..a twórcy na to: nie mieliśmy pomysłu, a więc oparliśmy istotności na efekciarskich odrealniaczach, bo w fantazji można pozwolić sobie na wszystko. ha, ha, ha.
ps. dobra, moim zdaniem - spojler alert, spojler alert - film zaczyna być prawdziwym majstersztykiem dopiero od sceny wybuchu bomby w sądzie. wszystko to, co miało miejsce do tej pory, można by nazwać bólem porodowym. w scenie wybuchu flek się rodzi, zarazem trwa podskórny dialog z pierwszym filmem - wyjście z budynku sądu to narodziny fleka w dokładnie taki sam sposób, w jaki rodził się joker, którego ciało wyciągano z taxówki w pierwszej części filmu. stawiam, że wykorzystano nawet ten sam podkład muzyczny. dalej jest jeszcze lepiej - flek zostaje wciągnięty do taksówki. dwóch wiozących go kolesi starcza za całe społeczeństwo, z jego fascynacją, potrzebą anarchii, ślepą wiarą, naśladowczością (są przebrani) i oczekiwaniami. dalej flek ucieka z tej taxówki, bo on już nie jest jokerem - biegnie, biegnie, tu znowu podskórny dialog z jedynką. mija kino w którym wyświetlany jest film Bucket of Blood cormana - nie da się uciec od cormana - po czym dobiega do schodów, staje. i to wszystko - od wybuchu bomby do schodów - na jednym, pięciuminutowym masterszocie. cudo.
potem flek wlecze się po tych schodach, czyli znowu już nie tyle podskórny, ile całkiem zgoła jawny dialog z jedynką. rewers, bo to są te same schody na których w jedynce odbywała się słynna scena tańca, czyli dokonywała się psychologiczna przemiana w jokera. no więc lezie po tych schodach mniej więcej tak, jak w pierwszym filmie złaził, ale nie tanecznym krokiem szaleńca, tylko zmarnowanym krokiem człowieka, który jest nikim (puk puk? kto tam? artur flek. jaki artur flek?), po czym odmawia harley udziału w fantazji - każe jej mówić, a nie śpiewać. i to jest znowu psychologiczny moment kluczowy tego filmu - następuje odrzucenie jokera, flek wybiera fleka. a potem przyjeżdża policja.
cała ta sekwencja najbardziej mi się podobała, ponieważ jest w niej wszystko to, co chciałem zobaczyć w drugiej części filmu skondensowane do błyskotliwych dziewięciu minut - na pięć minut przed końcem tego filmu.
ostatnie pięć minut w sumie też spoko. zwłaszcza ostatnia scena, która potwierdza to, co przypuszczałem po jedynce - flek nie jest jokerem, który zabije rodziców bruce'a wayne'a. zabija sześć osób, ale pośród tych osób nie ma rodziców wayne'a. joker fleka to idea, obca idea nadwartościowa, która toczy społeczeństwo w efekcie doprowadzając do powstania prawdziwego jokera - jokera psychopaty i przeciwnika batmana. fakt, że psychopata z końcówki tego filmu rozcina sobie nożem - tym samym nożem, którym - policzki gdzieś na drugim planie bardzo jest wymowny. być może to będzie prawdziwy joker - na przykład ten z rozciętymi policzkami joker heatha ledgera?
i tak to wygląda. najlepsze, najbardziej esencjonalne, jest ostatnie piętnaście minut tego filmu (tak bardzo chciałem, żeby mi się spodobało, że zaokrąglam z czternastu do kwadransa). plus parę rzeczy pomniejszych - animacja początkowa; scena otwierająca podczas której w arkham zaczyna się dzień, otwierają się cele, również z jednego ujęcia nakręcona, zakończona wylewaniem wiader z uryną z nocy do kibla; rozmowa z puddelsem w sądzie; wspomniany dowcip (puk puk? kto tam? artur flek. jaki artur flek?) und t-t-t-that's all, folks.
ogólnie to nie ma co się bajerować - piętnaście minut tego filmu to cudo, kolejne piętnaście wyjęte z całości jest spoko, pozostałe półtorej to wata.