Jestem zdruzgotana nietrafionymi recenzjami tzw "krytyków filmowych". Film jest absolutnie wart polecenia i zasługuje na najwyższe oceny. Poniżej przytaczam opinię jednego z użytkowników forum, z którą w pełni się zgadzam. Nie mógł oddać lepiej wszystkich odczuć jakie towarzyszy mnie i moim znajomym po wyjściu z seansu: "No cóż, de gustibus non est disputandum. Pierwszej części nie uważam za kino superbohaterskie, w zasadzie to dość szara i brutalna rzeczywistość osoby szalonej, pozbawionej opieki ze strony bliskich i instytucji. Naturalnym więc było - w moim odczuciu - nie szukać czegoś innego w części drugiej. Dostałem mniej więcej to samo - smutne realia życia szaleńca w wypaczonym, zdegenerowanym świecie Gotham, gdzie dominują żerowanie na cudzym nieszczęściu i niezdrowa fascynacja tragedią. I tak, obawiałem się tej musicalowej narracji dokooptowanej do części drugiej, ale niepotrzebnie. Piosenki są dość krótkie i wystarczająco chwytliwe, by nie odrywać od narracji. A jednocześnie dość prosto opisują odczucia czy motywacje bohaterów. Może i zabieg niezbyt skomplikowany, ale wyszło w mojej opinii zadziwiająco dobrze. A to, co już wybitnie błyszczy, to realizacja. Dawno nie widziałem filmu tak dobrze zagranego, nakręconego i udźwiękowionego. Phoenix w roli Arthura wypada jeszcze lepiej, niż w części pierwszej. Bo znacznie subtelniej, mniej nachalnie - czy to z powodu tego, że jego bohater jest wyciszony lekami, czy też w miłości odnajduje nadzieję, która tonuje jego szaleństwo. Doskonale partneruje mu Lady Gaga; ostre rysy twarzy nie zniekształcone przez makijaż i uwodzący, niski, chropowaty głos dobrze współgrają z aparycją Arthura. Zdjęcia są piękne, kolorowe, z doskonałym użyciem głębi ostrości i dostosowują się barwą do narracji. A muzyka - której też było wiele w pierwszej części - tutaj staje się pełnoprawnym bohaterem, kolejnym bardzo ważnym składnikiem budującym nastrój i klimat sceny. W wielu momentach wszystkie trzy elementy współgrają ze sobą: piękne ujęcia na twarz bohatera z rozmytymi postaciami w tle, nagły skurcz twarzy i równoczesny dysonans w muzyce, natężenie intensywności. Film dosłownie się chłonie w takich momentach, drobnych niuansach, które giną w ogólnym rozrachunku. A jednak zachwycają, tworzą ten film. Narracyjnie może jest trochę skromniej, bo też nie ma potencjału na więcej dramatycznych scen, skoro akcja toczy się głównie a to w więzieniu Arkham, a to na sali sądowej. Ale i tak udało się twórcom wykrzesać sceny dramatyczne, wzruszające czy komiczne. A brutalna przemoc pierwszego filmu znajduje skromne, choć nie mniej drastyczne ujście w scenach wyobraźni bohaterów. I w brutalnych realiach więzienia - gdzie strażnicy mają za nic godność osadzonych szaleńców. Ale też nie taka, bardziej rozrywkowa, bogatsza w wydarzenia - jak sądzę - była rola tego filmu. Pierwsza część poruszała problem staczania się w obłęd przy braku zainteresowania bliskich i instytucji państwowych. Ten obłęd musiał znaleźć ujście w scenach przemocy. Druga część skupia się na wykorzystywaniu wątpliwej glorii Jokera dla własnych celów. Jedni chcą ująć część jego sławy, inni wybić swoje kariery na jego osobie, kolejni marzą o rewolucji i chaosie. Nikogo zaś nie interesuje, jaką krzywdę wyrządzą Arthurowi. Po raz kolejny spaczone społeczeństwo Gotham zawodzi pokrzywdzonego przez los Arthura, a widz, jak w krzywym zwierciadle, może dostrzec własne, uwypuklone grzechy - niezdrową fascynację medialną przemocą, hipokryzję, obłudę, bigoterię czy budowanie własnej wartości na krzywdzie innych. I tak naprawdę ujawnianie grzechów społeczeństwa wystarcza, by utrzymać uwagę widza niemal do końca. Bo już końcówka trochę mnie rozczarowała - choć jest adekwatną puentą budowanej krytyki gothamskiej tłuszczy, nas samych. Ale, cóż, do kina chodzimy, żeby choć na chwilę zapomnieć o szarej rzeczywistości. I po bajkowym, kolorowym, roztańczonym i rozśpiewanym seansie dostajemy brutalny i banalny finał zmagań krzywdzonego przez wszystkich szaleńca. I nawet od strony realizacyjnej cała końcówka wygląda szaro-buro-ponuro. Zimny kubeł na głowy wszystkich, którzy po magicznym seansie oczekiwali niezapomnianego zwieńczenia. A jest takie zwykłe, takie rozczarowujące. Jak sam Arthur, oddarty z maski Jokera. I ta dekonstrukcja, rozprawienie się z naszą chęcią ucieczki w fantazję jest bardziej dołująca, niż sam los Arthura. Szkoda mi tego końca; można było jeszcze ten ostatni kwadrans przetrzymać nas w realiach kinowych, a potem pozwolić stopniowo, łagodnie powrócić do rzeczywistości. Osobom lubiącym nastrój kinowy, ceniącym porządną realizację ten film powinien się podobać. A ci, którzy spodziewali się akcji, wybuchów, strzelanin i pościgów, mniej fantazji, więcej treści - film może rozczarować. Ja ze swej strony polecam, bo choć wychodziłem z kina zdołowany, to jednak przez większość czasu obcowałem z czymś pięknym, zachwycającym, czymś skłaniającym do refleksji. Jak dla mnie kino warte tych dwóch godzin wyjętych z życia."