Przerost formy nad treścią. Film z pewnością ważny dla zawodowców,

użytkownik usunięty

wprowadzający nowe techniki narracji, dobry do szkolenia studentów w szkole filmowej itp., ale dla widza zwyczajnie nudny. Ileż można takiej monotonnej "oniryczności"! Bunuel też potrafił filmować sny, ale wiedział, że musi to być wsparte jakąś fabułą, elementarnym "co będzie dalej?", które trzyma widza przed ekranem. Tutaj można spokojnie wyjść na pięć minut i niczego się nie straci. Podejrzewam też , że gdyby z tego filmu losowo wyciąć kilkanaście minut, większość jego koneserów nawet by tego nie zauważyła.

8
  • Nc dodać, nic ująć.

  • użytkownik usunięty

    „Podejrzewam też, że gdyby z tego filmu losowo wyciąć kilkanaście minut, większość jego koneserów nawet by tego nie zauważyła” – to akurat, wg mnie oczywiście, nie świadczy ani na korzyść, ani na niekorzyść filmu ;)

    Nie będę filmu jakoś specjalnie bronić, bo u mnie nierozerwalnie jest połączony z książką (przeczytaną wcześniej, co raczej jest istotne), na której podstawie, powiedzmy, powstawał. Może nudzić, ale może też nadzwyczajnie fascynować, podskórnie dręczyć zmysły możliwą interpretacją. Ot, jak zwykle, nic nowego pod słońcem... A jak widać może się spodobać nawet takim niezawodowcom jak ja ;)

    • użytkownik usunięty

      "to akurat, wg mnie oczywiście, nie świadczy ani na korzyść, ani na niekorzyść filmu ;)"

      Nie żartuj! Jeżeli możesz w dziele sztuki coś pominąć bez strat (bo tego nie zauważasz), to znaczy, że wartość tego, co zostało pominięte, jest zerowa.

      "bo u mnie nierozerwalnie jest połączony z książką /..../ może też nadzwyczajnie fascynować, podskórnie dręczyć zmysły możliwą interpretacją."

      Ależ wtedy jest jeszcze gorzej, bo jeśli już wiesz, o co chodziło w "Wynalazku Morela", to interpretacja staje się prosta jak cep: nie widzimy żywych ludzi, ale ich "fantomy" w kółko odgrywające kilka sytuacji ze swojego życia. Ile się tym można "nafascynować"? Kwadrans? Dwa?


      • użytkownik usunięty

        Zgadzam się, ale nie w przypadku tego filmu. To jest raczej połączone ściśle z tym obrazem, który jednak wymyka się, jak sam zauważyłeś, swoim kolegom i koleżankom po fachu. „Sekwencja zdarzeń” nabiera oniryczno-monotonnego charakteru i w tym urok filmu. Można wyciąć jedną, dwie sceny, a i tak film nie straci (moim zdaniem), a i wcale to nie będzie świadczyć o mnożeniu scen ponad potrzebę (jeśli spojrzymy na obecny kształt obrazu, to właśnie zasługa tej afabularności i tematyki, która narzuca pewne, zdawałoby się, zbędne posunięcia).

        Fascynować się można również rozwiązaniami formalnymi, wykreowanym napięciem. Książka i film nie są tożsame (nie będę spojlerować, ale mimo wszystko różnią się znacznie), choć lektura przybliża możliwą interpretację filmu. Mnie wręcz zachwyca to, w jaki sposób to zostało pokazane na ekranie i zazdroszczę tym, którzy najpierw obejrzeli film.

        • użytkownik usunięty

          "„Sekwencja zdarzeń” nabiera oniryczno-monotonnego charakteru i w tym urok filmu.'

          Akcent na "monotonnego". A oniryczność to ja mam w pakiecie życiowym każdej nocy. Co takiego jest w "oniryczności" nadzwyczajnego? Jak film jest trochę od czapy, trochę mętny, nie trzyma się kupy i nie bardzo wiadomo, co powiedzieć, to się mówi "oniryczny" i że to "nie trzymanie się kupy" to "logika snu" i jeszcze inne androny.

          I gdzie tam jest wykreowane napięcie? Napięcie to właśnie wprowadzał Bunuel i dlatego jego sny są dla mnie bez porównania ciekawsze.

          Książka i film w ogóle nijak się mają do siebie. W książce istotne jest rozwijanie się zagadki, natomiast film czerpie inspirację (bardzo luźną) z rozwiązania, które bez całej tej sekwencji zagadkowej jest - jak już napisałem - proste jak cep.

  • Vigilate, wszędzie gdzie nie wejdę - jakiś film Ci się nie podoba. A to przerost formy nad treścią, a to przeceniany i zbyt chwalony przez krytyków, a w praktyce przeciętny (tak było bodajże z ,,Regułami gry''). Zawsze coś nie gra. Podaj kilka filmów, które Ci się podobały i uważasz za arcydzieła, bo jak nie lubisz ,,Zeszłego roku w Marienbadzie'', to chyba najwyraźniej nie przepadasz za surrealizmem.

    • użytkownik usunięty

      Mam prostsze rozwiązanie: przestań czytać moje posty i zapomnij, że istnieje jakiś Vigilate. A już za żadne skarby nie wchodź do wątków, które zakładam.

