Najbardziej w tych filmach denerwuje mnie nagromadzenie nonsensów. W drugiej kolejności drażni nacjonalistyczne chińskie zadęcie. W trzeciej, chińskie przekonanie, że te ich goowniane sztuki walki są coś warte.
Jak się ktoś interesuje to wie, że służby specjalne maja opracowane własne systemy walki wręcz, nikt nie jest na tyle głupi, żeby trenować komandosów w kung-fu.
Tak się mądrzysz a nawet nie wiesz co to jest kung-fu, zresztą widać, że jesteś z góry negatywnie nastawiony do Chińczyków.
Ależ bardzo lubię Chińczyków i nie jestem do nich uprzedzony. Jak nie robią komerchy to umieją wspaniałe filmy kręcić.
No nie? Wredne Chińczyki lansują to wredne "kung-fu".
Cóż za podłość.
A wredni brazole lansują capoeira. I w ogóle to wszyscy są wredni.
I w ogóle o co Ci chodzi z tymi służbami?
Można też powiedzieć, że współczesny komandos ma większe szanse nad rycerzem z kopią, bo Ak-47 ma większy zasięg.
Jak rzadko udzielam się tutaj na forum, tak proszę wyjaśnij mi co mają służby specjalne do tego filmu, bo (że tak kolokwialnie powiem) za Chiny Ludowe, nie wiem co to miało znaczyć.
(tylko proszę, bez wywodów w stylu "bo krav-magą się obronisz na ulicy a kung-fu nie")
W chińskim filmie pokazują, że niby jakiś heros potrafi rozwalić 10 luda naraz. Z tego trzeba by było wywnioskować, że kung-fu to jest coś coś co daje prawie nadludzkie zdolności. Tymczasem Sł. Spec. używają własnych systemów walki a nie tego wspaniałego kung-fu. Chodziło mi o argument, który można zweryfikować.
Nie czepiałbym się gdyby nie gadka, że jest to film o postaci historycznej.
Sama postać może być jak najbardziej historyczna. Mógł być jakiś facet, który nigdy nie został formalnie pokonany itp.
A to co zrobiono w tym filmie to zwykła gloryfikacja. Ot co.
Dodajmy do tego manierę filmów o sztukach walki, jaka panuje w Chinach i masz faceta, który pokonuje stu chłopa na raz.
Tam samo jak kino z USA gloryfikuje marines ;)
A pamiętasz film "Wróg u bram"? Wprawdzie to nie jest rosyjska produkcja, ale ówczesna propaganda rosyjska też zrobiła z niego bohatera do tego stopnia, że nakręcono o nim tak pochlebny film (chociaż, ten facet żył i faktycznie się wsławił, ale ten jego niemiecki przeciwnik już chyba nie koniecznie)
To trochę to samo.
Bohaterowie muszą być. I wolę pokazaną manierę że "z naszych" robimy bohaterów, niż często gęsto widoczną w naszych rodzimych filmach, że ich doooołujemy.
Poza tym, jak już (chociaż ni cholery nie ma związku z filmem), wchodzimy na teren "kung-fu" (przyjmijmy tą terminologię)
to bez względu na to, co się ćwiczy, ważne jest aby być w tym dobrym. Jeśli zamiast ćwiczyć ktoś się obcyndala to ani sambo, albo kombat 57 ani krav maga nie ocalą, jeśli ktoś zna wu-shu lepiej i jest gotowy zrobić krzywdę.
A na sparingach to i "kung-fu" i karate wyglądają teraz jak kick box albo mma, więc formy "klasyczne" ćwiczy się dla sztuki, gdyż sam fakt, że czasy się zmieniły i trzeba walczyć inaczej, nie oznacza, że należy powiedzieć iż sztuka jest be i teraz tylko nawalamy jak na MMA.
A wu-shu, zwłaszcza Piękna Wiosna (Bruce Lee) są bardzo rozwojowe i zwyczajnie fajne :)
Chociaż w Polsce chyba Chow Gar jest popularniejszy?
Ja rozumiem, że jest to wyraz artystyczny, tych 100 chłopa powalonych jedną ręką. Ty też rozumiesz ale 99% kretynów-oglądaczy da się nabrać na tę chińską propagandę i zapała miłością do kung-fu a w konsekwencji do Chin w ogóle.
Też nie przesadzaj bo na tej zasadzie, można powiedzieć, że jacyś trochę bardziej naiwni ludzie zdobędą obywatelstwo US, żeby zaciągnąć się do wspomnianych marines.
