Niestety kolejny po "Off the Black" dramat z Nick'iem Nolte, który na siłę "ma poruszać" - mnie tylko z kolejną minutą ogladania coraz bardziej irytował. Przesłanie filmu: wytrwałość, silna wola i ciężka praca zawsze doprowadzi do celu - jest na poziomie "mądrości" komedii romantycznych, w których "brzydkie kaczątko" ostatecznie lądują w ramionach (łóżku) księcia z bajki.
okropnie uprościłeś przesłanie filmu a właściwie je zdeformowałeś... źle odczytałeś? nie wiem... obejrzyj ten film za parę tygodni, miesięcy no może lat. zobaczymy czy Twój komentarz będzie taki sam.
wiesz każdy ma swoje zdanie ale ja się nie zgadzam zupełnie z twoją wypowiedzią.Zważ na to że ten film powstał na autentycznych wydarzeniach i że jest ktoś taki jak ten główny bohater i żyje sobie w Kalifornii. Dla mnie film zasługuje na 10/10 tylko aby lepiej go zrozumieć warto go jeszcze raz lub kilka razy obejrzeć. W zasadzie tak się sprawa ma jeśli chodzi o mnie.
Tobie natomiast mogło się nie podobać gdyż wg mnie film nie trzymał w napięciu i to mogło być dla wielu jakimś problemem, przeszkodą czy wadą w oglądaniu ale może się mylę.
Ja lubię "inne" filmy i "siła spokoju" wg mojej oceny jest takiego typu przykładem. Wolę zobaczyć coś co jest jak najbardziej oryginalne i przede wszystkim daje do myślenia.
Pozdrawiam i zachęcam o umieszczanie wypowiedzi bo coś kiepsko z tymi komentami ;)
Film nie traktuje o "wytrwałości, silnej woli i ciężkiej pracy", a o miłości do czegoś, co się wykonuje (w tym przypadku sportu), czystości umysłu i chwytaniu tego, co dzieje się w konkretnej chwili, bez niepotrzebnego zaśmiecania głowy wątpliwościami, tym co może być lub było. Zawiera myśl Horacego - "carpe diem". O reszcie nie będę pisał, bo każdy może sobie zinterpretować na swój sposób, to czy "istnieje początek i koniec czegoś" - dla tych, co przyjęli powszechne ograniczenia, pojęcie czasu nie jest względne, wszystko ma swój koniec i początek, a dla innych coś cały czas trwa i jedynie zmienia się w coś innego. Można wiele rzeczy zaakceptować i uznać za naturalny bieg rzeczy; film czasem w wyolbrzymiony i wynaturzony sposób pokazuje właśnie tego typu motywy, ale jest to celowym zamierzeniem.
Nie ustosunkuję się do Waszych wypowiedzi zbytnio i przedstawię swoje zdanie, a przyznaję że w moją filozofię życiową ten film akurat trafił, więc pozwolę sobie ?popłynąć? trochę i przedstawić jak ja go odebrałam.
Na początku zarzuty: film nie trzyma w napięciu, postacie są zarysowane dość pobieżnie, dostajemy garść schematów. Zaletą jest to, że posiada wszystkie wymagane elementy dramatu. No jak dla kogo ta zaleta, mnie trochę razi sztampowość użytych środków, przewidywalny bieg zdarzeń, oczywiste "odkrycia" bohatera i mało przekonujące przemiany jakie w nim zachodzą.
Przesłanie jest oczywiście słuszne: rób to co kochasz i walcz o to na czym Ci zależy, ale dla siebie, nie dla innych, nie dla zdobywania trofeów i pokonywania wyimaginowanych etapów, co ponoć przyniesie kiedyś szczęście. W pogoni za szczęściem paradoksalnie zapominamy jak być szczęśliwi. Pogoń to jednocześnie ucieczka, ucieczka nie przynosi spokoju, równowagi. Ucieczka to strach. Strach nie jest szczęściem, nie jest radością. W strachu walczysz jak przeżyć, hormony zalewają mózg i zaślepiają, zabierają umiejętność widzenia tego co ważne. Umiejętność dostrzegania czegokolwiek i przeżywania. (Dan nie widział tego co się wokół dzieje ? był jak w jakiejś hibernacji)
Życie to rzeka, nieprzerwany strumień, który nigdy nie pozostaje w stagnacji. Każde działania mają swoje konsekwencje i należy brać za nie odpowiedzialność.
