Dłuższą chwilę zakładałem, że Harley Quinn jest tylko wytworem wyobraźni Arthura. Wtedy film jest całkiem ok. Ale z czasem pojawia się coraz więcej dowodów, że ona jednak istnieje naprawdę: no i wtedy wszystko w tym filmie się sypie. Bo jeśli istnieje naprawdę, to takie sceny jak np jej wizyta w izolatce (niby jak?), czy cały koncept przypadkowej kobiety która dobrowolnie idzie do psychiatryka żeby poznać wielokrotnego mordercę robią się absurdalne.