Film o wkraczaniu w dorosłe życie.
On - "artysta", nie przejmujący się nikim i niczym, ona - córka wariatki, równie bezbezstresowo żyjąca co on. Poznają się w sklepie, zakochują się w sobie. Powoli ich życie przestaje być beztroskie - umiera jej babcia, zachodzi w ciążę. Kari chciał pokazać, że dorosłe życie to rzecz odpowiedzialna, że czas na beztroską zabawę w penym wieku się kończy. Nic to nowego, Ameryki reżyser nie odkrył.
"Zakochani widzą słonie" jest podzielony na kilkanaście rozdziałów. Raz wypada to dobrze, raz rozdziały nie są ze sobą zbyt mądrze połączone - ostatecznie pomysł wypada nijako.
Najlepszy wątek w filmie - całkiem zabawna opowieść o Dziadku, przyjacielu głównego bohatera, zagranego przez równie dobrego co w "Jabłkach Adama" Nicolasa Bro.
Warsztatowo to niezły film, a przesłanie, choć oczywiste, nie znaczy że głupie.
Kari celował wysoko, wyszło tylko nieźle.
5/10