Oglądając taki film, człowiek zastanawia się, czy czasem nie szkoda pieniędzy i wysiłku na kręcenie takiego badziewia, w którym nie ma ani jednej oryginalnej sceny, a fabuła jest tak wtórna i wyeksploatowana przez wcześniejsze tego typu filmy (choć i po „Urban legends 2” podobnych filmów nakręcono całe mnóstwo), że naprawdę emocji w tym dziełku tyle, co kot napłakał. Jest tu tylko zabijanie dla samego zabijania, okrucieństwo dla okrucieństwa, mnóstwo tanich chwytów, nie mówiąc już o tym, że tradycyjnie w takich filmach zabójca jest niewidzialny, niesłyszalny, nieuchwytny, superinteligentny i szybszy od myśli ofiar. Ale oczywiście do czasu, bo pod koniec seansu, gdy dochodzi do „final showdown”, zabójca zaczyna głupieć. Jest tu też mnóstwo nieprawdopodobieństw i zbiegów okoliczności. Trzeba też przyznać, że koleś-zabójca (nie będę mówił, kto nim jest) wybrał sobie dość skomplikowaną drogę do osiągnięcia swojego głównego celu, a determinacji i poświęcenia odmówić mu nie można. Dużym plusem takich filmów jest zwykle obecność fajnych lasek, w „Urban legends 2” jest podobnie, a jedną z ról gra Eva Mendes. To pozwala jakoś przetrwać ten film, bo reszta jest jakaś taka bez ładu i składu. No, jeszcze w miarę dobra była scena morderstwa tej laski, co ten koleś-zabójca to nakręcił i wkleił do filmu. Tak więc film chyba tylko dla najbardziej zagorzałych miłośników podróbek „Krzyku” i „Koszmaru minionego lata”. 4/10.