Możesz nie zgadzać się z sytuacją polityczną w Chinach (a raczej tym co widzisz w mediach, co nie znaczy, że reporterzy kłamią, po prostu jeden człowiek, może mieć z natury jedną wersję, ciężko na raz wyznawać dziesięć wersji jednego faktu, jakby człowiek na uszach nie stawał, ciężko być zupełnie bezstronnym).
A nawet nie lubiąc Chin, nie można im odmówić, że wiele rzeczy stworzyli, mają swoją historię, mają prawo być z niej dumni i mają prawo lansować swoje tak zwane kung-fu.
Nigdy nie ćwiczyłem, ale zawsze bardzo podziwiałem i doceniam wkład, jaki wu-shu (niektórzy piszą to razem), miało w powstanie wielu innych sztuk walk i zawsze z przyjemnością oglądam te baśniowe pojedynki, z czego właśnie w wykonaniu Jeta Li, lubię najbardziej (zwłaszcza Hero).
A samo pałanie miłością do "kung-fu" nie jest złe, bo chęć samodoskonalenia i ćwiczeń fizycznych nie może być zła.
A poza tym, naszemu polskiemu kinu też przydała by się nuta propagandy, mówiącej jak to wspaniali nie jesteśmy.
Ciężko ich za to winić. Nie wiem czy wierzyć czy nie ale wszelkie odmiany tai chi, wu-shu są formą ich dziedzictwa kulturowego i nie uważam, że należy ich za to ganić.
Tym akurat krzywdy nikomu nie robią.
Bardzo podobają mi się Twoje wypowiedzi w tym temacie sandinista2600 . Aż ciężko uwierzyć że nigdy nie trenowałeś ;) Masz 100% racji.
@ jarek_arek:
Jak chodzi o ten przesadny patos itd to wolę milion razy wykreowanie postaci jakiegoś chińskiego bohatera w sposób po którym od razu można się domyślić że jest to przekoloryzowane (10 gości na hita/latanie/etc) niż ciemnotę jaką wciskają np amerykanie (o tym że ich hamburgerowi chłopcy "w imię pokoju" pokonują wszelkie wrogie stworzenie, nie ważne czy to krwiożercze dinozaury, sowietów czy UFO). Nie mogę patrzeć na te debilne jU-łeS-owskie produkcje typu choćby ostatniego BattleShip - bitwa o Ziemię.
Chciałem jeszcze nawiązać do tego leszczenia przeciwników przy siłach 10na 1: są sprawdzone źródła które potwierdzają że np. mnich buddyjski z klasztoru nieuzbrojony kładł 8 ludzi, a wyposażony w kij radził sobie z 10-12 ;) W przeciwieństwie do KM (którą zresztą sam troszkę trenuję :P) Combat itd osoby które są pokazywane w starych chińskich filmach na prawdę trenowały przez dłuugie lata a nie jak to teraz jest w modzie - uczęszczały przez miesiąc na sekcję karate. Prawda jest taka że nie ma dużego znaczenia co się trenuje - jeśli robi się to z uporem i przez długi czas osiąga się dobre wyniki :) Taki np odtwórca głównej roli - Jet LI - dzieciństwo spędził w pekińskiej szkole operowej gdzie przez 19h/dobę nauczano samoobrony, śpiewu itd. Jest wielokrotnym, utytułowanym mistrzem wushu (jak to mówią kung-fu :D ) i wiem że miałby mnie na strzała tak samo jak było to pokazane w filmie. No i nie musiałby przy tym latać :P
Gdyż, ponieważ, azaliż, mam tu tylko jedną sekcję i to tak ulokowaną, że ani po drodze ani samolotem.
Za to udawało mi się długo ćwiczyć karate, boks tajski, teraz judo....
Sekcje powstają, upadają, przenoszą się, zamieniają w sekcje do lat 12... :P
Heh :) To jednak trochę trenowałeś :D Tak czułem chociaż fragment "Nigdy nie ćwiczyłem, ale zawsze bardzo podziwiałem (...)" zbił mnie z tropu i wywnioskowałem wcześniej, że nie miałeś bliskiego starcia ze sportami walk ;)
Staram się nie przerywać, jak mnie w wieku 8 lat zauroczyły filmy z Van-Damme`m, tak mam do dzisiaj.
