To były piękne dni... (esej na temat filmu)

Przeciętnego niedzielnego widza nowy obraz Quentina Tarantino może znudzić. Tak, nie boję się użyć tego słowa: znudzić. To co jednak może wymęczyć przeciętnego widza będzie nie lada gratką dla wszelkich kinomanów i kinofilów. Efekt znużenia jednak nie bierze się z kosmosu. Pierwsze dwie godziny to leniwe zapoznawanie się z bohaterami. Podobny efekt Tarantino osiągnął w "Jackie Brown". Quentin daje nam czas na poznanie bohaterów i zżycie się z nimi. Ze sceny na scenę będziemy traktowali bohaterów jak naszych znajomych, przecież wiemy o nich już tak dużo. Ekspozycja postaci jest tu rozciągnięta do rozmiarów pełnometrażowego filmu. Tarantino nie uniknął tu też kilka prostych dłużyzn. Mamy tu sporo scen gdzie postacie jadą samochodem przez miasto lub po prostu idą. W ten sposób jednak reżyser daje nam jeszcze więcej czasu na spędzenia go z bohaterami oraz buduje nastrój. To co również może znudzić polskiego widza podczas seansu to nie wiedza na temat przemian w historii kina i telewizji od lat 50 aż do końcówki lat 60'. Tarantino sam się do tego odnosi w swoim filmie. Brak wiedzy na ten temat może skutecznie utrudnić odbiór filmu. Kinomani zaś w sekundę umiejscowią Ricka Daltona na miejscu Clinta Eastwooda. Co by jednak nie mówić o tempie akcji Tarantino pokazał swoim dziełem jak bardzo kocha kino. Ba, poza miłością pokazał on, że potrafi się kinem bawić. O ile we wcześniejszych filmach tego reżysera widz szukał co tam on nie "podkradł" od innych, tak tutaj Quentin zabawił się bardziej przemysłem filmowym, produkcją i techniczną stroną filmów. Jeśli mamy fragment serialu telewizyjnego obraz jest w proporcjach taśmy 16 mm, jeśli to film kinowy 45 mm. W "Pewnego razu... w Hollywood" zobaczymy fragmenty prawdziwego filmu, fikcyjnych, wymyślonych na potrzeby produkcji czy fantazje na temat prawdziwych filmów z postaciami z tego obrazu. Choć tutaj brzmi to niebywale i może przyprawić o mętlik to w filmie jest to serwowane umiejętnie i jak przystało na Tarantino ze smakiem. Dla wielu widzów może to być też okazja by zobaczyć jak kręcono seriale czy filmy. W jednej z lepszych scen w tym obrazie zobaczymy jak postać Leonardo DiCaprio radzi sobie z nieudaną sceną. Duble następują natychmiast, a widz jest dzięki temu w stanie zobaczyć jak wyglądało kręcenie filmów. Quentin coś podobnego zrobił w Pulp Fiction tłumacząc widzom oraz Vincentowi czym jest pilot serialu. Tarantino pokazuje też wszechstronną wiedzę na temat różnych produkcji, a jego kreatywność i wiedza objawiają się chociażby w stworzonych przez siebie fikcyjnych produkcjach i plakatach do nich. Tarantino skorzystał tutaj z tych dwóch atrybutów i tworzy tutaj np. western z Telly'm Savalas'em w reżyserii Joaquina Marchent'a. Ile osób by na coś takiego wpadło? Reżyser jest w stanie stworzyć nawet własne przewodniki filmowe specjalnie na potrzeby tego obrazu. Przeciętny widz może nawet nie posiadać wiedzy o takich podgatunkach jak eurospy. Ale nawet osoby o naprawdę szerokiej wiedzy filmowej (ja się do nich nie zaliczam) będą miały sporo kłopotów w znalezieniu wszystkich nawiązań i smaczków. O ile w scenie z "trzema George'ami" prawie każdy uśmiechnie się na nazwisko Pepprada, tak przypomnieć sobie kim był i w czym grał Maharis będzie problemem. Ja sam przyznam, że pierwszy raz usłyszałem to nazwisko właśnie tutaj. Amerykański widz będzie miał z tym prawdopodobnie mniejszy kłopot. Tarantino przypomina i odtwarza takie seriale jak: "Zielony szerszeń", "Lancer" czy "F.B.I.", a także "okleja" miasto całą masą plakatów i afiszami kin, które czasem dosłownie migają widzowi przed oczami. Przejdźmy jednak do analizy samego filmu. Film rozpoczyna się na początku lutego roku pańskiego 1969. W tym momencie Rick Dalton grany przez DiCaprio jest aktorem, którego kariera zawodowa znajduje się na równi pochyłej. Dalton kojarzony jest głównie z roli Jake Cahill'a. I choć wszyscy określają/określali go jako gwiazdę serialu Bounty Law tak teraz jego gwiazda błyszczy bardzo