Marcin Stachowicz

Śpiące królewny i koniec snu

Hotspot
/fwm/article/%C5%9Api%C4%85ce+kr%C3%B3lewny+i+koniec+snu-140025
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/%C5%9Api%C4%85ce+kr%C3%B3lewny+i+koniec+snu-140025
HOTSPOT

Śpiące królewny i koniec snu

Podziel się

A może w świecie, w którym sen trzeba sobie wydzierać pazurami, radykalna pasywność zyskuje rewolucyjny potencjał? Zobaczmy.

Nowohoryzontowe "Trzecie oko" proponuje w tym roku ucieczkę w sen, emigrację wewnętrzną i szukanie schronienia pod bezpieczną kołdrą. Tylko czy na pewno chodzi o wyłączenie z życia i polityczną kapitulację? A może w świecie, w którym sen trzeba sobie wydzierać pazurami, radykalna pasywność zyskuje rewolucyjny potencjał? Zobaczmy. 

Ze snem koniec. Już nigdy więcej, przenigdy się nie uda. Orbituję między łóżkiem, kompem i kiblem, a destrukcyjne myśli krążą, podkręcają mój lęk. Zna to pewnie każdy, kto choć raz cierpiał na bezsenność trwającą dłużej niż kilka dni. Człowiek zapada się w sobie, dzień stoi pod znakiem apatii, zombiaczego snucia się w rytmie slow cinema Tsaia Ming-Lianga. Bo przecież chciałoby się odpocząć, uciąć sobie krótką drzemkę, lecz sen w ciągu dnia to złamanie świętych reguł. 

Pal jeszcze licho zaburzenia cyklu dobowego i beznadziejne samopoczucie. Najgorsza jest NIEPRODUKTYWNOŚĆ. Ciągły kołowrotek myśli, że w ciągu dnia trzeba robić, robić na wysokich obrotach, jak nie w pracy, to w domu – zawsze w ruchu, w pędzie, ku ważnym sprawom, ideom, towarom. Jeśli nie pracujesz – konsumuj. Jeśli nie konsumujesz – pracuj. Sen regeneruje ciało, jest zasadą życia w zdrowiu i spokoju, ale w logice późnego kapitalizmu pasywność, istotowa cecha wypoczynku, często równa się bezcelowości. "Ta zasadnicza część naszego życia, spędzana we śnie, podczas której uwalniamy się od bagna sztucznych potrzeb, pozostaje jedną z największych zniewag ludzkości rzuconych w twarz żarłocznemu kapitalizmowi". 

Tak pisze Jonathan Crary – autor książki "24/7. Późny kapitalizm i koniec snu" – zrównując wymóg nieustannego pozostawania w trybie ON z kondycją współczesnego podmiotu. W podobnym kierunku zmierza kuratorka nowohoryzontowej sekcji "Trzecie oko" – Ewa Szabłowska – w kulturowych kliszach "śpiącej królewny" dostrzegając nie tylko stereotypowe przedstawienia kobiecej bierności, ale także formy oporu, świadomego "odłączenia od systemu", "forpocztę letargicznej rewolucji". Aktualność tych rozpoznań daje do myślenia – w ciągu ostatnich kilku miesięcy bez przerwy przechodziliśmy od letargu i zamknięcia do stanów wzmożonej aktywności, a pod wpływem pandemicznego "zatrzymania" waliły się gospodarki i uświęcone style życia. Kino, od zarania porównywane ze śnieniem i marzeniem, wytworzyło z kolei własny, super bogaty język przedstawiania i opowiadania o sytuacjach obniżonej lub zniesionej świadomości. Oniryczne wizje, trans, stupor, halucynacje, sen regularny i sen na jawie – na cokolwiek byśmy wskazali, praktycznie zawsze pozostaje to w jakimś związku z przekroczeniem, złamaniem reguł, transgresją. I to nie tylko w obrębie narracji filmowej, ale szerzej – w naszym postrzeganiu rzeczywistości, jej utartych schematów, więzów społecznych i mentalnych, które nie pozwalają na głębsze wejrzenie w siebie i w strukturę świata. Innymi słowy – nie pozwalają na sen. 

I can't get no sleep

To odwrócenie jest dla mnie o tyle ważne, że figura "przebudzenia" – przyjęcie słynnej "czerwonej pigułki" z "Matriksa" – została częściowo zawłaszczona przez różne prawicowe subkultury internetowe i oznacza rewolucję, tyle że pod egidą błędnie rozumianej wolności indywidualnej, seksizmu i ksenofobii. Dużo bliżej mi do insomnii Narratora z "Fight Clubu" – bezsenności, która prowadzi do wkurwu na bezduszny system kapitalizmu korporacyjnego, na życie w kieracie praca-dom, praca-dom, zbieranie ochłapów z pańskich tac i brak alternatywy dla poczucia bezcelowości i bezwartościowości. Nie chodzi zatem o wyjście z letargu i stagnacji, ale właśnie – o odłączenie od Maszyny, pokazanie środkowego palca tym, którzy chcieliby zakazać snu, zaprowadzić rządy dnia 24/7 i ukraść cały nasz czas, przerabiając go podług reguł Świętej Produktywności. 

Sen – owa ostatnia niezagospodarowana sfera życia – pozostaje w ciągłej defensywie, zagrożony losem w pełni już zawłaszczonej sfery prywatnej. Jak pisze Crary, walka odbywa się na wielu polach. Czas snu stale ogranicza się na rzecz pracy, zmusza jednostki do praktykowania "turbo-drzemek" w ciągu dnia, przesiadywania w łóżku z laptopem lub tabletem, utrzymywania smartfonowych aplikacji – a więc i umysłów – w stanie nieustannego czuwania, w wiecznym trybie "on-line" i gotowości na odpowiedź. Wywoływany w ten sposób stres powoduje chroniczną bezsenność, którą zabija się środkami farmakologicznymi, całkowicie zaburzając rytm dobowy organizmu. Odmowa podporządkowania nie jest mile widziana, chociaż, w ekstremalnych sytuacjach, deprywacja naturalnej cielesnej potrzeby może się zakończyć śmiercią, jak w przypadku najbardziej "wytrwałych" pracowników rynków finansowych z londyńskiego City czy japońskich korpów. 

Czy jednak "odłączenie" rzeczywiście jest w stanie ukoić ciało i umysł? Jedną z propozycji byłoby skorzystanie z luk systemu i dobrowolne poddanie się farmakoterapii – życie z diagnozą pozwala na przejście w "stan spoczynku" przy jednoczesnym pozostawaniu w ramach akceptowalnej społecznie normy "problemów psychicznym". Taki plan realizuje bohaterka filmu "W bezruchu" Elisy Mishto – zawsze i wszędzie odmawia uczestnictwa, wchodzi w rolę "wiecznej pacjentki", której jedynym celem jest programowe robienie NICZEGO, wyjście poza system przymusów i schematów, co już samo w sobie – jak mówi – "wymaga zaskakująco dużo akcji". Oznacza to także pełną wolność do skrajnego narcyzmu, arogancji i braku empatii, co niestety czyni filmowy świat nieznośnym, a nawet – niebezpiecznym. To rodzaj utopii dla uprzywilejowanych – Julie może nie robić nic i spełniać się jako "czysta karta" wyłącznie dzięki kapitałowi zgromadzonemu przez rodziców. Nie ma tutaj żadnej groźby dla ciała, żadnego ryzyka, lecz tylko określony wybór z długiej listy ciekawych stylów życia. Rodzaj sugestii, że przekroczenie i odmienność da się kupić za pieniądze, że to jeszcze jedna fanaberia znudzonej światem wielkomiejskiej arystokracji, która przeciętnym "zjadaczom chleba" nigdy nie dostarczy żadnej realnej alternatywy. 

Cała ta sytuacja rodzi szerszą wątpliwość – czy figura "śpiącej królewny" nie jest po prostu inną nazwą przywileju klasowego? W końcu córka "znamienitego rodu" z definicji może więcej niż córka parobka. Dostęp do snu coraz częściej dzieli się podług kryteriów majątkowych: na prawdziwą pasywność, rozkosz nicnierobienia i ignorowania reguł społecznych mogą sobie pozwolić wyłącznie bogaci. Reszta jest zobligowana do wytężonej pracy na rzecz coraz bardziej rozbudowanej infrastruktury próżniactwa: loftów z łożami wielkości cadillaców, ekskluzywnych ośrodków spa, prywatnych samolotów z atłasowymi leżankami. Sen trzeba sobie każdego dnia wyrywać, wywalczać, posiłkując się narzędziami dostarczanymi przez przemysł wellness: medytacją, relaksacją, coachingowym planowaniem dnia co do minuty. Czas wolny ma mieć sens, ma być rozpisany na interwały produktywności i rugować z napiętej doby wywrotowy potencjał nudy. Nic więc dziwnego, że większość z nas nie ma już czasu na zapamiętywanie własnych snów. Marzenie jest niebezpieczne, bo prawdziwego eskapizmu – ucieczki w czeluści niepoukładanych myśli – nie da się przecież zmonetyzować. 

