Mocno prawdziwy film, chociaż najgorsze rzeczy w piciu są pokazane jakby w skrócie.

Miałem w rodzinie dwie takie osoby. Jedna już nie żyje. Smarzowski mógł pokazać lepiej to, co dzieje się pomiędzy piciem i piciem. Wszystko jest normalnie, człowiek wraca do świata żywych i tak dalej. Po jakimś czasie przychodzi ten moment, w którym ktoś taki potrzebuje kontaktu z terapeutą, a jednak do niego nie idzie. Wtedy ten ktoś znika, kontakt się urywa i doświadczone otoczenie wie, że zaczął pić.

Chodzi mi o to, że ten film nie jest dobrym obrazem choroby alkoholowej. Zbyt wiele przerysowano. Smarzowski ma jeszcze ten mroczny filtr na obrazie. O wiele lepiej pokazano to w "Żółtym szaliku" z Januszem Gajosem", mimo że ten film jest raczej miniaturą filmową, a nie filmem fabularnym.

Nie wiem, jaki Smarzowski miał cel? Czy chciał przestrzec? Czy chciał tylko zobrazować niektóre aspekty tego piekła? W tym filmie zabrakło mi tego czegoś, co było w "Weselu". Fabuła, oś, wokół której wszystko konsekwentnie się kręci, ma początek, akcję, motywy, morał. "Pod Mocnym Aniołem" i tak wypada o niebo lepiej od "Drogówki".

Gdyby tak ten cały Smarzowski zechciał coś zmienić w swoim warsztacie...

7
  • Zgadzam się w pełni. Brak mi w tym filmie spójności. To tak jakby ktoś powyciągał kilka historyjek kilku różnych osób i pozlepiał je ze sobą na chybił trafił. Zrobił się z tego jakiś straszny teledysk, prawie jak w "Drogówce". Bohaterowie są tu odhumanizowani CAŁKOWICIE, a przecież nawet najgorszy pijak w dalszym ciągu jest jakąś OSOBĄ. Tu wszyscy zostali wrzuceni do jednego wora z napisem "alkoholik". Sam problem picia został przedstawiony bardzo stereotypowo, a do jego zobrazowania reżyser posłużył się wyświechtanymi chwytami typu: sikanie, rzyganie i bzykanie. A przecież alkoholizm to nie tylko choroba ciała, ale przede wszystkim umysłu!

    • To ostatnie zdanie jest bardzo ważne. Bliska znajoma jest terapeutką. Duchowe mroki alkoholizmu są po stokroć gorsze od bycia pijanym. człowieka można odtruć, dawać potem leki na wyrównanie nastroju, ale to tylko część terapii. Chciałbym, żeby mój wujek zawrócił z tej obłędnej drogi, ale już go nie ma. To dotyczy wielu osób, którym nie byłem w stanie pomóc. Dlatego w ramach solidarności ja sam - człowiek zdrowy w ogóle nie piję. Inni mogą się z tego śmiać, ale ja chcę być znakiem dla pijących.

  • Nie jest to powód do chwały, ale ja sam jestem osobą uzależnioną. Od siedemnastu lat użeram się z alkoholizmem (i narkomanią, do wódki niekiedy zażywam amfetaminę), zafundowałem sobie życie będące niczym innym, jak upiornym korowodem ciągów – odtruć – odwyków- abstynencji – zapić- ciągów – odtruć…. To właśnie wydaje mi się w chorobie najgorsze. Nie ekscesy, nieraz bardzo drastyczne, ale to szamotanie się między piciem a trzeźwością, które sprowadza się do męczącej rutyny. Te same detoksy, odwyki, bramy w których piłem, sklepy w których zawsze kupuje to samo. Potem znowu, izba wytrzeźwień, na której znam zbyt dobrze każdą salę. A potem znowu, detoks na którym już byłem. Teraz jestem na świątecznej przepustce z oddziału odwykowego…

    Akurat ta rutyna jest pokazana u Smarzowskiego świetnie. Jasne, jako „obraz choroby” lepiej broni się chociażby „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Jerzy w „Pod Mocnym Aniołem” pije niemal w próżni społecznej, nie ma dzieci, żony. Owszem, jest tam wątek związku z kobietą, ale tak zmarginalizowany, że niemal nie istotny. Natomiast u Koterskiego picie niszczy też (może przede wszystkim) rodzinę.

    Jednak, zauważ, my nie mówimy tu o reportażu czy filmie dokumentalnym. Film fabularny to utwór artystyczny, gdzie ów artyzm ważniejszy chyba jest od prawdy. A artystycznie „Pod Mocnym Aniołem” to moim zdaniem rzecz świetna. Opowiadanie o alkoholizmie następuje poprzez powtórzenia tych samych sytuacji (ile to razy Jerzy rozmawiał z Doktorem kończąc odwyk?) przeplatane jest drastycznymi epizodami z życia tych czy innych pijaków. I tak mniej więcej wygląda stan naszych umysłów i naszego ducha.

    Więc nie zgadzam się z zarzutem, że Smarzowski sprowadził problem alkoholizmu jedynie do kwestii fizjologicznych. To my, jeśli pijemy, sprowadzamy swoje człowieczeństwo do samej fizjologii. Napić się, metabolizować etanol do aldehydu octowego, zasnąć. A że przy okazji zesram się pod siebie. Cóż, takie pijackie życie. Powyżej ktoś pisze „Bohaterowie są tu odhumanizowani” . No są, bo takim ja jestem jak piję.

    Ty z kolei piszesz: „mógł pokazać lepiej to, co dzieje się pomiędzy piciem i piciem”. No tak, ja sam miałem najdłuższy okres abstynencji sześć lat. Ale jednak wielu jest takich, u których okres abstynencji wynosi CO NAJWYŻEJ tyle, ile wynosi czas odtruwania i ewentualnie terapii na odwyku. Brama oddziału się za nami zamyka, i hajda, od nowa, Polska Ludowa. Taki akurat typ alkoholizmu w fazie krytycznej prezentuje Jerzy.

    • Może rzeczywiście podszedłem do swojej interpretacji zbyt jednostronnie. Nie będę jej bronił. Powiem natomiast jedno: sześć lat abstynencji to bardzo długo. Jestem ciekawe, co takiego się stało, że zacząłeś funkcjonować tak, jakbyś nie miał tak długiej przerwy? Generalnie nawroty po tylu latach nie przekonują mnie. Dla mnie to jak nowa choroba, podobna do poprzedniej.

      Dwa lata temu zmarł mój kolega. Był dużo starszy. Miał ponoć pięć lat abstynencji. Jak zaczął, to już z tego nigdy nie wyszedł. Wpadł w śpiączkę cukrzycową i już się nie obudził. Nigdy nie rozumiałem nawrotu po pięciu latach. Moim zdaniem po tylu latach to nie nawrót.

      • Z alkoholizmu się nie zdrowieje. Nigdy. Nawet gdybyś do końca życia już nie pił to i tak umrzesz będąc alkoholikiem.

        Gdyby był 'zdrowy' przez te 6 lat mógłby sobie normalnie, od czasu do czasu, machnąć piwko, tak jak inni ludzie nie mający problemu z alkoholem. Niestety 6 lat był abstynentem, ponieważ jest chory. I jedna metoda by nie umrzeć, to abstynencja. Nie ma na to tabletek.

        Nie ma też określenia 'były alkoholik', ale 'niepijący alkoholik'.

        • Alkoholikiem? I tyle? A co z resztą przymiotów osobowych kogoś takiego? Czy alkoholizm jest jak chrzest, że daje na zawsze tożsamość, która determinuje człowieka? Alkoholik wstał. Alkoholik się umył. Alkoholik był dzisiaj w pracy...

          • Ta choroba mocno determinuje życie. Więc albo dożywotnio zrywasz relację z alkoholem, albo powoli nałóg spędza Cię na dno najczęściej wykańczając na śmierć. Dla osoby uzależnionej wszystko kręci się wokół picia. Osoba ta ustawia sobie życie tak, by mieć jak najwięcej okazji do picia, a jak już nie ma z kim pić to pije sam. Dobrym przykładem był przypadek jednego z bohaterów, który mówił "się piło", gdyż osoba uzależniona broni się jak może przed przyznaniem się na głos: "Tak, jestem alkoholikiem". Bo to jest jak deklaracja, przyznanie się do problemu. A problemy przecież się rozwiązuje i z tym piciem będzie trzeba coś zrobić. Najgorzej jest gdy relacja z alkoholem jest jedyną relacją jaka mamy lub jedyną jaka nam odpowiada.

            "Łatka" alkoholik niestety jest dość silną etykietą spośród tych, które mamy. Wpływa ona na inne przymioty osobowe, ale przede wszystkim jesteśmy ludźmi.Możesz być najlepszym człowiekiem na świecie, świetnym pracownikiem, ojcem itd, ale wraz z pogłębianiem się nałogu wszystko będzie się skupiać wokół jednego określenia. Z tego co wiem, to osoby które nie piją nawet 20 lat potrafią mieć te gorsze dni w których chętnie sięgnęłyby po alkohol. To ciągle w nich jest.

            Porównując dwie etykiety alkoholik i narkoman z pozoru wydają się być podobne bo tyczą się uzależnień. Natomiast można o kimś powiedzieć były narkoman, niestety nie działa to przy określeniu były alkoholik. Myślę, że to też za sprawą zakorzenionej kultury picia. Spożywanie alkoholu jest niczym dziwnym, w niektórych sytuacjach nawet czymś oczekiwanym. Niektórzy popadają w uzależnienie, a inni piją okazyjnie i nie mają problemu. Przyznanie się do nałogu jest pewnego rodzaju stygmamtyzacją. Narkomania to uzależnienie od substancji silnie uzależniających niemalże od początku, ten proces nie jest tak długi jak w przypadku alkoholu. Dodatkowo są to substancje uznawane za szkodliwe i społecznie nieakceptowane. Nie chce mi się dłużej tłumaczyć, ale chyba różnica jest wyczuwalna.

    • Zgodzę się i z tym. Moim głównym zarzutem do filmu jest chaotyczność, ale dochodzę do wniosku, że może właśnie Wojtek chciał tą chaotyczność podkreślić, chaos w życiu alkoholika.

  • To znaczy tak. Również mam podobne odczucie po obejrzeniu. Żółty szalik trafił do mnie bardziej. Sądzę jednak, że nie jest to jedynie kwestia uproszczeń, które faktycznie dostrzegłem, ale głównie formy przekazu, dosyć chaotycznej, jak dla mnie. Oczywiście jest to moje zdanie i wiem, że każdy może inaczej to odebrać i film może do każdego inaczej docierać i chwała za to. Zgadzam się z pegazem, że Smarzowski nie sprowadził wszystkiego do fizjologii. Dodam, że wielką zaletą tego filmu jest nie tylko pokazanie stadium alkoholizmu wraz z jego konsekwencjami, ale również jego źródeł. To bardzo ważne.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię