Będę w mniejszości, której film bardziej się podobał niż mniej.
Mieliśmy być rozczarowani, ponieważ cały film opowiada o tym, że Joker nie jest Jokerem, którego wszyscy kochają, ale po prostu chorym psychicznie mężczyzną o imieniu Arthur Fleck. Części muzyczne nie były powalające, powinny pokazać, jak Arthur Fleck dystansuje się od złych rzeczy, które się dzieją, poprzez śpiew i taniec. Tak, film nie był tak dobry jak pierwszy, ale o to właśnie chodziło, aby zobaczyć Jokera nie jako osobę, którą wszyscy uwielbiali, ale mężczyznę, którym jest, który jest poniżany i opluwany przez społeczeństwo. Być może moja opinia będzie dalekosiężna ale poczuliśmy się tak jak jego wybranka, gdy okazało się że Artur jest tylko Arturem i nie spełnił naszej fantazji
Problem w tym, że już pierwsza część była tak naprawdę dramatem o Arthurze, a stanie się Jokerem było pewnego rodzaju epilogiem. On sam miewał przebłyski gdzie cieszył się aprobatą tłumu, ale raczej dlatego bo czuł się w końcu zauważony w społeczeństwie. Nie planował anarchistycznej rewolucji czy zostania kryminalistą. Chciał się po prostu uwolnić. Tutaj znów mamy dramat o Arthurze, Joker jedynie próbuje się przebudzić do czego odniosła się nawet animacja na początku. Wątki które można było streścić, niemiłosiernie się dłużą (rozprawa w sądzie), natomiast inne, które potrzebowały czasu by się rozwinąć i nabrać wiarygodności, były za krótkie (relacja Arthura z Harley). Wiele negatywnych opinii kręci się wokół formy musicalu, a to jest akurat ciekawy koncept, choć też mógłby być wykonany lepiej. Myślę, że to co szkodzi przede wszystkim drugiej części, to istnienie części pierwszej. Wyobraźmy sobie ten twór jako samodzielny film, gdzie Arthur wymyśla sobie od początku swoje alter ego, urojenie stymulowane przez relację z Harley. Buja w obłokach by na koniec oberwać pięścią rzeczywistości, która uświadamia go, że tak naprawdę dla innych ludzi jest nikim. Słabym, wyniszczonym mentalnie człowiekiem.