Pierwsza część filmu w reżyserii Todda Philipsa stała się filmem kultowym. Udało jej się to, co udaje się niewielu dekadenckim produkcjom. Podobała się każdemu. Próbował to powtórzyć Batman z Pattisonem w roli głównej, ale się nie udało. Natomiast Jokera polubili zarówno fani blockbusterów o superbohaterach, jak i miłośnicy ciężkiego ambitnego kina.
Ale mianem kultowego uczyniło Jokera co innego. Identyfikacja rzeszy ludzi z głównym bohaterem. Tak jak w Dniu Świra, wielu ludzi zmagających się z problemami psychicznymi, utożsamili się z głównym bohaterem. Jednak poczciwy Adaś Miauczyński nie zabił sześciu osób. Joker poszedł krok dalej. Najpierw pokazał ludziom w kryzysie psychicznym - "zobacz, jestem taki jak ty". Też mam tylko negatywne myśli. Też nie mam nikogo kto mnie kocha. Też nie mam nadziei, że będzie lepiej. Też wszyscy mną pomiatają i się ze mnie śmieją. Też mam myśli samobójcze. I kiedy już zaczęliśmy Jokera rozumieć i mu współczuć - ten zaczyna zabijać. A my... zaczynamy go rozgrzeszać... Bo przecież zabija swoich oprawców.
Film stał sie kultem bardzo niebezpiecznym w swoim wydźwięku. Normalizował kryzys psychiczny, starał się potwierdzić, że nie ma nadziei i usprawiedliwiał brutalną agresję.
Sam film nie przewidział tego, czym się stanie.
I to jest kluczem dla zrozumienia drugiej części.
Czego oczekiwali fani od sequelu? Że będzie taki sam jak pierwsza część. Ale tym razem zadyma będzie podwójna. Razem z Harley Queen, Joker będzie niszczył cyniczny, bezduszny plastikowy świat.
W pierwszej części obserwowaliśmy zmianę z Arthura Flecka w Jokera. A w drugiej - ku rozpaczy fanów - zmianę powrotną. Joker juz nie chce być psychopatą, zrozumiał co zrobił i że paradoksalnie stał się tym czym gardził - showmanem który robi wszystko pod publiczkę.
Dotarło to do niego przy przesłuchaniu Gary'ego Puddlesa, którego wyśmiewał tak samo jak Murray wcześniej jego. Myślał, że mordując osobę która im dokuczała ratuje go, a tylko go straumatyzował.
Nie tego chcieli widzowie. I reżyser Todd Philips to przewidział. Stąd wątek "filmu w filmie". Okazuje się, że film Joker istnieje w filmie Joker 2. Tworzy to metanarrację, świat rzeczywisty miesza się z filmowym a Arthur Fleck zaczyna być przygniatany presją oczekiwań tego jaki ma być - tak samo jak Todd Philips tym jak ma wyglądać sequel.
Harley Quinn w jasny sposób klaruje się jako metafora widza.
Kocha Jokera. Nie kocha Arthura Flecka, bo jest nudny. Jak większość fanów Jokera identyfikuje się z nim, mimo że wcale nie ma takiego ciężkiego życia jak główny bohater. Wychodzi z sali sądowej (kinowej?) kiedy fabuła nie toczy się zgodnie z jej oczekiwaniami. Wreszcie siedzi obrażona na kultowych schodach - mówi, że przecież żyliśmy wspólną fantazją. Tak jak widzowie z depresją żyli fantazją, że pozabijają tych którzy z nich szydzą i ktorymi gardzą.
Złośliwi powiedzą, że w takim razie Todd Philips specjalnie zrobil słaby film. Nie, Todd Philips pokazał, że jest inna droga niż stanie się Jokerem. Można racjonalnie i świadomie spojrzeć na swoje życie, ponosić konsekwencje, iść na terapię i pracować nad tym żeby być lepszym człowiekiem.
Na sam koniec reżyser symbolicznie we własnej osobie zabija "film". I to mimo tego, że tuż za rogiem na "wizycie" czaiła się publiczność, gotowa na trzecią część. You get what you fu***ng deserve!
Nie wiem czy nieco niewyolbrzymiona teoria, ale coś w niej jak najbardziej może być i mi się na swój sposób podoba.
Jednak wizji reżysera w tym przypadku bronić nie będę. To mogłaby być świetna decyzja pójścia w tę stronę, gdyby ludzie dostali szansę nasycenia się Jokerem lub gdyby było to zamknięcie jakiegoś cyklu, choćby trylogii. Pierwsza część świetna, w drugiej dać tego czego fani oczekują, aby móc się nasycić, w trzeciej to wszystko właśnie zamknąć, wcześniej ogłaszając, że będzie to zakończenie trylogii.
Wtedy miałoby to sens, a w tej chwili reżyser przez swoje zagalopowanie się zostanie zapamiętany z tego, że zrobił rewelacyjne wprost wprowadzenie w postaci części pierwszej, zrobił swoiste zakończenie, ale zabrakło obiadu pomiędzy śniadaniem a kolacją, aby móc się nasycić.