Pierwsza połowa filmu była całkiem dobra: spokojna, refleksyjna, nienarzucająca widzowi poglądów. Niestety w miarę upływu czasu "Wszyscy mają się dobrze stało się kinem niestrawnym. Rzadko widzi się tyle lukru, słodyczy, tendencyjności i ckliwości w filmie. Szkoda, że jego twórcy mają widzów za durniów, którym nawet najprostsze rzeczy należny położyć na tacy tudzież wyłożyć na stół bo inaczej sami się nie domyślą. Rozumiem, że to film po części familijny, ale rodzinna atmosfera (a już szczególnie pod koniec) wydaje się być nie do wytrzymania. Do pełnego obrazu brakowało mi tylko tylko małego szczeniaczka i De Niro przebranego za Świętego Mikołaja.
O aktorstwie też trudno mieć dobre zdanie. Najgorzej zdecydowanie wypadł Rockwell (lubię go ale on się chyba nie nadaje to tego typu produkcji) i Beckinsale (żadne zdziwienie). De Niro też się nie popisał, ale przynajmniej nie drażnił tak jak wymienieni przeze mnie wcześniej aktorzy.
Niemniej film jako dramat się sprawdził. I to zdecydowanie. Już po kilkudziesięciu minutach dramatycznie chciałam go wyłączyć.
Nie wiem czy to prowokacja czy kompletny brak wrażliwości z Twojej strony? Jesli chodzi o aktorstwo to nie przyczepilbym sie do zadnej postaci, bo uwaznie sie przygladalem kazdej z nich jak wypadają i niczego zlego tutaj nie widzialem. Co do zakonczenia to jakbys sobie go wyobrazal? Ze Frank umiera w szpitalu? Kolejna smierc? Najpierw zona, potem David i na koncu ojciec? Bezsensu. Zakonczenie jak najbardziej trafne. Nie doszlo do spotkania rodzinnego na poczatku filmu, wiec logiczne jest to ze na jego koncu wszyscy spotkaja sie razem przy jednym stole. " Szkoda, że jego twórcy mają widzów za durniów, którym nawet najprostsze rzeczy należny położyć na tacy tudzież wyłożyć na stół bo inaczej sami się nie domyślą" No ja sie na przyklad nigdy bym nie domyslil ze Rosie jest lesbijką i to robi ze mnie durnia?:)
Widze ze podszedles do tego filmu bardziej od strony technicznej co jest bardzo fajne, ale nie mozna przesadzac pamietaj o tym. Więcej wrazliwości:)
Przemek po pierwsze adresowałeś odpowiedź do dziewczyny :) A tak poza tym to zgadzam się z Tobą co do gry aktorskiej. Nie raziła... ale przyznasz też ,że nie zachwycała :) Natomiast Karma ma rację co do "podawania wszystkiego na talerzu". Wiadomo ,że De Niro jako ojciec postrzegał dorosłych ludzi jako swoje dzieci i nie mógł się przyzwyczaić do tego ,że prowadzą swoje własne życie. Nie trzeba widowni pokazywać tego dodatkowo w postaci obrazków gdzie ojciec zamiast 30 latki widzi małego bachora z własnych wspomnień.... Takich pierdół gdzie wszystko musi być dopowiedziane i precyzyjnie pokazane było mnóstwo. Np. De niro dzwoni do syna bo się o niego niepokoi , zmiana ujęcia na kamienice i głos telefonu nieprzerwanie dzwoniącego (nikt nie odbiera) , ale to za mało trzeba pokazać mieszkanie gdzie leży list (żebyśmy wiedzieli, że nigoko w nim nie było i żeby widz zorientował się które to mieszkanie bo przecież bez tego dawno by się pogubił). Takich scen jest cała masa! Chyba 10 scen o tym jaki to wymagający ojciec z niego był...i jak to potem się odbiło na dzieciakach.
Jak dla mnie ten film zapowiadał się wyśmienicie! a skończył się niesmacznie. Jakby ktoś mi zaproponował popcorn a potem zamiast go posolić oprószyłby cynamonem i cukrem.
4/10
Kiedy Frank podłożył list pod drzwi, wiedzieliśmy tylko tyle, że jego syna nie ma w domu. Dopiero kiedy do niego zadzwonił, pokazane zostało mieszkanie - puste. Nie tylko dało to widzowi informację, że David najwyraźniej od długiego czasu już tam nie mieszkał, ale też była to wzruszająca scena - pomyślałam sobie wtedy, że on może już nigdy nie dostać tego listu. No i nie dostał... list wrócił do nadawcy. Smutne, bo film opowiada o komunikacji między ludźmi, o tym, jak bywa ona trudna. A próba dotarcia ojca do dzieci za każdym razem przepełniała mnie współczuciem. Cóż, widać jestem cholernie sentymentalna. Wstawki z małymi dziećmi wydały mi się potrzebne - fajnie zobrazowało to, jak rodzice postrzegają swoje dzieci, jak im często trudno zobaczyć w nich dorosłych. Ale też jak je miło wspominają i pamiętają. Poza tym scena, w której Frank siedzi z dzieciakami przy stole w ogrodzie, a one rozmawiają z nim jak dorosłe i wyjawiają swoje tajemnice - świetna.
Powiedzmy że ta scena w ogrodzie była, no, najlepsza. Jakby tak wziąć wiadro i wylać z litr wody na twarze każdego z bohatrów może byłoby to wszystko bardziej naturalne.
Nie rozumiem... gdy zaczęło padać, bohaterowie byli mokrzy... zasady realizmu zostały więc zachowane ;)
Tak, tak, zgadzam się. Aż tak tragiczny nie był, raczej wyjątkowo przyjemny bo i odmóżdżający, a może po prostu byłam w nastroju na podobną rzecz. w każdym razie całą drugą połowę filmu miałam w głowie tylko i wyłącznie "niewykorzystany potencjał". jakby film był bardziej po europejsku i cały w klimacie pierwszej połowy filmu (no może 2 razy mniej makijażu) to były śliczny, miły i wtedy - refleksyjny. a był to najbardziej amerykański dramat świata. przesłodznie gdzie tylko się dało. marzyłam o zakończeniu: synek umarł, tatuś ponownie zaprasza rodzinkę, czeka, a oni (znowu) nie przyjeżdzają. i wtedy jakieś sodko-gorzkie przemyślenie zakończone "everybody's fine".. e tam. zepsuli. ale stawiam 6 bo oglądało się spoko. mogło być duużo gorzej.