Bartosz Czartoryski

Rozmawiamy z M. Nightem Shyamalanem

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+M.+Nightem+Shyamalanem-131493
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Kazimierz+Kutz%3A+nie+tylko+%C5%9Al%C4%85sk-131246

Kazimierz Kutz: nie tylko Śląsk

PERSONAPodziel się

Jakub Majmurek o twórczości Kazimierza Kutza.

Kazimierz Kutz kojarzony był głównie jako twórca śląski. Nie jest to skojarzenie błędne: Kutz jako filmowiec, postać publiczna, polityk, był osobą o być może największym obok Jana Miodka wpływie na to, jak polska kultura postrzegała Górny Śląsk w PRL i początkach III RP. Znaczenie Kutza dla historii filmu polskiego nie ogranicza się jednak do roli "twórcy śląskiego". Nawet gdyby Kutz nigdy nic o Śląsku nie nakręcił, to i tak miałby w historii powojennego kina polskiego znaczące miejsce. Przede wszystkim za sprawą jednego filmu – "Nikt nie woła".

Anty-Chełmicki

Obraz z 1960 roku zamyka szkołę polską i otwiera polskie kino na zupełnie nowy filmowy język – bliski temu, jaki za sprawą francuskiej nowej fali czy takich dzieł jak "Przygoda" Antonioniego, opanował europejskie festiwale na początku lat 60. Historycy filmu często spierają się, czy istniało coś takiego jako "polska nowa fala". Jeśli istniało, to "Nikt nie woła" – film do dziś imponujący świeżością formy, odwagą eksperymentu, niesztampowymi rozwiązaniami plastycznymi i dźwiękowymi – należy uznać za jej założycielski tekst.

Nowofalowy język filmowy służy Kutzowi do polemiki z mitologią szkoły polskiej. "Nikt nie woła" można uznać za swoisty odwrócony "Popiół i diament". Główny bohater, Bożek, w przeciwieństwie do Maćka Chełmickiego, odmawia wykonania rozkazu antykomunistycznego podziemia. Ucieka, próbując budować normalne życie w nowej rzeczywistości. W pierwszej scenie widzimy go, jak siedząc plecami do widza i przodem do kierunku jazdy, zmierza na dachu pociągu w kierunku ziem odzyskanych, zostawiając przeszłość i dawne życie za sobą. 

W niewielkim miasteczku, gdzie przypadkowo decyduje się osiąść, spotyka młodą kobietę – Lucynę. Między dwojgiem młodych ludzi rodzi się uczucie. Jego prezentacją na ekranie nie rządzą jednak reguły gatunkowego melodramatu. Wręcz przeciwnie, narracja wydaje się czasami fragmentaryczna, nieprzejrzysta, niejasna, a zwroty akcji słabo zrozumiałe dla widza. W konstrukcji filmu nie ma jednak nic przypadkowego. Całość organizuje stendhalowska teoria krystalizacji uczuć –relacja Bożka i Lucyny przechodzi kolejne, wyróżnione przez Stendhala fazy dojrzewania miłości. 

Bożek jest też po trochu bohaterem Stendhalowskim – wrzuconym w historię, stanowiącą dla niego tło edukacji sentymentalnej. W porównaniu z takim stendhalowskimi postaciami jak Julian Sorel wydaje się jednak dość bierny, a na pewno pozbawiony charakteryzującej Sorela bezwzględnej determinacji, by wywalczyć sobie zaszczytne miejsce w świecie. Bożek jest bowiem jednym z wielu bohaterów kina powojennego o życiorysie przetrąconym przez wojenną traumę. Jest zmęczony walką i ukrywaniem się, nie bardzo ma jeszcze siłę czegokolwiek chcieć. Dopiero spotkania z Lucyną wytrąca go z apatii.

Nowofalowy język filmowy służy Kutzowi do polemiki z mitologią szkoły polskiej.
Jakub Majmurek
Narracja i świat przedstawiony są w "Nikt nie woła" od początku do końca przefiltrowane przez świadomość Bożka – to, co widzimy, zawsze zabarwione jest przez uczucia i afekty bohatera, stanowi projekcję jego przeżyć. Jak w swojej analizie filmu zauważyła filmoznawczyni Paulina Kwiatkowska, w dziele Kutza "nie sposób wskazać granicy między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne; między tym, co subiektywne, a tym, co obiektywne". Dlatego pojawienie się w życiu Bożka Lucyny radykalnie zawęża świat przedstawiony filmu, skupia go na postaci młodej kobiety, usuwa z kadru całą rzeczywistość miasteczka i wszelkie odniesienia do wielkiej historii. 

Ta silnie subiektywna narracja łączy się przy tym organicznie z bardzo chłodną, ascetyczną wizualną formą. Operatorem w "Nikt nie woła" był autor zdjęć do "Popiołu i diamentu" Jerzy Wójcik, trudno jednak o dwa bardziej plastycznie odmienne dzieła. We współpracy z Wajdą Wójcik tworzył silnie ekspresyjne, "barokowo" przeładowane, inspirowane malarską tradycją filmowe obrazy, często niosące ze sobą symboliczne treści. W "Nikt nie woła" kadry pozostają wizualnie wyciszone, płaskie, pozbawione zbędnych ozdobników. Dominują bliskie plany, pozwalające obserwować uczucia bohaterów. Nie ma żadnego odpowiednika sceny ze zwisającą głową w dół figurą Chrystusa w zrujnowanym kościele.

Historia dopada w końcu Bożka i Lucynę. Mężczyzna musi przynajmniej na chwilę opuścić miasteczko. Kutz pozostawia nas z otwartym zakończeniem – to czy para otrzyma jeszcze szansę, czy wróci od siebie, czy nie, zależy od decyzji widza. Także politycznej. Polityczna wymowa filmu sprzed ponad pół wieku brzmi szczególnie silnie w dzisiejszej Polsce – gdzie okres powojenny przedstawiany jest głównie przez pryzmat wspieranej przez państwo legendy antykomunistycznego podziemia zbrojnego, Żołnierzy Wyklętych. W tej sytuacji samo pokazanie powojennego bohatera, który zamiast kontynuowania wojny wybiera miłość, dla którego uczucie jest ważniejsze niż komunizm i antykomunizm razem wzięte, staje się gestem opozycyjnej pamięci.

Historia ludowa

Historycy filmu zaliczają kino Kutza z przełomu lat 50. i 60. do tzw. plebejskiego nurtu szkoły polskiej. W przeciwieństwie do tego reprezentowanego przez "Popiół i diament" stawia on w centrum zwykłego, wywodzącego się z ludu bohatera. U Kutza takie skupienie się na ludowym bohaterze ma często charakter otwarcie polemiczny wobec głównego nurtu szkoły.
 
Widać to już w jego debiucie, "Krzyżu walecznych" (1958). Film to trzy nowele krążące wokół wojennej tematyki. Bohaterami nie są jednak – jak u Wajdy czy Munka – rzuceni w wojenne piekło inteligenci, tylko przedstawiciele ludu. W swoich motywacjach często niedojrzali, słabo rozumiejący, co się właściwie wokół nich dzieje. Bohater pierwszej noweli, Franek Socha, zgłasza się na wojnę z dziecinnego powodu: mieszkańcy jego wioski nie doceniają go dostatecznie, uważają go za fajtłapę i poczciwego głupka. Wojna przemienia Franka, wykazuje się bohaterstwem i zostaje za to nagrodzony tytułowym odznaczeniem. Jednocześnie, gdy wraca do rodzinnej wioski, okazuje się, że została ona spalona w ramach wojennych działań.

"Krzyż walecznych"
Jakkolwiek dziecinną postacią byłby Socha, Kutz oddaje mu sprawiedliwość. Pokazuje, że historia to nie tylko dramaty Maćków Chełmickich. Że inteligencko-romantyczny klucz postrzegania polskich losów nie jest jedynym i niekoniecznie oddaje całość społecznego doświadczenia. Że mieszkańcy takich wiosek jak ta Sochy płacili czasem większą cenę za wojnę niż inteligencka młodzież z pokolenia Kolumbów. Inteligenccy bohaterowie są przez reżysera przedstawiani z dość złośliwą ironią – jak odtwarzany przez Zbigniewa Cybulskiego zootechnik Więcek z ostatniej nowelki "Krzyża".

