To jest ten film po którym czuje się ciężar gdzieś głęboko w duszy

To jest ten film po którym czuje się ciężar gdzieś głęboko w duszy przez kilka dni. Uwielbiam takie filmy. Czy tylko ja tak mam?

554
  • No co ty, mam podobnie do Ciebie. Arcydzieło to film, który "trzyma" Cię przez dobre kilka dni. Tak właśnie jest z "Star is born"

  • zgadzam się z każdym słowem :) mnie ten film trzyma do tej pory i wciąż chce mi się płakać, jak oglądam teledyski ze ściezki dźwiękowej <3 nie jest bez wad, ale swoje zadanie spełnia - trzyma się we łbie przez długi czas. Rewelacja :)

  • Dopiero dzisiaj obejrzałam, ale myślę, że przez parę dni dalej będę o nim rozmyślać (cały dzień nucę "Shallow" :) ). Dobre pół godziny płakałam i nie mogłam się uspokoić. Przepiękna historia (scenariusz), wspaniała gra aktorska I teksty piosenek poruszające serce.

  • Dotrwałem do połowy. To było strasznie pretensjonalne i miałem wrażenie że to już gdzieś widziałem jakieś 5 razy :/

    • To samo. Ciężki film pod kontem zarówno muzycznym ( oklepane, nudne i tendencyjne pop lamenty ) jak i pod kontem fabularnym. Początek nawet nie był najgorszy, pierwszy utwór Jacke'a z dobrym blues rockowym pazurem, później to już równia pochyła...chyba oczekiwałam jakiejś głębi, jak się okazuje kompletnie bez sensu.

      • dokładnie to samo. Przed tym filmem obejrzałem tę wersję z lat 70-tych. Uznałem że był nudny i taki bez pazura. Tutaj podobnie. Początek był ciekawy w tym Drag queen klubie, i wykonaniem po pijaku tej wersji utworu. Muzyka (a to chyba ważny element tego filmu) okazała się miałka i bez wyrazu.

        • Ano...trzeba chyba lepsze filtry weryfikacyjne zakładać ;) Żeby daleko nie szukać: "Bohemian rapsody". Dobrze się ogląda filmy o wyrazistych, niepowtarzalnych osobowościach scenicznych, które maja w sobie jakaś autentyczność, prawdę, oryginalność...no już nawet zdecydowanie lepiej mi się oglądało film o Amy Winehouse mimo, że takiej muzyki nie słucham, po obejrzeniu czułam się sponiewierana, jej relacja z tym dupkiem, ktory pasożytowal na niej fizycznie i emocjonalnie jest niesamowita, konkretny melodramat... można się spierać, że historie Frediego i Amy to praktycznie dokumenty a tutaj mamy fikcję, ale przecież z prawdziwego życia bierze się tyle dobrego materiału, pytanie tylko do kogo ma dotrzec taki film i czyje gusta ma zaspokoić? W tym wypadku odpowiedź jest oczywista i smutna zarazem.

          • Treść tego filmu jest chyba skierowana do młodych amerykańskich dziewczynek które chcą śpiewać. Środowisko Gejowskie z którym mam do czynienia również się jara strasznie . Bo Gaga to bogini :p . Bohemian też miał duży "hype", ale dla mnie niepotrzebne mieszanie w faktach zupełnie dało inny obraz zespołu i Freddiego. Chociażby to że w filmie Jest już chory czy też świadomy swojej choroby na koncercie Live Aid. Freddie dowiedział się dopiero dwa lata później. To samo z momentem gdzie członkowie zespołu mają pretensje o solowe płyty kiedy sami mieli już na koncie kilka. No ale kryzys musiał jakiś być w filmie. Moi znajomi płakali na filmie a mnie raczej on śmieszył. Te filmy tak naprawdę mają na celu pokazanie zarysu postaci i drogi do dalszego eksplorowania zespołu . Tak miałem z The Doors kiedy dopiero wtedy zacząłem dowiadywać się więcej na ich temat. Tutaj w " Narodziny gwiazdy" mamy fikcje można robić co się podoba. A tak przy okazji Jack Ginie na koniec? bo w wersji wcześniejszej jest wypadek samochodowy. Nie mogłem tego oglądać do końca nie dałem rady :)

