Jest to film, który idealnie trafił w mój filmowy, nieco wysublimowany gust. Jak do tej pory
tylko dwa filmy oceniłem notami 10. Ten i Into the wild.
Dlaczego akurat ten? W końcu nie ma tutaj zadnych aktorskich sław, wielkich nazwisk
ani skomplikowanej fabuły, a wręcz momentami mogłoby się wydawać, że jest to mocno
przewidywalny obraz, powielony schematem od innych, bardziej docenionych przez
krytyków.
Przyznam się szczerze, że na początku pomyślałem: "kurcze, znów chcą tak bardzo
nakarmić mnie tym zasranym new-age", a że istotą jestem mocno wierzącą, zawahałem
się, czy jest sens kontynuować... Jednak pomimo całej tej mojej batalii z samym sobą,
zostawiłem swoje ortodoksyjne stereotypy i zanurzyłem się w obrazie, od którego nie
mogłęm się ani na moment oderwać.
Film przepełniony był niesamowitymi refleksjami, malowniczą scenerią, i naprawdę
niezwykłą, chwilami magiczną atmosferą.
Ktoś mógłby powiedzieć: ale przecież to wszystko było tak tendencyjne, jałowe i
schematyczne.
Owszem, mogę nawet przyznać i potwierdzieć. Jednak nie to ów obraz przekazuje. Nie o
to tutaj chodziło.
Film pokazywał siłę charakteru, walkę z młodością, szaleństwem, wyborami pomiędzy
przyjemnościami a dążeniem do spełnienia najgłębszych marzeń, ale też od pierwszej
do ostatniej minuty toczący się bój z własną ambicją i dumą.
Po seansie pozostała mi w głowie, a może bardziej należałoby powiedzieć: "w sercu"
jedna myśl: "Jest to możliwe! Jest możliwe wygrać z własną ambicją, ale też spełnić
marzenie, które dla innych jest nieosiągalne."
Film pokazał mi, że w życiu nie chodzi o to, żeby zdobyć to, co jest najwyższe, ale cieszyć
się każdą najdrobniejszą chwilą, na drodze naszej ludzkiej wędrówki. Niesawowity
obraz. Polecam dobry kawałek kina dla wybrednych kinomanów, szukających w filmie
czegoś więcej niż taniej rozrywki!