedziałem, jak ten film się zakończy, główna antagonistka została przedstawiona zbyt szybko. Nawet dość łatwo zgadnąć kolejność postaci, które ubywają. Widz nie ma pojęcia, dlaczego ojciec Rebecci się zabił, ani dlaczego Ernessa (wtf imię) ją prześladuje, wątek romansowy zaczęty i urwany totalnie bez sensu po kilkudziesięciu sekundach. Zakończenie pisane chyba na gwałt na kolanie, pędzące tak szybko, że połamało sobie nogi. Wykonanie - tragedia. Kiedy Lucie leży w trumnie, widać, że ruszają się jej powieki, kiedy Ernessa gra na fortepianie, słychać, że muzyka puszczona jest z głośników, papier w dzienniku Ernessy wygląda, jakby dopiero opuścił sklep. Postaci - płytkie, 20-kilkulatki udające 16-letnie dziewczęta. Rozróżniałem główną bohaterkę, jej blond koleżankę, Ernessę i tę Azjatkę, tylko dlatego, że różniły się z twarzy, reszta wyglądała dla mnie tak samo. I ta naturalna gra! Kiedy Rebecca plecie Lucie warkoczyk, ta nagle wstaje i stwierdza, że idzie do Ernessy, siedzącej metr dalej pogadać. I ten jakże kunsztowny dialog (L: Co czytasz? E: Książkę z biblioteki)! :D Wygląd głównej antagonistki - tak, jakby twarz dziecka przykleić dorosłej, dwumetrowej kobiecie. Film mnie potwornie zmęczył, łapałem się co chwila na myśli, ile jeszcze tej udręki mi zostało. Strachu w tej produkcji nie ma żadnego, jest bełkot zazdrosnych nastolatek i coś silące się na fabułę. Trupów tyle, co kot napłakał, przy czym scen krwawych nie uświadczymy. Obiecanej ''kobiecej zmysłowości'' jakoś się nie doczekałem. Odradzam, nie tykać nawet kijem przez szmatę.