Na noże

Knives Out
2019
7,7 195 tys. ocen
7,7 10 1 195400
7,7 85 krytyków
Na noże
powrót do forum filmu Na noże

     Rian Johnson powinien trzymać się z daleka od franczyz, filmowych uniwersów i innych popularnych tworów dzisiejszego kina. Kiedy wziął na warsztat drugą część najnowszej trylogii i zaczął stawiać wszystko na głowie – wyszło, jak wyszło. Zdania są podzielone, ale w moim odczuciu to była porażka, bo “Gwiezdne wojny” nigdy nie były serią samoświadomą, przełamującą schematy i kpiącą z siebie. Kiedy jednak Johnson nie musi się ograniczać zasadami danego świata czy modelować na nowo znanych bohaterów – ręce same składają się do braw. “Na noże” bowiem jest doskonałą rozrywką: interesującym kryminałem i zarazem zabawną (a momentami mroczną) komedią.

     Bajecznie bogaty autor powieści kryminalnych, Harlan Thrombrey (Christopher Plummer), obchodzi swoje 85. urodziny. Cała rodzina zjeżdża się, by uczcić święto patrona rodu. Problem w tym, że nazajutrz Harlan zostaje znaleziony martwy. Samobójstwo? Wszystko wskazuje, że tak. Kiedy jednak pojawia się ekscentryczny detektyw Benoit Blanc (Daniel Craig), powoli odkrywamy, że praktycznie każdy miał dobry motyw mogący popchnąć do zbrodni, a cała rodzinka Thrombleyów to arcyciekawe zbiorowisko osobliwości.

     Brzmi jak klasyczny schemat żywcem wyjęty z twórczości Agathy Christie? No właśnie. I tak, i nie. Bo “Na noże” tylko z wierzchu przypomina kryminały uznanej pisarki. W rzeczywistości, w typowy dla siebie sposób, Johnson stawia wszystko na głowie, drwi ze schematów i bawi się z widzem, co chwilę zaskakując rozwiązaniami fabularnymi. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo już opisanie niektórych zabiegów może nosić znamiona spoilera, ale wierzcie mi na słowo – jest zabawnie, jest logicznie i jest ciekawie. W odróżnieniu od nieszczęsnego “Ostatniego Jedi“, w “Na noże” odwracanie klasycznych tropów czy tradycyjnych kryminalnych zagrywek ma sens, bo albo dostarcza fantastycznych gagów, albo popycha dalej śledztwo detektywa Blanca i posuwa fabułę do przodu. Żeby było jeszcze ciekawiej, scenariusz dokłada takie kwiatki jak fakt, że jedna z bohaterek cierpi na ciekawą przypadłość. Otóż, kiedy kłamie… zaczyna wymiotować.

     Aktorzy zagrali wybitnie, ale po takiej obsadzie nie można spodziewać się niczego innego. Daniel Craig, Chris Evans, Ana de Armas, Jamie Lee Curtis, Toni Collette, Don Johnson, Michael Shannon, Christopher Plummer – ekstraklasa Hollywood w pełnej krasie. Dzięki temu każda z postaci jest krwista, wyrazista i ciężko kogoś szczególnie wyróżnić. Olbrzymie wrażenie zrobił na mnie Evans, który skutecznie ucieka od wizerunku “najlepszego tyłka Ameryki” z “Avengers”, a także Ana de Armas, której rola była większa, niż się na początku spodziewałem. Jedynie Daniel Craig, przez większość czasu doskonały ze swoim południowym akcentem, w kilku miejscach chyba lekko przeszarżował i jego bohater przekroczył akceptowalną granicę śmieszności.

     Podziwiam sprawność, z jaką Johnson balansuje między groteską a mrocznym klimatem. Z jednej strony co chwilę widz śmieje się do ekranu, bo soczystych dialogów i zabawnych sytuacji jest multum. Z drugiej: wystarczająco często pojawiają się sceny, które dobitnie przypominają o tym, że członek rodziny został zamordowany, a zabójca czai się w pobliżu i nie wiadomo, czy na jednej śmierci się skończy. Komedia, kryminał i momentami nawet thriller wymieszane w idealnych proporcjach! Doskonała muzyka i dynamiczny, sprawny montaż tylko podkreślają wymowę pewnych scen. A jakby tego było mało, znalazło się jeszcze miejsce dla komentarza na temat bieżącej polityki, polaryzacji i radykalizacji poglądów, a także rozwarstwienia ekonomicznego, które jest w tym roku często poruszanym tematem. Epizodycznie pojawił się też Frank Oz, nieśmiertelny głos Yody od 1980 roku.

     Nie ma się co zastanawiać, trzeba po prostu obejrzeć. Johnson zaadoptował nośną konwencję i zabawił się nią w taki sposób, że nie trąci myszką (jak nudny i nijaki “Orient Express” Kennetha Branagha), tylko bawi, wzrusza, straszy, a na koniec pozostawia trochę ciepła w sercu. Zdecydowanie polecam.

http://zabimokiem.pl/takiego-johnsona-to-ja-rozumiem/ ‎

SithFrog

Ależ niech się bierze za znane franczyzy, ale z głową. Jeśli chodzi o SW to mógłby z powodzeniem zrobić jakiś spin-off, który byłby lżejszy, bardziej samoświadomy i różniący się od głównej serii. Myślę, że wtedy wyszłoby dużo, dużo lepiej, niż z Last Jedi. Last Jedi był po prostu porażka, bo nie pasował do poprzedniej części i w ogóle do głównych części SW.

ocenił(a) film na 8
_Zero_

Owszem, ale to jest właśnie problem franczyz, nie zawsze masz kogoś, kto tak panuje nad całą marką jak Kevin Feige w Marvelu. Pani od starwarsów, Cathelyn Kennedy po prostu produkuje filmy najlepiej jak potrafi, zatrtudnia najlepszych reżyserów czy aktorów, ale nie interesuje się częścią artystyczną, spójnością itp. Dlatego mamy TFA Abramsa w jednym tonie i za chwilę TLJ Johnsona, które pod każdym względem jest inne. Przy spin-offach to fajny bajer, ale przy trylogii to już trochę gorzej wychodzi. Delikatnie mówiąc ;)

użytkownik usunięty
_Zero_

Głupoty piszesz. TLJ właśnie dlatego jest dobre, ponieważ odbiega schematem od poprzednich części. Gdyby TLJ były w pełni podobne do tego co było wcześniej to byś się przywalał, że wredna zrzynka. Upadliście na łeb w krytykowaniu tego filmu po prostu.

Kiedy TLJ odbiega schematem? I który to schemat?