Mity śląskie


Z ludowej perspektywy Kutz patrzy też konsekwentnie na Śląsk. "Sól ziemi czarnej" (1969) – opowieść o walce braci Basistów w drugim powstaniu śląskim – nie tylko stawia w centrum historii wywodzących się ze śląskiego ludu bohaterów, ale sama sporo czerpie z folkloru i ludowych tradycji narracyjnych.

Zamiast zwartej, narracyjnej konstrukcji otrzymujemy tu serię epizodów. Układają się one w opowieść, gdzie wielka historia łączy się z mitologią rodzinną, zmyśleniem, legendą. Opowieść ma nie tyle przekazywać "jak było", co utrwalać pamięć i tożsamość wspólnoty. Dlatego czasem trudno powiedzieć, czy to, co widzimy miało naprawdę miejsce, czy jest snem, marzeniem, funkcjonującą poza realistycznym kluczem alegorią.

Kolejny śląski film Kutza, "Perła w koronie" (1971) ma bardziej klasyczną strukturę. Centrum akcji jest strajk podejmowany przez górników jednej ze śląskich kopalni. Jest to przy tym jeden z bardzo niewielu filmów w kinie PRL po socrealizmie, gdzie bohaterem jest robotniczy kolektyw podejmujący ekonomiczną i polityczną walkę. 

"Perła w koronie"
Robotnicy nie walczą przy tym o abstrakcje wzięte z marksistowskiej ulotki, ale o godne życie dla siebie i swojej wspólnoty. Zanim zjeżdżamy z górnikami pod ziemię, widzimy pięknie sfotografowany przez Stanisława Lotha zmysłowy konkret ich codziennego życia: codzienne rytuały, gęstą sieć społecznych relacji, rodzinne i małżeńskie szczęście.

W 1979 roku w "Paciorkach jednego różańca" Kutz zabiera widza na współczesny Śląsk. Film traktowany jest jako akces reżysera do formacji kina moralnego niepokoju. Podobnie jak Wajda w "Człowieku z marmuru", Kutz pokazuje tu bunt robotnika przeciw robotniczemu państwu. Państwo to planuje zburzyć stare osiedle górniczych domków, a górników przenieść do bloków. Jeden emerytowany górnik – powstaniec śląski i dawny przodownik pracy Habryka – odmawia. Nie chce opuścić domu, w który wrósł całym swoim życiem. Nie ugina się przed presją, jaką na niego i jego rodzinę wywierają władze. Gdy w końcu zamiast przydziału w bloku otrzymuje willę w centrum Katowic, także nie potrafi w niej urządzić prawdziwego domu – wykorzeniony szybko umiera.

W roli Habryki Kutz obsadził naturszczyka, Augustyna Halottę. Halotta sam był w podobnej sytuacji co bohater filmu. Zamieszkiwał domek na katowickim osiedlu Giszowiec – wybudowanym zgodnie z koncepcjami miasta-ogrodu przez przemysłowy ród von Giesche w latach 1907-1910 dla pracowników ich kopalni. W 1969 roku podjęto decyzję o wyburzeniu Giszowca i zabudowaniu terenu blokami. Zburzono około dwie trzecie osiedla, zanim jego układ urbanistyczny nie został wpisany na listę zabytków. 
"Paciorki jednego różańca"
Szef PZPR w Katowicach, rządzący Śląskiem jak oddzielnym księstwem, Zdzisław Grudzień, uznał film za atak na siebie. Planował akcję przeciw "Paciorkom": "spontaniczne" potępienia aktywu robotniczego, ataki w prasie itd. Jak pisze Tadeusz Lubelski, wszystko to zmieniło się po tym, gdy Grudzień zobaczył film na specjalnym pokazie z żoną. Małżonka polityka płakała ze wzruszenia prawdziwymi łzami. Grudzień sam się wzruszył. Następnego dnia zaczął dzwonić do swoich ludzi z komunikatem "towarzysze, tę akcję przeciw filmowi to trzeba będzie jednak wyciszyć".

