Traktując obydwa filmy jako całość, pierwszy jest jedynie przystawką do drugiego; wstępem, bez którego nie mógłby istnieć Folie à Deux. Drugi to "wyciągnięcie" fabuły filmu do prawdziwego życia. Tak jak główna bohaterka odrzuca człowieka bo chce mieć z niego jedynie wyimaginowanego klauna, tak samo reaguje masowa widownia. Śpiewana scena "The Joker" - coveru kawałka z lat 60. rozpieprza mózg - widzowi, kamerzystom, sędziemu, ludziom po przejściach i samemu śpiewającemu także. Pararela dialogów między małym Puddlesem w obydwóch częściach rozwala. "Ne me quitte pas" śpiewane do automatycznej sekretarki to alegoria dzisiejszej komunikacji międzyludzkiej. Uciszanie śpiewu Lady Gaga w końcowej scenie na schodach i cała rozmowa przypomina mi spotkanie Willema Dafoe i Harry Deana Stantona z Ostatnie Kuszenia Chrystusa. Bo faktycznie - po co nam taki Jezus/Joker, skoro mamy własnego. Narodziny "prawdziwego" Jokera i śmierć uzurpatora... - mogę sobi tylko wyobrazić jak reżyser pociągnąłby to w trzeciej części. Niestety nie zobaczę, bo widzom nie spodobały się piosenki i było za mało pistoletów. Szkoda.
I przede wszystkim - to nie jest film dla szczęśliwych ludzi. Nie ma bata żeby spodobał się komuś kto nie ma w sobie odpowiedniej ilości smutku. I w zasadzie może to napawać optymistem. Że tyle szczęśliwych jednostek na świecie.