            • Wiesz, jakoś tam mi się wydaje, że Pop kiedyś a teraz to jest coś zupełnie innego...Nawet porównanie Madonny do Tych gwiazdeczek naszych czasów jest jakieś takie zdecydowanie nie na miejscu. no i generalnie to jest chyba proste: oglądając film z Gagą w obsadzie dostałam to co mogłam dostać ;) Na końcu gość się wiesza. W sumie gdyby moja kobieta śpiewała taki szit to też bym się powiesiła, więc tutaj duży realizm i logika :D
              Masz rację, dobre filmy o muzykach mogą stanowić przyczynek do eksplorowania, złe mogą skutecznie zniechęcić. Ale też np. ponad tzw. zgodność faktów w filmie z życiem muzyka przedkładam to, czy film wzbudza we mnie jakieś emocje, bo dobry film powinien je wzbudzać. Brak zgodności faktów w filmie o Queen zrekompensowały mi dobre momenty sceniczne, kawał muzyki i całkiem niezła gra aktorska. Po za tym sentyment...Pamiętam ten dzień gdy ogłoszono śmierć Frediego, u mnie w domu panowała istna żałoba. gdy na przerwie w podstawówce smętnie zagaiłam koleżankę: "Słyszałaś,że Freddie Mercury odszedł?" usłyszałam: "A kto to?" I tak oto w 3 klasie podstawówki w fioletowej bluzie z wojowniczymi żółwiami Ninja doznałam pierwszej melo-izolacji. Później z Depeche Mode ona się już tylko pogłębiała :D

    • Taaa widziałeś filmy w których koncerty śpiewane w stylu na żywo.. Noo może high School musical

    • mam podobnie, gniot jakich mało, Gaga to aktorsko drewno nieziemskie, Bradley poprawny

  • Też oceniam ten film wysoko z uwagi na emocje, które we mnie zostawił. Nie jestem jakimś znawcą filmowym i nie umiem ocenić czy film ma super ujęcia itd. Myślę, że osoby które znają (znały) dobrych ludzi, którzy przez wódę zmarnowali swoje życie zupełnie inaczej będą odbierać ten film. Jak ktoś widzi w tym filmie tylko płytkie love story to jego zdanie, które szanuje, ale dla mnie pojawia się tam oprócz rewelacyjnej gry aktorskiej kilka ciekawych wątków np inne oblicze alkoholizmu bez znęcania bicia itd, różne podejście do kariery ludzie osiągają sukces bo są sobą i grają to co chcą, a inni robią to co chcą managerowie farbują włosy i śpiewają o kręceniu tyłkiem w jeansach, mimo że wcześniej pisali ambitne teksty, że niektórzy mimo iż są gwiazdami potrafią być normalni itd.itd. Najbardziej poruszające było dla mnie to, że wyszedłem z kina z poczuciem, iż dla Jacksona Maina nie było ratunku niezależnie od tego jaką decyzję by podjął.

    • ładny komentarz :)

    • Nie rozpływałbym się nad tym filmem. Typowe wywoływanie wzruszeń poprzez czyjąś tragiczną śmierć, która splata się z miłością to już dosyć oklepane. Szczerze to film jest niezły do momentu gdy przychodzi ten producent Raz czy jak mu tam do Jacka... wtedy już wiadomo jak to się potoczy... Ponadto film jest troszkę "prześpiewany". Plusem filmu jest w miarę realistyczne, przedstawienie historii muzycznej kariery Lady Gagi. Myślę, że nie każdy wiedział iż najpierw występowała w małych barach bluesowo-jazzowych. natomiast doszukiwanie się osobistych doznań lub choćby skojarzeń związanych z czyimś alkoholizmem co do obiektywnej oceny filmu jest raczej bezcelowe, a wręcz zmienia jego ocenę po przez pryzmat tych doświadczeń. To tak jakby jakiś homoseksualista chory na AIDS musiał ocenić film o homoseksualistach będących nosicielami HIV.... Co do gry aktorskiej Cooper szacunek zagrał znakomitą rolę ale Gaga nie powalała grając siebie. Ujęcia może oprócz tego występu w kameralnym barze gdzie Ally daje występ oraz momentów gdzie Jack gra poćpany to również nic wybitnego nie ma.

      P.S osobiście zdecydowanie preferuję właśnie tę lirics jazzową wersję Gagi od tej wylansowanej popeliny w stylu"Poker Face" ale to po za tematem.

    • Mam dokładnie takie same odczucia wobec tego filmu. Wątek love story rzeczywiście trochę przewidywalny, ale właśnie ten alkohol i dragi jako czynniki doprowadzające z reguły do tragedii mnie zawsze mocno poruszają. Film działa na emocje. I chyba o to chodzi.

    • Bardzo dobrze pokazane co w przysłowiowe 5 minut show-biznes zrobił ze znakomitej naturalnej Ally…
      Zaraz po wyjściu z kina byłam zła, że to zrobił mimo, iż wiedziałam, że tak jak piszesz nie było dla niego ratunku

    • ...."Najbardziej poruszające było dla mnie to, że wyszedłem z kina z poczuciem, iż dla Jacksona Maina nie było ratunku niezależnie od tego jaką decyzję by podjął".---DOKŁADNIE TAK MYŚLĘ.....

