Istnieje przekonanie, że sequele z reguły są gorsze od pierwszej części. Sama jednak mam dość dziwne szczęście w tej materii i kontynuacje niezwykle często przypadają mi do gustu nawet bardziej niż „jedynki”. Po raz kolejny odczucia tego doznałam podczas kinowego seansu „Meg 2: Głębia”… aż nastała druga połowa filmu, a cały skrzętnie budowany suspens uleciał z tego wysokobudżetowego balona, by dorównać swemu quasi-horrorowemu poprzednikowi.
Dziesięciolecie instytutu oceanologii uczczone zostaje prezentacją pierwszego megalodona trzymanego w niewoli. Badacze nie zamierzają jednak osiadać na laurach, a w dalszym ciągu eksplorować dno oceanu w poszukiwaniu nowych gatunków. Podwodna ekspedycja wyrusza w kolejną podróż, a przetrzymywany gigarekin usiłuje uciec ze swego nowego, przymusowego domu. W międzyczasie na dnie zauważona zostaje niezwykła stacja, która nie powinna się tam znajdować. Ktoś sabotuje instytut, wybuch na dnie oceanu sprawia, że żywe skamieliny wydostają się na powierzchnię – w całym tym galimatiasie wyłącznie Jason Taylor może uratować ludzkość przed morskimi bestiami.
Opowieść składa się z dwóch części: bardzo dobrego początku oraz bardzo słabej i tandetnej drugiej połowy, która stawia na naśladownictwo „The Meg” z 2018 roku, no, może z większą ilością fajerwerków, wybuchów i nawet większych rekinów. Humor jest tu dziki, a docenią go przede wszystkim ci, którzy pamiętają co nieco z pierwszej odsłony historii o megalodonach. Fabularnie najlepiej wypada cała podwodna przygoda – miejscami w pewien sposób przywodzi na myśl grę „Subnautica”. Jednak powrót na powierzchnię to jednocześnie powrót do całego kiczu, który rządzi podgatunkiem „animal attack”. Jednocześnie dzięki nawet większej hiperbolizacji i przesadzonemu efekciarstwu wszystkich zdarzeń można bezsprzecznie zauważyć, że twórcy nie mają zamiaru aspirować do czegokolwiek więcej niż bezmózgiego show pełnego tandety. Scenariuszowo nie wszystko tu się spina w całość, miejscami są pewne bezsensowne dziury fabularne, a cała intryga wyjaśnia się zbyt szybko, zbyt gwałtownie i odkrycie jej nie daje żadnej satysfakcji – już pomijając nawet fakt, że jest ona zwyczajnie nieciekawa. Za dobre posunięcie uznaję pójście prostymi śladami komedii – co jako jedyne ratuje drugą godzinę seansu przed całkowitym utonięciem w nudnej powtórce z rozrywki.
Efekty są nawet bardziej efekciarskie niż poprzednio. CGI nie zajmuje się już tylko jednym rekinem, lecz kilkoma, a dodatkowo pojawiają się nowe bestie pochodzące z pradawnego habitatu (nawet jeśli są one przy tym nawet bardziej naciągane, a ja do tej pory nie wiem skąd wzięły się jaszczurki). Spotkania z zagrożeniem są jednocześnie dużo bliższe i więcej tutaj magii akcyjniaków, niż horrorowego strachu. Aktorsko film sprawdza się całkiem nieźle, nic szczególnie ambitnego, ale ważniejsze postaci da się polubić. Szczególnie dobrze wypada tutaj Shuya Sophia Cai w roli Meiying, a także Page Kennedy jako DJ (swoją drogą będący od teraz chyba moją ulubioną postacią w tym rekinowym świecie). Jason Statham robi za to dokładnie to samo, co w poprzedniej części i wypada zadziwiająco blado, gdy nagromadziło się wokół niego wiele zdecydowanie ciekawszych bohaterów. Tym, co mnie z kolei zachwyciło, jest całe dno oceanu przedstawione w tej produkcji – wygląda bajecznie, a sceny akcji pod wodą naprawdę trzymają w napięciu. Szkoda przez to, że twórcy nie poszli bardziej w tę stronę ze swoją wizją, bo zdecydowanie lepiej by się ona wówczas sprawdziła.
„Meg 2: Głębia” prezentuje się moim zdaniem lepiej od swojego poprzednika. Zdecydowanie więcej tu się dzieje, choć metraż czasowy pozostał w zasadzie bez zmian. Pozycja ta zapewnia banalną rozrywkę, która ma swoje wzloty i upadki. Tym razem jednocześnie nie kwalifikuje się ona choćby ironicznie na kino familijne – niektóre sceny potrafią lekko przestraszyć, a przynajmniej zaskoczyć, powodując ciarki na plecach. Co prawda nie dozna się tutaj niczego szczególnie ambitnego, jednak ode mnie film ten dostaje aż 6/10.