Jak dziś bronią się śląskie filmy Kutza i projektowana przez nie tożsamość regionu? Z pewnością o to trzeba by zapytać samych Ślązaków. Jednak nawet widzów obojętnych na folklorystyczną, ludową opowieść o Śląsku Kutza, muszą zachwycić obrazy z jego śląskich filmów. Lekcja solidarności i wspólnego działania, jaką widać w "Perle w koronie" jest dziś aktualna i cenna nie tylko na Śląsku. "Paciorki jednego różańca" ogląda się jako przemawiający też do nas współcześnie sprzeciw wobec bezmyślnej modernizacji, gotowej zalać wszystko betonem, wyciąć ostatnie drzewo, ślepej na realne potrzeby ludzi i wspólnot, jakie tworzą.

Prawda komedii

Rozliczenia z PRL Kutzowi wychodziły najlepiej tam, gdzie sięgał po komedię.
Jakub Majmurek
Podobnie jak wielu klasyków polskiego kina, Kutz miał problem z odnalezieniem się ze swoją twórczością w Polsce po roku 89. Mimo tego że w nowej rzeczywistości mógł podjąć tematy, jakich z pewnością nie mógłby w PRL. Kluczowy z projektów reżysera podejmujących rozliczenie z PRL – poświęcony masakrze górników w Kopalni "Wujek" obraz "Śmierć jak kromka chleba" (1995) – trzeba jednak uznać za rozczarowanie. 

Rozliczenia z PRL Kutzowi wychodziły najlepiej tam, gdzie sięgał po komedię. Na karnawał "Solidarności" na Śląsku reżyser patrzy w zrealizowanym dla telewizji "Zawróconym" (1994) z punktu widzenia komicznego, plebejskiego bohatera, Tomasza Siwka. Siwek roznosi wodę sodową pracownikom elektrociepłowni. Należy do partii i bez problemu daje się namówić, by poszedł na wiec "Solidarności" i donosił na kolegów. Na wiecu ponosi go patriotyczna atmosfera. Ze wszystkimi śpiewa "My chcemy Boga", trafia na komendę i choć jest bity, nikogo nie wydaje. Za bratanie się z "Solidarnością" Siwka wyrzeka się jego własna, pochodząca ze wsi rodzina – świętująca właśnie przyjęcie brata do ZOMO. Kutz przypomina, jak podzielone było społeczeństwo u progu stanu wojennego i jak często bardzo przygodne czynniki decydowały o tym, kto stoi po której stronie.

Komedia okazuje się także kluczem do spojrzenia na najmroczniejsze czasy stalinizmu w "Pułkowniku Kwiatkowskim(1995). Historia wojskowego lekarza, który przebiera się za oficera ministerstwa bezpieczeństwa publicznego i ratuje politycznych więźniów z rąk komunistów, staje się – mimo grozy ostatnich scen – wielkim manifestem optymizmu, przywiązania do zmysłowej radości życia, której, jak przekonuje reżyser, nie można pozwolić zniszczyć ani wojennej, ani komunistycznej traumie.

"Pułkownik"
okazał się ostatnią kinową fabułą Kutza. Po nim nakręcił tylko serial "Sława i chwała" oraz kilka spektakli teatru telewizji – ostatni w 2004 roku. Pozostawał jednak aktywny jako polityk i osobowość publiczna. Zasiadał w senacie w latach 1997-2007 i 2011-15, w latach 2011-2015 był posłem. W dzielącym dziś Polskę politycznym sporze zajmował jednoznaczne stanowisko. Jego kino zasługuje na to, by spojrzeć na nie ponad bieżącym politycznym podziałem – przetrwa ono z pewnością dłużej niż on. 
12