    • Pieknie!

    • Wg mnie alkohol nie był jego dominującym problemem a raczej efektem pierwotnego problemu, który niczym nowotwór siedział w nim i niszczył od środka...otóż on cierpiał na dojmującą samotność i potrzebę miłości. Pokochał Ally i czuł że ona może go wyleczyć z samotności i tym samym dać mu szczęście, które rozpaczliwie pragnął..... A tymczasem ona skupiła się na karierze...a po drodze zatraciła siebie i tą magię która ich połączyła. Bradley Cooper dla mnie - rewelacyjnie zagrał. Cięższa psychicznie wyszłam z kina...dawno nie widziałam kogoś tak przeraźliwie smutnego i samotnego..

    • Bardzo trafny komentarz. Ja również nie jestem "znawcą", odbieram filmy na płaszczyźnie emocjonalnej, a ten poruszył mnie bardzo.

    • no nie wiem czy nie było ratunku :-/ Ja ciągle po wyjściu z kina myślałem o tym co pieprzony menedżer Ally powiedział Jacksonowi. Myślę że to mu wbiło gwóźdź do trumny i gdyby nie ta ściągająca jeszcze bardziej na dno przemowa, to by nie podjął takiej decyzji.

    • Dobrze ujęte, tylko szkoda, że film taki pocięty jest. W trakcie oglądania trochę to przeszkadzało, jak się skończył to czułam, że czegoś mi brakowało. A brakowało mi posklejania tych dziur i budowania napięcia. Tego drugiego zdecydowanie zabrakło :(

    • Zgadzam się z szopenem. Mam takie same odczucia co do tego filmu. Na wierzchu jest to banalna historia miłosna, ale mnie osobiście bardzo poruszył tragizm postaci Jacksona, tego jak się szamotał z życiem od dzieciństwa i próbował jakoś ciągnąć zagłuszając ból i samotność dragami i alkoholem. I jak w końcu się poddał. Podobało mi się także przedstawienie relacji Ally i Jacksona -to że nie usiłowała na siłę wyciągnąć go z nałogu, że w pewnym sensie to akceptowała, bo go kochała, nie robiła mu awantur, itp.

      Sztuka ma to do siebie, że w każdym wywołuje inne emocje i odwołuje się do subiektywnych doświadczeń każdego odbiorcy. Dlatego każdy może mieć inne zdanie na temat tego filmu. Dla jednych to będzie szmira, dla innych poruszająca historia, w której mogą odnaleźć jakieś wątki, które mogą odnieść do własnego życia. Ogólnie film nie jest może arcydziełem kinematografii, ale dla mnie ma świetną muzykę, wspaniałą rolę Bradleya Coopera i to coś więcej, co skłania do refleksji i nie pozwala o nim tak szybko zapomnieć.

  • rzadko kiedy film potrafi dostarczyc tyle emocji, nawet nie podczas jego ogladania, ale po seansie.

  • Dodam jeszcze że malo kto zwraca uwagę na jedne z pierwszych słów utworu shallow gdzie pada pytanie aru you lucky in this modern world. Jackson nie może się dopasować do tego nowego shitu. Dlatego nie pasują mu te zmiany Ally. Zatem twierdzenie że chodzi tu o ratowanie go przez kobietę znacznie spłyca psychologię tej postaci. On chyba nie chciał być ratowany. Wiedział że się nie zmieni mimo że starał się jak mógł .........a ogólnie to czy to facet czy kobieta każdy marzy o takiej miłości dlatego film się tak podoba.

    • Też na to zwróciłam uwagę, bo przed wyjściem do kina przesłuchałam "Shallow" kilka razy i myślę, że jak najbardziej masz rację