Tylko jakoś z "kung fu" było zawsze nie po drodze ;)
:D No to na prawdę nieźle :) Ja jedynie 2 lata Judo sportowego i 7 (z przerwami) - Krav Maga. Ale jakiś tam skill powoli się wyrabia :) W wieku 8-12 lat niestety nie miałem jeszcze żadnych możliwości jak chodzi o trenowanie Kick-Boxingu czy MT. Pozostawały mi pompki i bieganie :)
Skoro już nam się tu zrobiło forum SFD, to parę uwag:
1. Porównywanie wojskowych systemów walki wręcz z kung-fu ma taki sens, jak porównywanie ciągnika rolniczego z samochodem osobowym.
2. To, co się trenuje, ma podstawowe znaczenie w stosunku do tego, co się chce osiągnąć. Np. po 30 latach solidnego trenowania większości stylów tradycyjnego karate, osiągnie się znakomite umiejętności wykonywania kata, ogólną sprawność fizyczną i problemy ze stawami, a umiejętności walki prawie żadnych.
3. Kung fu to przebogaty obszar setek zupełnie odmiennych stylów, z których większość jest pozbawiona wszelkiej wartości, jeśli chodzi o możliwości zastosowania w realnej walce. To temat na opasłą książkę, więc nie będę się rozwodził. Wspomnę tylko, że są jednak style, które w realnej walce są bardzo skuteczne. Właściwie trenowane, na poziomie mistrzowskim dają szansę pokonania kilku przeciwników na raz, oczywiście w sposób zupełnie odmienny, niż na filmach.
3. Jeden z mistrzów, który osiągnął takie umiejętności i nieraz miał okazję je zastosować w ogarniętym chaosem Pekinie lat 40-tych ubiegłego wielu, był Wang Xiangzhai. Zapytany kiedyś, ilu przeciwników na raz mógłby pokonać, odpowiedział: "Jeśli byliby słabsi ode mnie, to nie wiem. A jeśli byliby lepsi ode mnie, to ani jednego" :)
"A poza tym, naszemu polskiemu kinu też przydała by się nuta propagandy, mówiącej jak to wspaniali nie jesteśmy."
Od dawna marzy mi się film o Polsce szlacheckiej i naszej wspaniałej husarii. Co najlepsze, to wcale nie musiałaby być propaganda tylko szczera prawda :)
Czlowieku, co ty bredzisz? Służby specjalne nie uczą "kung-fu"bo jest "goowniane"? Powiem, że jesteś totalnym ignorantem a może i głupcem (bo inaczej ignorancji wtłumaczyć nie potrafię)..wiesz co, powiem Ci coś co Cię "zaszokuje". Wszyscy trenujący jakiś system walki (poważnie traktujący temat, dziedzinę, w której się szkolą) dążą do osiągnięcia kung-fu..nawet te Twoje służby specjalne, dążą swoim treningiem do osiągnięcia kung-fu...
Ps. A z określeniem "chinole" to już jest przegięcie totalne, do którego nawet się nie odniosę, bo po tym wyrażeniu, z miejsca umieściłem Cię w loży Prymitywów i szufladkowiczów".
Po pierwsze kung-fu (osiągnięcie wysokiego poziomu umiejętności w dowolnej dziedzinie), a właściwie wushu (wszelkie chińskie sztuki walki), trenuje się całe życie i tylko nieliczna garstka osiągnie mistrzostwo, a komandosów szkoli się kilka lat. Po drugie siły specjalne zaczęły powstawać w XX w. i na poważnie zajęto się rozwojem tych formacji podczas II Wojny Światowej. Nie wiem, kiedy zaczęły powstawać chińskie sztuki walki, ale w Shaolin zaczęto je trenować w 525 r., więc sporo ponad tysiąc lat wcześniej. Ponadto wushu jest częścią chińskiej tradycji i kultury. To tak jakby nakręcić polski film historyczny i nie pokazać w nim rycerstwa. Czy w naszej rodzimej kinematografii nie było świetnych filmów gloryfikujących polskich rycerzy, nawet jeśli główni bohaterowie byli fikcyjnymi postaciami? Zdaje się, że powstało kilka, m.in. "Potop", "Pan Wołodyjowski" i "Krzyżacy". Właściwie Kmicic jest postacią w miarę podobną do Huo Yuan Jia. Przez część życia awanturnik i hulaka, a dopiero potem się zmienił.