Liczy się dziś, ta chwila, nawet nie dlatego że następnych może nie być. Dlatego, że to jedyny sens :) Najgorsze jest życie "jutro" kiedy widzisz tylko cel, który zaślepia Ci świat i odbiera życie ? radość z niego. Tak żyjąc ? nie żyjesz nigdy, bo jutra nie ma, jest tylko teraz. Powiedz ? kiedy już będzie jutro? Kiedy żyjesz jutro? To największe kłamstwo, którym się karmimy. Ślepe dążenie do osiągania stanów i rzeczy to tylko znieczulenie jakie dostarczamy sobie uciekając od doświadczania własnego życia i tego co się dzieje wokół, tego na co wydawałoby się nie mamy wpływu a jednak kreacja i odbiór zachodzi w naszej głowie. Życie jest wędrówką i cokolwiek Cię spotka, należy podchodzić do tego z pogodą ducha, być wytrwałym i pewnym, ze niektóre odpowiedzi nie są ważne i nie przyniosą żadnej korzyści. Tylko świadomość i pokora, a nie usilne rozkładanie na części pierwsze przysłużą się przeżywaniu każdej chwili.
Łopatologicznie to trochę podane, mało finezyjnie, zero niedopowiedzeń... To mi najbardziej przeszkadzało. Mimo tego, że to autentyczna historia, myślę ze dałoby się ją opowiedzieć mniej ?kawa na ławę?. Nie chodzi mi o usilne komplikowanie... sama nie wiem, może nawet właśnie chodziłoby o zredukowanie pewnych środków, aby widz mógł sam dojść do jakichś wniosków, a tak - serio - przypomina mi to trochę filmy typu Karate Kid.
Takie to wszystko trochę naciągane.
Najbardziej rozbawiła mnie historia kiedy Dan miał siedzieć na wraku samochodu i sformułować jakąś myśl która spodoba się "Mistrzowi", trochę to żenujące było ? szczególnie to kiedy już ?trafił?.
Z kolei najciekawszą, dobrze opowiedzianą i mądrą historią była wędrówka na górę, aby zobaczyć "coś" (choć też przewidywalny morał, nic nowego. Tak jak historie zen ? ładnie opowiedziane i zaskakujące tylko dla tych, którzy się nigdy z tą filozofią nie zetknęli).
Hej, to tak samo jak z miłością (życie to miłość? pasja to miłość...) Nie mówisz sobie ? teraz będzie dobrze, teraz jestem mądra i ma być ?dobry związek?, ?dobry wynik?. Takie podejście gwarantuje porażkę. Miłość to zanurzenie się w duszy drugiego człowieka, akceptacja i ufność (ale nie utrata kontroli nad sobą!) Miłość to zatracenie się w pasji. Ale nie zaślepienie!
Przeżywanie, rozwój, droga, tworzenie a nie bezduszne założenia. Przeżywaj intensywnie i świadomie. Bądź autentyczny/a.
Jeśli chodzi o stronę "sportową" to faktycznie film dodaje otuchy. Mnie samą czeka operacja nóżki i boję się trochę wizji śrub w kolanie i tego że może nigdy już nie pobiegam i nie zrobię przysiadu na hack maszynie :(
Myślę że w tym aspekcie istotnie film może dać niektórym ludziom coś dobrego. Jeśli chodzi o tą otwartość na świat - zastanowienie się nad życiem - oczywiście też, ale dla mnie to naciągana teoria że po filmie ktoś zmieni swoje życie, a może... może to działa. Jeśli ktoś będzie szczęśliwszy, jeśli obudzi się z letargu to będzie świetnie.
Kot-kiwacz, dziekuję Pani za tą recenzję. Za wyczerpujące opisanie tego w jaki sposób odebrała Pani film. Jakkolwiek zgadzam się z Panią, że film pokazuję te filozoficzne prawdy (z którymi zresztą i mi "po drodze") mało subtelnie i film dużo traci na tej bezpośredniości i wyłożeniu wszystkiego kawa na ławę, to myślę, że mogło być jeszcze gorzej.
Mam tu na myśli intrygującą postać Sokratesa. Który niby był, a na prawdę go nie było. Domyślam się, że ta postać jest taką personifikacją idei, filozofii - on podpowiada, pokazuje ścieżki, którymi iść.
Najbardziej intrygujące dla mnie jest w tym filmie właśnie to "przestawienie" w myśleniu głównego bohatera, które uosabia właśnie Sokrates. Ale jeśli go nie było, to co sprawiło, że gimnastyk zaczął inaczej myśleć. No przecież nie bezsenność.
Zauważmy, że z inną filozofią zaczął on sympatyzować nie po wypadku, co by się wydało naturalne ale przed. Przed wypadkiem zaczął się interesować filozofią Wschodu ale nie starczyło mu woli, zniechecił się.
To mi nie dawało spokoju długo ale ułożyłem swoją teorię.
Zgadzam się z autorem tematu. Film był dla mnie kiczowaty i cholernie irytujący, a wzruszył mnie tak jak kiepska brazylijska telenowela.