blado. I choć zagrał on w kilku innych westernach czy filmach wojennych (14 pięści McCluskey'a to prawie Parszywa dwunastka) to teraz zmuszony jest on przenosić się od jednego serialu do drugiego. Tylko, ze wyłącznie w epizodach i jako postacie negatywne. Już w jednej z pierwszych scen wyjaśnia to Rickowi i widzom Al Pacino jako Marvin Schwarz. W kilkunastu zdaniach nakreśla on widzowi z czym musiał się mierzyć aktor w tamtych latach. Z drugiej strony mamy Sharon Tate i Romana Polańskiego czyli jedne z najgorętszych nazwisk w ówczesnym świecie filmowym. Tate oraz Polański będą przez cały film w kontrapunkcie do historii Ricka oraz Cliff'a. I od teraz Tarantino da nam mnóstwo czasu na spędzenie czasu z bohaterami, kreśląc przy tym ich charaktery. Wiedza którą zdobędziemy na ich temat nie tylko pozwoli nam ich polubić ale przyda się również w dalszych częściach filmu. Brad Pitt i DiCaprio zagrali chyba najlepsze role w swoim życiu i to właśnie im reżyser poświęcił najwięcej ekranowego czasu to nie można pominąć świetnych postaci drugoplanowych. Jest to jednak słowo na wyrost gdyż te postacie występują tu w epizodach i na ekranie można je zobaczyć w jednej czy dwóch scenach. Jest tak m.in. z postaciami Bruca Lee, Steve McQueen'a, George'a Spahn'a czy rolami Kurta Russell'a, Zoe Bell, Ala Pacino czy Luke'a Perry'ego. Wszystkie te sceny są naprawdę dobre, niektóre wręcz genialne i charakteryzują się wyśmienitymi kreacjami aktorskimi. Nie znajdziemy tutaj też zbyt wiele charakterystycznych dla filmów Tarantino elokwentnych i trafiających w punkt monologów postaci. Oczywiście znajdziemy je, jak choćby w monologu Bruce'a Lee na temat walk, jednak ma się wrażenie, że nie są one tak zintensyfikowane. O ile postacie epizodyczne budowane są na dialogach, tak Rick i Cliff są budowani na podstawie różnych zachowań, postaw, przyzwyczajeń. Ich postacie zbudowane są na mocnym fundamencie. Nie są to wygadani gangsterzy z "Wściekłych psów" czy dziewczyny z "Death Proof". Rick i Cliff nie walczą ze sobą o palmę pierwszeństwa w byciu najbardziej wyszczekanym i elokwentnym gościem. To postacie wewnętrznie kruche, które mają w sobie ogromną ilość człowieczeństwa. DiCaprio pokazał tu swój kunszt aktorskim jak w żadnym innym filmie. Jego Rick Dalton to postać bardzo złożona. DiCaprio pokazał całą gammę emocji od smutku, żalu, rozgoryczenia do humoru i absolutnie "najlepszego aktorstwa jakie kiedykolwiek widziałem". Dalton to właściwie dwie postacie. Rick jako człowiek oraz Rick jako aktor. Nikt chyba nie posiada tak oddanego dublera jak Rick. Cliff jest postacią równie złożoną co Rick. To co najbardziej rzuca się w oczy to absolutne przywiązanie do swojego przyjaciela i lojalność. Jednak Cliff potrafi też pokazać pazur co niejednokrotnie udowadnia w filmie. Margot Robbie jako Sharon Tate to również wrażliwa osoba, które sukces nie przewrócił w głowie. Jednego wieczory imprezuje w rezydencji Playboy'a z Stevem McQueen'em i Mamą Cass a drugiego podwodzi przypadkową hipiskę. Wrażliwość i niepewność Sharon widać w scenie seansu "Wrecking Crew". Tate długo waha się czy w ogóle pójść na seansu, a następnie z przejęciem oczekuje reakcji publiczności na własny występ. Nasi protagoniści mają swoje ludzkie słabości i popadają w kryzysy. W "Pewnego razu..." dostaniemy najbardziej ludzkie i głębokie postacie spośród wszystkich filmów Quentina. Jednak Tarantino nie był by sobą gdyby nie umieścił w swoim najnowszym dziele charakterystycznych dla całej swojej twórczości elementów. Nie zdziwi nikogo nagły wybuchów przemocy, ale dziwi już kontekst. Quentin sam sobie robi przyjemność i umieszcza w filmie zbliżenie kobiecych stóp. Sa też podteksty seksualne czy popularne zwłaszcza w ostatnich filmach reżysera ataki na jądra(Bękarty wojny, Django, Nienawistna ósemka), sceny w restauracjach i wiele wiele innych nawiązań. Tarantino wciąż potrafi zaskoczyć widza. To co niespotykane u tego amerykańskiego twórcy to łamanie czwartej ściany. Tarantino robi to jednak bardzo subtelnie. Odbicie Rick'a