Poza tym zdarzało się, że kilku mnichów Shaolin potrafiło pokonać o wiele liczniejszą grupę przeciwników. O ile dobrze pamiętam dobrze wyszkolony mnich potrafił walczyć gołymi rękami z czterema przeciwnikami, a uzbrojony w kij potrafił odeprzeć atak dwunastu przeciwników. Oczywiście było to zależne od ich wyszkolenia. W sztukach walki istnieje święta zasada znajdowania się w ciągłym ruchu. Dlatego trzeba umieć przewidzieć, gdzie taki wojownik znajdzie się w następnej sekundzie i wtedy uderzyć. Jak cały czas będzie stał w tym samym miejscu, to zostanie zaatakowany od tyłu i dostanie w plecy. Jak będzie cały czas w ruchu, to trzeba uważać, żeby zamiast niego nie trafić któregoś ze swoich kompanów. Oczywiście techniki stosowane przez komandosów są prostsze i skuteczniejsze, ale komandosów nie szkoli się całe życie. Potrzebne są systemy walki, które są w stanie opanować przez kilka lat. Chińskie sztuki walki przez wiele stuleci były jednymi z najskuteczniejszych w tamtej części świata. Trudno to porównywać z europejskimi metodami walki, bo w Europie coś takiego po prostu nie występowało.
Pamiętając, że chłop pracował na roli a mnich, całe życie robił dwie rzeczy: medytował i trenował.
Więc jakiś chudopachołek na pewno by oberwał, na pewno zdarzali się tacy, którzy potrafili pokonać 10 chłopa w otwartej walce i tacy, którzy zbyt pewni siebie nigdy już nie wszyli z ciemnej uliczki... ale o tych nic nie wiemy....nie przechodzą do legend ;)
Więc też nie gloryfikujmy nadmiernie i powstanie w miarę klarowny obraz ;)
W Europie nic takiego nie występowało, powiadasz?
Zapasów, boksu i savate nauczyliśmy się od Chińczyków? ;)
Masz rację jeśli chodzi o boks, który wywodzi się prawdopodobnie z greckiego sportu pankration, który to był boksem połączonym z zapasami.
Choć inna wersja mówi, że narodził w się w portach, jako forma rozrywki dla marynarzy. W końcu "w każdym porcie dają w pysk", ze tak zacytuję znaną piosenkę żeglarską.
Savate... co do savate zdania są podzielone i niektórzy twierdzą, że to powstało na bazie boksu tajskiego lub birmańskiego w XIX wieku.
Europa wykształciła swoje sztuki walki, lecz niewiele z tego zostało.
Istniały liczne szkoły szermierki, w tym ponoć słynna polska szkoła fechtunku. Nauczano walki na pieści, walki w zwarciu, chwytów i ciosów w trakcie walki mieczem.
Walka młotem(!), włócznią, strzelectwo (łuk i kusza, choć swego czasu zakazana, chyba nawet wyklęta przez Kościół)
Poza tym kozacy, uprawiali specyficzną formę gimnastyki, popisów sprawnościowych. Można by to nazwać taką zaporoską capoeirą ;) Dzisiaj próbuje się to odtwarzać nazywając -napiszę fonetycznie - bojowyj hopak.
Ile w tym prawdy, że to była sztuka walki a nie forma zabawy przy ognisku i ćwiczeń sprawnościowych? Nie wiem.
W Wielkiej Brytanii, dokładnie w Anglii powstała sztuka walki Bartitsu, nazwana w jednej z książek o Sherlocku Holmesie - Baritsu, jednak była wzorowana na stylach bodaj japońskich, i miała służyć dżentelmenom do samoobrony (chociaż nie wiem ile w tym prawdy, to akurat wyczytałem gdzieś kiedyś w Wikipedii, nigdy o tym nie słyszałem z innego źródła)
Po prostu nie ostało się tak wiele form i stylów, a bardzo dużo przejęliśmy w latach późniejszych wiele przejęliśmy właśnie z Chin, Japonii, Birmy, Tajlandii.
Z Indii mniej, co jest dość dziwne, gdyż Kalari może być starsze od tzw. Kung-fu.
I o dziwo z Brazylii czyli capoeira :) Co mnie dziwi, bo wcześniej istniał silat, którego niektóre style są właśnie taneczne, nie służące do realnej walki.
Nacjonalistyczne chińskie zadęcie? O_o szczególnie tyczy się to tego maksymalnie pozytywnego przedstawienia Japończyka, prawda?