    • Każdy marzy o miłości (do) człowieka, który bardzo się stara, ale z góry wie, że się nie zmieni i prędzej czy później ze sobą skończy? Ta poranna scena, która zaczyna się wyciąganiem go z krzaków, a kończy spontanicznymi oświadczynami, to jakiś podręcznikowy przykład uzależnienia - raz, że głównego bohatera od używek, a dwa: głównej bohaterki od niego. Naprawdę marzysz o takim uczuciu?
      Tu nie chodzi o spłycanie psychologii - przecież nikt tu nie twierdzi, że to był jakiś grubo ciosany prostak. Chodzi o romantyzowanie i mitologizowanie figury złamanego życiem artysty (bo przecież na miano artysty zasługuje tu tylko postać grana przez Coopera, wartościowanie w zestawieniu pop-country wjeżdża tu na pełnej od samego początku - moje pytanie brzmi: co w tym złego, że postać Gagi specjalizowała się w łatwych i skocznych kawałach i dlaczego wszyscy kolektywnie uznali, że główny bohater miał prawo być na nią za te wybory artystyczne zły? - i pytam jako ktoś, kto nie znosi tej popowej papki, ale zwyczajnie rozumie czyjąś potrzebę tworzenia i słuchania właśnie takiej muzyki). Złamanego życiem artysty, którego ambitna sztuka rozgrzesza ze wszystkiego, co robi sobie i innym. Gość odbiera sobie życie, pozostawiając ukochaną z prawdopodobnie dożywotnim poczuciem winy (bo w przedostatniej scenie obserwujemy jeszcze jej samobiczowanie za kłamstwo, które miało sprawić, że on poczuje się lepiej), czyli dokonuje wyboru maksymalnie egoistycznego, a ona na koniec wyśpiewuje nam o tym, że już nigdy nikogo. Też mi się takie historie kiedyś podobały, kiedy miałam naście lat i pierwszy raz w życiu czytałam literaturę spod znaku Sturm und Drang. Ale z tego się wyrasta i z czasem jednak zaczyna pragnąć związków dużo bardziej zrównoważonych pod każdym względem. Bo już naprawdę potrafię zrozumieć, że ten film można docenić od strony formalnej - za realizację dźwiękową, napisaną doń muzykę oryginalną i aktorstwo (Cooper i Gaga wypadli bardzo przekonująco). Ale tu największe zachwyty dotyczą strony fabularnej i "wielkiej, pięknej miłości" - to jest co najmniej niepokojące. :D

      • Nie chodziło mi tu akurat o miłość do człowieka uzależnionego tylko o prawdziwą miłość....Porozmawiaj kiedyś z osobą uzależnioną lub chorą na depresję. Tacy ludzie myślą dokładnie odwrotnie niż napisałeś, że bez nich komuś będzie lepiej, że tylko są ciężarem itd., ale to trzeba przeżyć czego oczywiście Ci nie życzę. Zazdroszczę racjonalnego i zrównoważonego podejścia do związków. Czasami po prostu nie masz wpływu na to w kim się zakochujesz i według mnie nie jest to kwestia wyrastania.

        • Miłość bez elementów destrukcyjnych nie jest prawdziwa? Widzisz, o depresji wiem akurat wiele, i to z autopsji, podobnie jak o tym, jak fatalne mogą być wybory (a raczej niewybory) miłosne. I właśnie dlatego nie mogę się nadziwić, że w XXI wieku tak inteligentni ludzie jak Cooper i Gaga tworzą film, w którym gloryfikuje się i romantyzuje toksyczne związki (bo postać Coopera jest napisana tak sympatycznie, że na wszystkie jego problemy po prostu przymyka się oko -depresja jest chorobą, nie piękną i godną pozazdroszczenia bajroniczną postawą życiową), przy okazji przeprowadzając jakąś ambitno-muzyczną krucjatę. Bo "Narodziny gwiazdy" zachwycają tu większość widzów relacją głównych bohaterów, nie tym, jak problematyzują zagadnienie autodestrukcyjnych skłonności wynikających z bólu egzystencji, traumy i tym podobnych. Nikt tego filmu nie ogląda jak studium smutku i uzależnienia, które jest paradoksalnie największym motorem napędowym sztuki jak i największą trucizną relacji (tymczasem to ten dualizm jest tu najciekawszy, na Zeusa - ale to w filmie nie wybrzmiewa wystarczająco mocno, o czym najlepiej świadczą wypowiedzi na forum), wszyscy zachwyceni oglądają go jak wielkie, godne pozazdroszczenia love story. No nie pojmę, przykro mi. Ale pozdrawiam.

          • Z tą destrukcją też bym nie przesadzał bo z tego co pamiętam Ally przed poznaniem Jacksona była samotną, niespełnioną artystką z beznadziejną robotą i szefem. Ja akurat rozkminiam wiele wątków tego filmu, a nie tylko love story. Jak choćby to - Jackson nie pytał nikogo czy Ally może z nim zaśpiewać na scenie. Wtedy był fajny dobry itd. A jak już ona się dorobiła to mąż alkoholik stał się niezbyt "wygodny" bo panu managerowi nie pasował. Taki teraz panie mamy klimat w szołbiznesie i nie tylko.

      • Poza tym w tym pięknym modern world gdzie ludzka głowa sluzy do potakiwania niedługo zabraknie miejsca na uczucia bo apka powie Ci że ktoś jest nieodpowiedni, pije za dużo więc musisz związać się z kimś kto da Ci gwarancję domu na przedmieściach dwójki dzieci i labradora. Według mnie film jest bardzo dobry bo rozbudza emocje patrz to forum a postać Jacksona jest bliska dla ludzi stawiających innych ludzi przed własną kariera a kwestii związków uczucia przed tzw rozsądkiem. Ps nie mówię że takie podejście do życia jest jedyne słuszne

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: