Na gorąco

Czytając Wasze komentarze czuję wewnętrzny sprzeciw. Nie będę wydawał się w polemikę, bo nie dorastam Wam do pięt w znajomości filmowych arcydzieł, ale na mnie ten film wywarł przeogromne wrażenie. Jestem w średnim wieku, część życia jest już za mną, a w tym i sercowe wybory, i niemalże każdego dnia czuje tęsknotę za prawdziwą miłością. Czasami krótkie chwile w moim związku biorę miłość, ale ilość zawodów sprowadza mnie na ziemię. Ten film pokazał historię dwuch postaci, które odrzuciły kompromisy i pozostały wierne miłości. Przypomniały mi się moje tęsknoty za tym uczuciem, serce mocniej zabiło, dusza zapłakała nad własnym życiem. Pawlikowski przypomniał mi o tym, gorzkniejącemu człowiekowi przy użyciu pięknych środków wyrazu.

61
  • Bardzo ładny komentarz.

  • Pięknie powiedziane. Mężczyzna w średnim więku z rozczulającą refleksją nad własnym życiem. Takie cenne i rzadkie.

  • Z ciekawości - ile to wiek średni obecnie ? Pytam, bo sam mam 4 z przodu, ale nigdy nie zdecydowałem się na konformizm w rodzaju "czas zapomnieć o marzeniach i ożenić się, żeby nie starzeć się w samotności"

  • Find What you love and let it kill you...

  • Moja dusza zapłakała nad Twoją ortografią. Jakby chodziło o absolwenta gimnazjum, to bym nawet nie pisał. Ale tak... Skoro jesteś w średnim wieku, to mniemam, że z niejednego pieca jadłeś chleb. Ani nie z DWÓCH. Chciałoby się sparafrazować generała z C.K. Dezerterów - nie chwal się, że skończyłeś normalną, ośmioklasową podstawówkę, bo innym, którzy ją skończyli to chwały nie przynosi...

  • To o czym piszesz przeżył w swoim życiu w mniejszym czy większym stopniu chyba każdy. Nie warto się na tym skupiać i "płakać nad własnym losem". To nie tylko sentymentalne ale też .... głupie. Jeżeli tak jak piszesz jesteś w wieku średnim (nie wiem, podejrzewam że ok 40?) to jeszcze wiele przed tobą. Mnie ten film nie poruszył w żadnym stopniu. Jedynie rola T. Kota zapadła mi w pamięć. Ale on miał już wiele lepszych więc dla mnie to film do zapomnienia.

  • To zależy co definiujesz jako miłość. Jeśli chodzi o romantyczny przyjemny stan uniesienia towarzyszący początkowi relacji, to w mojej opinii, każdy, nawet będąc w długotrwałym dobrym związku za tym tęskni, ale to nie jest miłość.

  • to zależy od tego co czuje się, jaki etap relacji międzyludzkiej się przeżywa. ogólnie lubię melancholijne melodie i historie i film jest piękny, ale nie odczuwam go tak jak bym odczuwała jeszcze 4 lata temu. piękne melodie, ale smutek nie wypełnia mnie przez co oceniam go bardziej trzeźwym okiem gdzie widzę, że prócz pięknych zdjęć, muzyki, klimatu, aktorstwa zabrakło oj dużo dużo; jak zwykła czekoladka zawinięta w ekskluzywny papierek i w ładnym pudełeczku. miło, fajnie, ale po ugryzieniu coś pusto bo czegoś brakuje. fabuła choć wiadomo to nie taki długi film, jest jakaś nijaka. jak dla mnie zmarnowany potencjał na większe zarysowanie historyczne lub między bohaterami bo scen kiedy się zakochują w sobie nie ma prawie wcale. pstryk i magiczna różdżka na podstawie kilku sytuacji kreuje całą fabułę.. piękny stonowany film, ale według mnie ktoś mu zabrał część duszy.

  • "historię dwuch postaci, które odrzuciły kompromisy i pozostały wierne miłości". Hmmm. Jak mieszkali razem w Paryżu, to czego im k***a brakowało ?

    • Uwaga: spoileruję!

      Myślę, że dla zrozumienia tej historii kluczowy jest dialog, kiedy ona mówi, że czuje się gorsza i że ona nie wyjechałaby na zachód bez niego, tak jak on to zrobił. Owszem, chciał ją zabrać i czekał na nią, ale ostatecznie - gdy nie przyszła - wybrał życie na zachodzie bez niej. Ona nie potrafiła tego zapomnieć. Dlatego nie potrafiła w Paryżu z nim żyć, śpiewać piosenek napisanych przez jego kochankę itd. Na dodatek, gdy okazało się, że on opowiada jakieś historie o niej, mające ubarwić jej postać, poczuła się jak okaz w cyrku rozmaitości. Myślę, że brakowało jej potwierdzenia, że z jego strony ta miłość jest równie silna, jak jej. Takim potwierdzeniem ostatecznie stał się jego powrót do Polski, ale kosztem wolności i jak się później okazuje - kosztem wszystkiego. Ona sama wówczas stwierdza „co żeśmy narobili”. Wyciąga go z więzienia, ale kosztem zaprzeszczenia swojego życia, wchodząc w związek z człowiekiem, którego nie kocha, rodząc mu dziecko i zapijając się na umór. Gdy Wiktor się pojawia, prosi go, aby zabrał ją stąd „raz i na zawsze” i on to dla niej robi.

      Ktoś tu pisał, że to trochę kalka z „Nieznosniej lekkości bytu” i ja się z tym trochę zgadzam. Oczywiście nie dosłowna, ale te dwie historie mają ze sobą sporo wspólnego.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: