Niedawno, podczas wizyty u mojego dziadka, znalazłam kasetę video z filmem "Na nabrzeżach". Jako że nie miałam nic ciekawego do roboty włączyłam film... Marlon zahipnotyzował mnie od pierwszej sceny, w której go ujrzałam. Nie mogłam od niego oderwać wzroku. Gdy pojawiał się na ekranie moje serce biło dwa razy szybciej. 108 minut zleciało w mgnieniu oka. Film oglądałam już kilkanaście razy i za każdym jest tak samo dobry (a może i lepszy?).
Z dniem w którym poznałam arcydzieło Kazana bardzo zainteresowałam się kinem. Film "Na nabrzeżach" można uznać jako punkt zwrotny w moim 'filmowym życiu'. Era amerykańskich produkcji dla idiotów już się skończyła.
PS. Teraz poluje na "Tramwaj zwany pożądaniem"...