krzyżówka westernu z horrorem, bohater powraca do rodzinnego "ranczo", aby wspólnie z bratem
stawić czoło mrocznej sekcie antysemitów pod wodzą lokalnego duchownego, zrobione to z
właściwą Pasikowskiemu zręcznością w wykorzystywaniu chwytów rodem z kina gatunkowego -
horroru, thrillera. Nie kupuję, z całym szacunkiem dla aktora, bo bardzo się starał, inteligenckiego
do szpiku kości Macieja Stuhra w roli chłopa małorolnego, który w chwilach wolnych od orki
rozszyfrowuje hebrajskie napisy na macewach i Ireneusza Czopa jako gościa zasuwającego w
Stanach przy azbeście, który wygląda, ubiera i zachowuje się jak Franz Maurer. Ale tak to jest z
westernami. Pastuchów od krów (cow boys) grali tacy faceci jak Gregory Peck czy James Steward,
zatem ta umowność mieści się w poetyce gatunku. Szedłem na Pasikowskiego - który zrobił Psy,
Krolla... i Reich - i dostałem to, czego się spodziewałem. Kolejny film Pasikowskiego. Spodoba się
niektórym poza granicami kraju zapewne, bo - pokazując mieszkańców polskiej wsi jako stado
prymitywnych i okrutnych ciemniaków rodem z Deliverance - wpisuje się w pewien model, bardzo
niesprawiedliwy, bo kreowany przez hałaśliwą mniejszość spod głośników wiadomego radia -
postrzegania nas na świecie. Choć z drugiej strony, pod Pałacem Prezydenckim, w czasach
niesławnej wojny o krzyż, widywałem w agresywnym tłumie "obrońców wiary" podobne gęby.
Dobre kino, ale pod warunkiem że jesteśmy w stanie wczuć się w jego umowną, gatunkową
konwencję.