Po „Parasite” Bong Joon-ho wraca z filmem, który od pierwszych minut każe się zastanowić, czy świat potrzebuje jeszcze jednej historii o klonach, świadomości i śmierci. Odpowiedź przychodzi szybko, jeśli opowiada ją Bong, zdecydowanie tak. „Mickey 17” nie jest arcydziełem, ale filmem, który zaskakuje, bawi, drażni i zostaje w głowie na długo po napisach. I choć nie jest wolny od fabularnych dziur, ogląda się go z przyjemnością, która przypomina nieco radość z oglądania „Okji” czy „Snowpiercera”, czuć pasję reżysera i potrzebę zabawy formą oraz treścią.
więcej