Na początku byłam sceptycznie nastawiona, bo przecież Joker z 2019 roku był świetny, kompletny, nie potrzebował ciągu dalszego. Jednak po seansie drugiej części zrozumiałam jak bardzo była ona potrzebna. Po pierwszej części, a szczególnie wybitnej głównej roli Phoenixa, Joker stał się prawdziwym bohaterem. Smutnym, sfrustrowanym, zranionym, zmęczonym kapitalizmem człowiekiem, z którym większość osób umiała się, w jakiejś części, utożsamić. Druga część zdekonstruowała tę wizję. Joker to fantazja, bujda zbudowana na wizji wielkich idei, a tak na prawdę brudna prawda o chorym człowieku, który zamordował sześć osób.
Najmocniejsza z całego filmu jest dla mnie scena przesłuchania Gary'ego. Arthur zniszczył więcej niż 6 żyć. Bezpowrotnie. Niezależnie od powodów, intencji, czy choroby, skutki jego działań są okropne i ta druga część była właśnie o tym.
Jeśli chodzi o musicalową część to była według mnie dosyć marna. Brakowało jakiejś mocnej piosenki, czegoś co zapadło by w pamięć po wyjściu z kina, a większość utworów była właściwie i przez Gagę i Phoenixa wyszeptana, nic specjalnego.