w lustrze, który prowadzi monolog w swojej przyczepie wydaje się mówić do widza, ale nie jest to bezpośredni zwrot do nas. Nie należy się jednak tutaj spodziewać nagłej rewolucji i zwrotu o 180 stopni. To wciąż stary dobry Tarantino tylko dojrzalszy. Ta dojrzałość objawia się zarówno w historii i prowadzeniu akcji jak i technicznej stronie filmu. Tarantino wciąż jednak świetnie bawi się z widzem serwując mu prawdziwą huśtawkę nastrojów. Reżyser przeplata tu humor, strach, wzruszenie itd. Przeplatanie krwawych lub pełnych napięcia scen z humorem po przecież jego znak firmowy. Prawdziwą szaloną karuzelę emocji Tarantino dostarcza nam dopiero w finale, który wyciśnie z widza wszystkie emocjonalne soki. Tarantino w świetny sposób buduje i rozładowuje napięcie. Widać to dobrze w scenie przybycia Cliff'a na ranczo Spahn'a. Początkowo widz nie jest pewnie czego można się spodziewać, co się wydarzy i czy w ogóle wydarzy. Z każdą chwilą napięcie coraz bardziej rośnie. A widz i Cliff mają coraz większe poczucie zagrożenia i osaczenia. To uczucie potęguje niemal horrorowa muzyka w tle. Tarantino potrafi jednak w charakterystyczny sposób rozładować to napięcie w postaci rozmowy Cliff'a ze Spahn'em by chwilę później zaserwować nam wybuch przemocy, znów przejść do humoru by za chwilę znów rozładować napięcie. Pod tym względem widz nie ma szans się znudzić. Film można rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Można go rozpatrywać jako satyrę na Hollywood A.D. 1969 i cały przemysł filmowy, jako leniwe buddy movies czy jako zabawę kinem z licznym wyłapywaniem nawiązań. Tarantino odniósł się też tutaj do kwestii, która dotykała go przez całą jego karierę zawodową. Wielu krytyków filmowych i nie tylko zarzucało mu nadmierne epatowanie przemocą. Zarzucano mu to, że jego filmy demoralizują młodzież. Tarantino wkłada tutaj kij w mrowisko. Wkłada on w usta bohaterki to co chyba sam chciał zawsze powiedzieć. W filmie będzie się to odnosić do lat 50' i 60' ale tak samo można to przełożyć na współczesne czasy. Jedna z bohaterek mówi, że to telewizja karmi nas przemocą. Prawie każdy serial opiera się na morderstwach. Ludzie wchłaniają to od lat więc nie ma się co zatem dziwić, ze ludzie mordują. Z tym, ze Tarantino wkłada to w usta członkini bandy Manson'a, która te wnioski wyciągnęła podczas kwasowego tripu. Jedni będą mówili, że ta postać ma absolutną rację, inni zaś, ze do morderstwa popycha nie przemoc w kinie i telewizji ale podatność na wpływy innych i brak wykształconego kręgosłupa moralnego. Nad całym filmem unosi się atmosfera nostalgii i tęsknotą za dawnymi czasami, które już nie wrócą. Tą nostalgię widać w niemal każdym kadrze przez co ciężko było Tarantino pozbyć się choćby fragmentu swojego filmu i trwa on 160 minut. O ile wysiedzenie takiego czasu w kinie, choćby ze względu na niewygodne siedzenia może być męczące tak już oglądanie tego filmy w zaciszu domowym będzie samą przyjemnością. Zarówno Tarantino pracując nad swoim dziełem tak i widz będzie chłonął klimat tych lat samym sobą. Poczucie tęsknoty potęguje muzyka. Równie powolna jak cały film ale bardzo esencjonalna i emocjonalna. Piosenki płyną w tle i umilają czas i budują klimat. Tarantino zrobił film dla siebie. Taki jaki zawsze chciał zrobić i chciał oglądać. Nigdzie mu się nie spieszy, nie próbuje niczego udowodnić, nie chce się wpasować w jakiś szablon czy schemat. Quentin był niepokornym twórcą już od swojego debiutu jednak z ostatnimi filmami ma się wrażenie jakby starała się trafić do jak największego grona odbiorców. Były to prawdopodobnie spowodowane różny naciskami ze strony braci Weinstein. Zmiana producentów wyszła Quentinowi raczej na dobre. "Nowy" Tarantino zdaje się mówić "albo oglądasz film na moich zasadach i w tempie jakie ja ustalam albo w ogóle się do niego nie zabieraj". Tarantino w "Pewnego razu... w Hollywood" pokazał jak bardzo kocha kino. My zaś powinniśmy kochać go za to, że jest częścią tego świata.

396

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię