1) Najpiew o postaci Dana Millmana. Nasuwa mi się pytanie czy ten jego rzekomy "mistrz" pochwalałby fakt, że jego padawan napisał książeczkę i zbija na tym kasę, robi karierę a siebie samego przedstawia jako jaśnie oświeconego i świadomego (nie jak reszta ciemnego ludu) człowieka. Tym bardziej że on te nauki otrzymał za darmo a ludziom każe za nie płacić. Jakie to amerykańskie...
Dygresja: wpisałem w google "dan millman" i jak popatrzyłem na to zdjęcie tej dobrotliwej twarzy, tego łagodnego uśmiechu i litościwych oczu to aż mnie wzdrygnęło.
Ogólne odczucia co do tego Pana mam negatywne. Wali mi na odległośc fałszem, TANDETĄ, pseudo filozofią (o tym że nie jest ani trochę odkrywcza zaraz powiem), chęcią zysku, poziomem poradnika żuciowego dla gospodyń domowych.
2) Najlepsze że te same, identyczne wręcz nauki płyną z Nowego Testamentu, czyli zostały spisane zanim o naszym samozwańczym mesjaszu (co do którego autentyczności mam poważne wątpliwości) ani jego uczniu nawet ptaszki nie ćwierkały. Ale wiadomo - lepiej podniecać się pseudo mędrcem który robi karierę na filozofii i trzepie sporą kasiorę sprzedając książeczki bo to jest takie cool. A że to samo jest w NT, którego egzemplarz można dostac za 8 zł - who cares? Jeszcze o zgrozo o moheryzm posądzą.
Co by uprzedzić plucie i wyzywanie od rydzykowych pomiotów - post jest skierowany do osob, które deklarują się jako praktykujący chrześcianie. Jezus mówił wprost: Nie będziesz nikogo nazywał mistrzem. Nie mam na celu piętnowanie nikogo ani przeprowadzanie krucjaty bo mnie samemu daleko do idealu.
Razi mnie jedynie obłuda tego pana i fakt, że w dzisiejszych czasach można być niespełnionym grafomanem i zrobić na tym karierę, wciskając ludziom coś co już dawno wiedzą tyle że opakowane w kolorowy papier. Choć jak patrze na wspomniane zdjęcia to nie czuję oburzenia a tylko zażenowanie.
1) Stary, myślę, że to musiałbyś zapytać rzekomego "mistrza", czy mu to przeszkadza. Poza tym z jakiej paki nazywasz to pseudofilozofią skoro z tego co zrozumiałem to się z nią zgadzasz ;d. No i nie wiem dlaczego dobrotliwa twarz tobą wzdrygnęła. W sensie, że zarzucasz mu sztuczność?
2) Najlepsze że te same, identyczne wręcz nauki płyną z buddyzmu Zen, czyli zostały przekazane zanim o naszym samozwańczym mesjaszu (co do którego autentyczności mam poważne wątpliwości) ani jego uczniach nawet ptaszki nie ćwierkały. Tyle apropo Nowego Testamentu.
Chrześcijaństwo nadaje temu jeszcze głębszy sens.
Film ma lekko New Age`owskie podłoże. Przekaz pozytywny, owszem, jednak...
Jezus daje więcej.
Przede wszystkim, Chyrstus umarł za Ciebie.
Budda tego nie zrobił.
"zlotodziob" przeciez nie żył w tamtych czasach więc jak mógł ktoś za niego umrzeć? :-D no weź się zastanów "loczku" jeden :-P
Chrystus za nikogo nie umarł, on po prostu umarł (albo właściwie został zabity) i zostawił po sobie bardzo wartościowe nauki, tak samo jak Budda. Wartościowe oczywiście dla tych którzy potrafią je zrozumieć.
To że umarł za kogoś to już wg mnie, błędna wymyślona historyjka. Stworzona najpewniej po to aby ludzie żyli w poczuciu że są winni posłuszeństwo Kościołowi czyli Chrystusowi - bo wg władz kościelnych religię katolicką zapoczątkował Jezus(co oczywiście jest tylko wymysłem).
'po to aby ludzie żyli w poczuciu że są winni posłuszeństwo Kościołowi czyli Chrystusowi'
taki tekst mogles pisac do takich jak ty sam (bez urazy) ktorym brak podstaw teoretycznych. przede wszystkim bog chcrzescijan dal wybor i mowi ze mozesz robic co chcesz . marny ze mnie katolik ale przynajmniej znam tą religię nie z opowiesci z gluchego telefonu
czytaj ze zrozumieniem. Ty mowisz o bogu chrzescijan który dał ludziom wybór, a ja napisałem o wymyślonej historii nt poświęcenia Jezusa (sam nawet mnie zacytowałeś). Ja też znam tą religię. może ty znasz ją w swojej interpretacji :-D
Piszesz o historii poświęcenia się za nas Jezusa i uważasz, że istnieje ona tylko po to, aby wzbudzić poczucie winy u ludzi. Poczucie winy miałoby sprawić, że będą oni wierni Kościołowi. Myślę, że ktoś, kto nie wierzy, że Chrystus nas zbawił, na pewno nie ma poczucia winy, bo z jakiej racji? A jeśli chodzi o chrześcijan, Twoja wypowiedź jasno sugeruje, że nie są wierni Kościołowi z własnej woli, ale dlatego, że nęka ich poczucie winy. Ale ja uważam, że poczucie winy mogą wzbudzać raczej nasze grzechy, a nie to, że Jezus je odkupił, to raczej jest powód do wdzięczności. Samo poczucie winy to marna, a na pewno płytka motywacja, żeby robić cokolwiek. Zbyt marna aby, jak piszesz, być posłusznym Chrystusowi, bo to posłuszeństwo wymaga mega wysiłku.
Budda był mądrym człowiekiem, miarą greckich filozofów! Ba, żył wcześniej, tym jeszcze większy szacun : )
Każda religia stara się wcisnąć nam jakieś postawy życiowe... I nie powiem że to źle, osobiście najbardziej podobają mi się postawy właśnie Buddy, jednak nie można mówić że ci kolejni byli źli (i ci sławni i ci mniej sławni[również zabici, niestety nikt im nie pomógł rozsławić ich wiary]).
Co do filmu, podobała mi się rada: koncentruj się na tym co jest teraz i wyrzuć śmieci z głowy, nie całkowicie poprawne, ale częściowo tak : )
To Budda był "naprawdę"?
Pytam bo o buddyźmie wiem tylko z filmu "Mały Budda" z Keanu Reevsem. A tam był pokazany jako postać, która...odprawia różne czary-mary, może nawet na poziomie czarów-marów Chrystusa.
To on istniał naprawdę? I robił te czary-mary? A jak nie, tzn. że w tym filmie wymyślili sobie te historyjki o Buddzie i one nie były na podstawie jakiś 'standardowych' buddyjskich opowieści?
Siddhartha Gautama jest postacią historyczną. "Mały Budda" podobno niezbyt wiernie oddaje ducha buddyzmu, ale filmu jeszcze nie oglądałem, więc tylko powtarzam, co czytałem. Inny film z Keanu Reevsem jest za to bardzo zbieżny, choć nieco alegorycznie, z buddyjską filozofią pustości (łyżeczka nie istnieje).
Interesujące -sąd takie wnioski (pytam ku rozwoju wiedzy aby mieć lepsze argumenty w rozmowach z fanatykami religijnymi których atakami na forach jestem zniesmaczony /czują dziwny obowiązek napiętnowania wszystkiego co nie przystaje do ich religii/).
Co złego jest w pisaniu książek? Co złego w dzieleniu własnymi doświadczeniami i mądrością? To, że facet przy okazji zarobi trochę grosza wcale o niczym nie świadczy. Porównujesz go tu z Chrystusem, ale przecież w odróżnieniu od niego, Millman nie uważa siebie za Boga. Zarzucasz mu, iż zarabia na naukach, które otrzymał za darmo. Jezus też nauczał za darmo, a dzisiejsze głowy Kościoła żyją w przepychu. Millman to zwykły człowiek, który miał w życiu szczęście spotkać wyjątkowego mentora, o którym każdy z nas może marzyć. I może zarabia na tym pieniądze, ale i przekaz sięga do większego grona odbiorców. Sokrates uczył tylko jego. Mówisz o pierwszeństwie NT, ale nie każdy musi akceptować Jezusa jako Boga, nie każdy chce wiązać jego nauki z religią. Ludziom często chodzi o samo sedno przekazu, które gdzieś na kartach Biblii zacierają się pomiędzy życiorysem Jezusa. Dlatego właśnie NT, który swoją drogą uważam za mądre pismo, często jest niedoceniany.
Mówisz, że te same nauki płyną z Nowego Testamentu- to prawda, tylko niestety nie każdy z tych ludzi którzy przeczytają tę książkę nie sięgną do NT i nie zechcą czytać tak, żeby zrozumieć to, co jest tam zawarte. Dlatego myślę, że to dobrze, iż Dan tę książkę napisał, bo dzięki niej ludzie coś zmienią w sposobie patrzenia na świat, w swoim życiu. Znajdą coś, co w pewien sposób zbliży ich do Boga, jakkolwiek by Go nie nazwali. Ta książka może być taką iskierką, dzięki której Bóg będzie mógł być w życiu jakiegoś człowieka, do którego w żaden inny sposób nie można było dotrzeć, może właśnie dzięki tej książce chociaż jedna osoba otworzy się na miłość, którą Bóg chce dawać każdemu. Bóg sam o sobie mówi, że nazywa się "JESTEM", a więc te treści, które książka zawiera zbliżają człowieka właśnie do Boga, który jest Obecnością.
"tylko niestety nie każdy z tych ludzi którzy przeczytają tę książkę nie sięgną do NT i nie zechcą czytać tak, żeby zrozumieć to, co jest tam zawarte"-
przepraszam nie tak powinno brzmieć to zdanie, poprawna wersja:
"tylko niestety nie każdy z tych ludzi którzy przeczytają tę książkę sięgnie do NT i zechce czytać tak, żeby zrozumieć to, co jest tam zawarte