Ojciec daje się zamurować na strychu, po czym przez pół roku siedzi tam sobie jakby nigdy nic wśród martwych ciał swoich dzieci, w brudzie, smrodzie i bez jedzenia i mu to odpowiada...
Ten film jest bardzo poprawny, ale też przez to dla mnie nijaki. Zarówno w formie, jak i w treści. W samą treść lepiej nie wnikać, bo ... właściwie nic się konkretnego nie wydarzyło. Katalizatorem akcji pozostaje więc "śledztwo" Portera, który nie wypada jednak na idealny czarny charakter i jego wątek jest banalną kliszą zazdrośnika z wielu innych filmów. Sztuką twórców pozostaje więc oszukiwanie widza, że na coś czekamy i uzyskanie takiego podskórnego napięcia poprzez konwencję filmu o duchach. Natomiast fakt, że ojciec pozostawał żywy jest faktycznie bardzo naiwnym motywem i osobiście wolałbym, aby była to osobowość Jacka. Jednak oznaczałoby to, że nasz Jack zabił Portera, gdy ten odkrył tajemnicę domu. Nie do końca pamiętam w jakiej sytuacji ojciec napadł na ukochaną Jacka w finale filmu - to było dosyć karkołomne, bop oznaczałoby, że dziewczyna wybaczyłaby bohaterowi zabicie kolegi i przy tym fizyczny atak na nią. Z drugiej strony po rozmowie z lekarzem nie daje i tak mu leków:)
No i to się trzyma kupy. Wybaczyła mu bo wiedziała co przeszedł a że nie daje leków i utrzymuje go w tej świadomości... To już taka decyzja scenarzysty podkręcania na koniec klimat. Swoją drogą akurat to zachowanie wydaje się logiczne z jej "wybaczeniem". Wymazała za pomocą Billa osobowość ojca i już na zawsze zostawiła Jacka w świecie z nią i rodzeństwem. Szalone ale logicznie spójne.