"Trzecie oko" – poniekąd odnosząc się do tej społecznej ekskluzywności filmu Mishto – zaoferowało także inną wizję: sen i matczyną apatię w roli czynników z gruntu destrukcyjnych, związanych z warunkami bytowymi, z jakimś dziwacznym rozchwianiem codzienności, nawiedzanej wciąż i wciąż przez duchy przeszłości, niewiadomo, neutralne czy powodowane gniewem lub traumą. "Pora wylinki" Sabriny Mertens czerpie i z baśni, i z horroru, i z typowego nowohoryzontowego "snuja", będąc przede wszystkim autorskim wziernikiem w praktyki ekstremalnego wycofania ku własnemu wnętrzu. Dziennikiem rodzinnej alienacji, która skutkuje naprzemiennymi wybuchami sadyzmu i masochizmu. Wspaniale, że bohaterką tego filmu jest dziecko – dorastająca dziewczynka, którą kształtuje strach i bunt w obliczu egzystencjalnej dezercji matki, plebejskiej "śpiącej królewny", otoczonej pamiątkami z dzieciństwa, starymi zabawkami, gałganami i całą masą innych rupieci, wiecznie w łóżku, zawsze w szlafroku. Prawdziwego snu właściwie tutaj nie ma – izolacja, skrajne oddzielenie od świata, skutkuje insomnią, postępującą frustracją, a wreszcie – zupełnie dosłownym pragnieniem "wchłonięcia" całej tej letargicznej rzeczywistości, skanibalizowania jej raz a porządnie. W tym niepokojącym świecie materac istnieje nie po to, żeby na nim spać, ale żeby w nim żyć – jak na bezludnej wyspie, przenosząc nań cały swój dobytek, wszystkie troski, radości i fantazje. Taki mały lockdown bez wirusa – w pościeli i na własne życzenie.

Z dala od Morfeusza 

A jednak, paradoksalnie, różne medialne doniesienia wskazują, że w czasie lockdownu śniliśmy więcej, intensywniej i dziwniej. Sen jako ucieczka został odzyskany. Ale czy na pewno? Ważną praktyką utrzymywania zdrowia psychicznego w dzisiejszych skrajnie niespokojnych czasach stało się oglądanie filmów i seriali na platformach streamingowych. W wypadku braku snu zdrowego – odpowiednio długiego i nieprzerwanego – zaczynamy uciekać w protezy śnienia: w trans wielogodzinnych opowieści i obrazów, które rzeczywiście odciążają umysł i pozwalają na rodzaj doraźnej pasywności. Lockdownowe wyraziste sny mogą być pochodną owej ponadprzeciętnej dawki obrazów wchłanianych w ciągu dnia. Tyle że znowu, oglądanie Netfliksa, podobnie jak korzystanie z mediów społecznościowych, nie uwalnia czasu wolnego od przymusu pracy. Jest to oczywiście praca niewidzialna, polegająca na nieustannym dostarczaniu danych o własnych zachowaniach i preferencjach, żeby następnie algorytmy mogły je wszechstronnie przeanalizować i zamknąć nas w enklawach "ulubionych" treści. "Sen streamingowy" nie daje zatem żadnego realnego odłączenia, wręcz przeciwnie – jest w pełni zsynchronizowany z kapitalistyczną logiką produkcji i konsumpcji. Żeby działać, wymaga czujności, skupienia, utrzymywania uwagi i to pomimo silnego wrażenia, że realizuje się w nim potrzeba "odłączenia" od codziennej bieganiny. 

Jeśli jedną z najważniejszych filmowych wizji śnienia – "Incepcję" Christophera Nolana – potraktujemy jako metaforę kondycji współczesnego świata, może nam wyjść, że rzeczy prawdziwie przełomowe często mają miejsce wewnątrz marzeń sennych. A skoro śnić – śnić prawdziwie – mogą już tylko bogaci – coś ważnego zostało nam odebrane. Marzenie senne – wyłączone tak z logiki produkcji-konsumpcji, jak i w ogóle z logiki sensu stricto – bywa forpocztą kreatywności. Analiza własnych snów – raczej nie w duchu mętnej psychoanalizy – choć trudna i żmudna, ma potencjał prawdziwie wyzwalający i "odłączający": pozwala przyjrzeć się umysłowi uwolnionemu z okowów, działającemu spontanicznie w imię odreagowania i przepracowania dnia codziennego. Fakt, że oniryzm jest obecny w kinie właściwie od samego początku, nie sprawił jednak, że poszły za nim wielkie pieniądze na produkcję. Charlie Kaufman – najważniejszy dzisiaj, obok Lyncha, twórca nadrealizmu filmowego – operuje w sennej logice od ponad dwóch dekad, ale wciąż pozostaje zawieszony na marginesach głównego nurtu. Sen jako ucieczka w przeciw-logikę to raczej domena sztuki z obiegu galeryjnego. Jon Rafman, artysta znany między innymi z przechwytywania dziwacznych obrazów z Google Street View, może sobie pozwolić na prowadzenie dziennika snów za pomocą oprogramowania 3D. Wiadomo, że żaden marszand czy kurator nie powiesi go – w zemście za branżową aberrację – na latarni za jaja. Ani nie wypchnie na opłotki systemu finansowania kultury.

Projekt Rafmana – także do zobaczenia w ramach "Trzeciego oka" – to zresztą bardzo ciekawy przypadek obrazu, który kompletnie nie pasuje do wellnessowych wyobrażeń o "zdrowym wypoczynku". Trójwymiarowa animacja – brudna, psychodeliczna i utrzymana w estetyce gier wideo sprzed kilkunastu lat – przynosi sen niespokojny i wywrotowy, pełen dziwacznych ludzko-zwierzęcych hybryd, mutantów, śmierci i seksu. To marzenie senne wywołane całodziennym przebodźcowaniem i spontanicznym wymieszaniem różnych substancji psychoaktywnych – Xanaxu, wódy, kwasu i palenia. Po czymś takim nie wstaje się rano do pracy, nie ogląda streamingu, nie idzie do sklepu, nie odbiera telefonów i nie sprawdza maili. Jest się rzeczywiście "odłączonym od systemu", tyle że w trybie pełzającej autodestrukcji, odrzucenia świata "na zewnątrz", ale ze wszystkimi przyległościami, które nadają życiu sens. Przypomina to do złudzenia retrofuturystyczne wizje ze słynnego komiksy Moebiusa i Alejandro Jodorowsky'ego. W "Incalu" wielkomiejski motłoch był utrzymywany w stanie permanentnego odurzenia dzięki tanim narkotykom i hipnotyzującej papce medialnej. Otumaniony, pogrążony w marazmie i fizycznie zmieniony przez krążące w żyłach toksyny, nie potrafił zdobyć się na akt politycznego sprzeciwu inny niż krwawe rozruchy. Gniew, pozbawiony określonego celu, skupiony na destrukcji i żądaniu igrzysk, zawsze prowadził do tego samego efektu – sklonowania starego dyktatora, tyle że w nowej skórze. Akurat na te pięć minut potrzebne do uspokojenia sytuacji i zsyntetyzowania nowych superdragów. 

Tylko czy istnieje jakaś sensowna alternatywa, skoro codziennie jesteśmy okradani ze snu? Możemy albo się podporządkować, albo korzystać z różnych form doraźnego odurzenia. Prawdziwy letarg jest luksusem, nuda – towarem albo bogactwem przekazywanym z pokolenia na pokolenia podobnie jak mieszkanie czy stan konta. Nie ma się co dziwić, że radykalni myśliciele, jak choćby zmarły w 2017 roku angielski filozof i krytyk kultury Mark Fisher, postulują "kwasowość" (od potocznej nazwy LSD) jako praktykę życia codziennego. Chodziłoby jednak nie tyle o przyjmowanie koktajlu z dragów, co o poszukiwanie takich aktywności i sytuacji, które pozwoliłyby dostrzec w pędzącej codzienności momenty innej rzeczywistości – świata opartego na prawdziwym, a nie tylko "towarowym" bogactwie. Kino z pewnością spełnia ten warunek – jest w końcu jedną z dominujących kulturowych operacji na świadomości i wyobraźni. Trzeba w nie tylko bardziej uwierzyć i pozwolić twórcom na oniryczny radykalizm. Nie bać się letargu i zawieszenia czasu. Nie bać się śnienia.
3