      • Haha. Dobry pomysł, z drugiej strony martwi mnie to, że nigdy nie znalazłem wątku, abyś coś nadmiernie pochwalał. Zazwyczaj to negatywna opinia :)

        • Ha, ha, czyli nie tylko mi ten pan zakazał czytania i komentowania swoich wpisów. Piękne. I masz absolutną racje, to jest osobnik, któremu nic się nie podoba. Do tego jego opinie są nieprawdziwe, to taka mieszanka kretynizmów z chamstwem. To taka łatwizna intelektualna. Upaja się sam sobą. Piszę trochę jak emeryt, może naprawdę nim jest, bo piszę jak stary człowiek. Taki zrzędliwy emeryt.

          Spójrzmy co on takiego przenikliwego piszę, i jest zapewniam cię, jest o tym święcie przekonany.

          "dla widza zwyczajnie nudny" - najbardziej populistyczny argument, zawszę znajdzie się znudzony widz, który przytaknie, co wcale nie oznacza, że film jest nudny. Nie ma jednego widza, jest wielu, a każdy inny. Stwierdzenie pod początku do końca nieprawdziwe, to dla niego jest nudny, a mówi jak by siedział w głowie każdego, a to jest już objawem choroby psychicznej.

          "Ileż można takiej monotonnej "oniryczności"" - dla ciebie za dużo, człowieku, dla ciebie!

          "Bunuel też potrafił filmować sny, ale wiedział, że musi to być wsparte jakąś fabułą, elementarnym "co będzie dalej?"" - to lepiej nie oglądaj jego filmów, bo często u niego fabuła jest pretekstowa, nie zmierza w żadnym konkretny kierunku. Np. mamy film o świętym siedzącym na słupie, tam nie ma pytania za bardzo "co dalej?", w innym dwóch włóczęgów idzie trasą pielgrzymki, w innym człowiek wędruje przez Meksyk. Uwielbiam Bunuela, ale jego fabuły są bardzo często mocno epizodyczne, zwłaszcza te idące w stronę snów. Zwykle współpracujący z nim scenarzysta łączył te sny w fabularną całość.

          "Tutaj można spokojnie wyjść na pięć minut i niczego się nie straci. Podejrzewam też , że gdyby z tego filmu losowo wyciąć kilkanaście minut, większość jego koneserów nawet by tego nie zauważyła." - te dwa zdania pokazują, że nie wie co ogląda. Bo w tym filmie nie jest ważna ani forma, ani treść. Są, ale one tylko służą. Najważniejsza jest struktura. Reżyser chciał stworzyć filmowy labirynt, w którym widzą się gubi, nie wie gdzie idzie, jak jest czas, jakie miejsce, kim są postacie. Gdyby powycinać to co mu się wydawało zbędę, to znikła by cała istota tego filmu. To poczucie bezczasowości, unoszenia jest w dziwnej przestrzeni, jaką tworzy ten film. Bez powtórzeń nie byłoby tego filmu. Zamiast labiryntu dosielibyśmy zwykły prosty korytarz, po kolei od A do Z. W tym filmie trzeba się zgubić, inaczej nie widziało się go.

          • Z tym wycinaniem scen jest bez sensu z samego założenia, ponieważ o wielu filmach można powiedzieć, że ta czy inna scena niczemu nie służy (z czego nabija się Nostalgia Critic ze swoją brygadą w sieci - najczęściej w animacjach). Wiadomo, lepiej gdy scena wnosi coś do fabuły, nakreśla postać albo poszerza myśl tematyczną, ale w takim razie kino blokuje sobie drogę do wątków pobocznych, do długich scen, które tworzą klimat - czasem lepiej, gdy reżyser przeciąga scenę niż za wcześnie skraca. Znam widzów, którym nie podobają się długie ujęcia, bo nie potrafią się skupić, ale w kinie surrealistycznym potrzebna jest taka jazda bez trzymanki. To, że widz się nie cierpliwi - chyba nie świadczy o reżyserze? Są różne filmy i nie każdy robi kino rozrywkowe czy intelektualne, ale nauczyłem się, że do filmy trzeba umieć podejść, bo inaczej czeka nas męka i rozczarowanie. Też mogę powiedzieć, że to czy tamto jest niepotrzebne, tylko że to pójście na łatwiznę i czasem nie rozumiemy wizji artysty.

            • W skrócie można to ująć, że są jak ten film autorskie, które wymagają od widza nauki języka którym opowiadają, zapraszają do swojego świata, oraz te opowiadające historie w sposób przejrzysty, taki gdzie nie widzimy jak stawiane są kropki i przecinki. Problem polega na tym, że założyciel tego tematu będzie niezadowolony zawszę, gderający i obrażający. Niezależnie jak będzie opowiadana historia. Problem leży w widzu a nie w filmie.

              I tak na marginesie, Resnais nie nakręcił nigdy podobnego filmu, w takim językiem. Jego kolejne filmy są zawszę inne, niektóre diametralnie, inne mniej. Za to zawszę interesował go temat czasu, jak go postrzegamy, jak na nas działa, jego zaburzenia, to co determinuje kim jesteśmy, czy mamy na to wpływ. Takim jego filmem, który to wprost mówi to "Wujaszek z Ameryki". Pewnym paradoksem jest to, że filmy podobne do tego kręcił później go scenarzysta Alain Robbe-Grillet, zresztą jego książki są jak ten film.

  • Zgadzam się ale te dłużyzny łatwo jest wybaczyć.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: