Michał Oleszczyk

Mów mi Rockefeller

Reaction Shot
/fwm/article/M%C3%B3w+mi+Rockefeller-135495
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Miliarderzy-135401

Miliarderzy

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Jakub Socha pisze dla nas o miliarderach w serialu "Sukcesja". Dowodzi, że zlepek targających nimi sprzeczności wydaje się bardzo współczesny.

Jakub Socha pisze dla nas w najnowszej odsłonie cyklu "Gorączka złota" o miliarderach w serialu "Sukcesja". Dowodzi, że zlepek targających nimi sprzeczności wydaje się bardzo współczesny. Miłej lektury!

***

Bardzo się zdziwiłem, ale też przecież ucieszyłem, gdy jeden z moich ulubionych wierszy Philipa Larkina, tego wyniosłego Angola, mizantropa, znawcy jazzu, bezdzietnego ochlaptusa, pojawił się nagle w siódmym odcinku pierwszego sezonu "Sukcesji", zatytułowanym "Austerlitz". "To może taki wierszyk", zaczynający się od słów: "Jebią ci życie mamcia z tatkiem,/ Może i nie chcą, ale jebią" (z wiersza w tłum. Jacka Dehnela), cytuje w serialu starszy, zadbany pan. Siwy, ale opalony, w eleganckich okularach, w kamizelce puchowej, z odpowiednią chustką zawiązaną na szyi wygląda jak Budda z Palo Alto, i poniekąd nim jest – zarabia na życie jako terapeuta biznesowy, a jego specjalnością jest rozwiązywanie sytuacji kryzysowych. Pamiętacie Wendy Rhoades z serialu "Billions", psycholożkę zatrudnioną u miliardera, której zadaniem było motywowanie jego pracowników do tego, by wypracowywali na giełdzie jak największe przychody, za wszelką cenę? W "Sukcesji" przed terapeutą zostaje postawione zadanie bardziej tradycyjne – ma uleczyć relacje między obrzydliwie bogatym Loganem Royem a jego dziećmi. Niestety chwilę po pierwszej sesji, rozpoczętej recytacją wiersza, terapeuta, podpuszczony przez jednego ze swoich pacjentów, daje efektownego nura do basenu, który kończy się tym, że wybija sobie przednie zęby i musi jechać do lekarza. Dobrze chociaż, że fotograf, wynajęty do uwiecznienia terapii, zrobił kilka zdjęć, które na pewno przydadzą się zatrudnionym przez Roya PR-owcom. Dynamika tego zdarzenia dobrze oddaje specyfikę serialu wymyślonego przez Jessiego Armstronga.

Armstrong do tej pory pracował w większości tam, gdzie się urodził – w Wielkiej Brytanii. Współpracował przy wielu produkcjach telewizyjnych, wspólnie z Samem Bainem napisał scenariusz do "Czterech lwów" Chrisa Morrisa, ale zasłynął przede wszystkim stworzonym wspólnie z Bainem serialem "Peep Show". W Polsce jest to rzecz praktycznie nieznana, nad Tamizą – kultowa. Występuje tu dwóch angielskich komików – David Mitchell i Robert Webb. Obaj mają na koncie kilka seriali opartych na tym samym schemacie, co "Peep Show": oni dwaj – dwóch cudaków, dwóch przygłupów – przeciwko sobie, i przeciwko całemu światu. W "Peep Show" grają współlokatorów mieszkających w londyńskim wieżowcu, pod którego klatką kręci się banda agresywnych szczeniaków. Mitchell wciela się w Marka, wycofanego pedanta, który marzy o rozpuście, a dni zaczyna od wyprasowania skarpetek. Webb – w Jeremy'ego, lenia, który żyje z nie wiadomo czego i myśli o sobie, że jego muzyka to coś dużo lepszego niż Prodigy. Głupota tych postaci jest obezwładniająca, ale chyba jeszcze bardziej ich niezdarność.  

Historia rodzinna nakłada się w "Sukcesji" na historię o świecie, do którego normalni ludzie nie mają dostępu.
Jakub Socha
Podobna figura wraca w "Sukcesji" pod postacią kuzyna Grega – spełnia on rolę wytrycha do świata miliarderów. Poznajemy go w momencie, gdy po wypaleniu skręta idzie do pracy: zakłada wielki pluszowy kostium, żeby zabawiać dzieci w parku rozrywki. Przegrzewa się w nim, robi mu się niedobrze, wymiotuje, wymioty wystrzeliwują z oczodołów pluszaka, w którego się wciela. Zostaje zwolniony, wydaje się, że jest naprawdę na lodzie. Niespodziewanie dla niego, ale też dla widza, bo któż by spodziewał się takiego rozwoju wypadków, Greg wyciąga szczęśliwy los na loterii, a może raczej z kieszeni, tylko po prostu zapomniał, że od zawsze go tam nosił. Matka przypomina mu, że jest kuzynem Royów, nowojorskich potentatów medialnych: właścicieli gazet, stacji telewizyjnych, floty statków wycieczkowych i parków rozrywki, a nawet podrzędnego szkockiego klubu piłkarskiego. Poruszających się po świecie prywatnymi odrzutowcami, jachtami długimi jak boisko do tenisa, pijących wódkę ze sproszkowanym złotem, korzystających z usług szofera nawet podczas jazdy motocyklem. Chłopak postanawia się do nich przytulić za wszelką cenę, i zostaje ofiarą mobbingu. Ale zachowuje się, jakby mu to aż tak bardzo nie przeszkadzało. Nie wiadomo tylko, czy to perspektywa kasy i prestiżu utrudnia Gregowi ocenę sytuacji, w której się znalazł, czy może przyczyną jest coś całkiem innego, na przykład jego bezbrzeżna głupota?

Jesse Armstrong kilka lat temu napisał scenariusz o słynnej rodzinie Murdochów, z którego ostatecznie nic nie powstało. Tak, tak, tych samych, którzy pojawiają się na drugim planie serialu "Na cały głos", opowiadającym o założycielu Fox News, Rogerze Aliesie. W wywiadach, których Armstrong udzielił tuż po premierze "Sukcesji", podkreślał, że nie byli oni jego jedyną inspiracją, gdyż potężnych rodzin, które trzęsą mediami, jest dużo więcej. I każda z nich jest kopalnią pomysłów. Weźmy Sinclairów, monopolizujących rynek lokalnych telewizji w USA i flirtujących z Trumpem. Albo takich Redstone'ów, którzy władają CBS. Nie tak dawno okazało się, że Summer Redstone, zbliżający się do setki patriarcha rodu wydał miliony dolarów na usługi seksualne. Ponoć dziś porozumiewa się ze światem za pomocą aplikacji głosowej zainstalowanej na tablecie, używając zaledwie trzech zwrotów: "yes", "no" i "fuck you". Jeśli dodamy do tego historie tych kilku nowych graczy, którzy pojawili się znikąd, by swoimi "internetowymi projektami" realnie zagrozić interesom starych lisów, wierzących w tradycyjne media i tradycyjny lobbing, teczka z materiałami pomocniczymi robi się tak gruba, że jej zawartość starczy spokojnie na kilka sezonów.

Historia rodzinna nakłada się w "Sukcesji" na historię o świecie, do którego normalni ludzie nie mają dostępu. Schemat serialu przypomina ten z "Króla Leara": królewicze i królewna walczą o tron króla, czemu przyglądają się błaźni, słudzy i niżsi urzędnicy dworu. Starzejący się Logan wyznacza swojego następcę, wszystko wydaje się ustalone, w ostatniej chwili jednak zmienia zdanie, następnie dostaje wylewu. Spadkobiercy lądują przy łóżku chorego. Wcześniej oczywiście ktoś zadba, żeby jego rodzina miała całe skrzydło szpitala dla siebie. Będą w nim knuć, zawiązywać sojusze, obrzucać się błotem. Ich pracownicy, umieszczeni w pokoju obok, będą w tym czasie przygotowywać strategię, komunikaty dla prasy i udziałowców. I zastanawiać się, kto pierwszy przejdzie do ofensywy. Szybko okazuje się, że chory nie da się aż tak łatwo wygonić na emeryturę. Prawdziwa telenowela.


Bohaterów "Sukcesji" obserwuje się jak jedyne w swoim rodzaju stwory.
Jakub Socha
To najsłabszy element "Sukcesji"Armstrong zbyt często chodzi na skróty. Jeleń ustawiony na pustej drodze naprzeciwko nadjeżdżającego samochodu należy do ulubionych zagrywek chodzących na skróty scenarzystów. Zesłana na Logana poważna choroba jest szansą na zbudowanie intrygi, uruchamia nowe wątki: na przykład starczej demencji. Dzieciaki pozostawione same sobie biorą się widowiskowo za łby, ale gdy robi się naprawdę ciekawie, Armstrong wraz z zespołem wywraca stolik do gry – każe wstać z łóżka Loganowi i powiedzieć: wróciłem. To samo zastrzeżenie można mieć do finalnej konfrontacji między Royem a jego synem Kendallem, pierwotnie szykowanym przez ojca na jego następcę. Gdy wreszcie wyrównują się między nimi siły, pojawia się nadzieja na poważne starcie, scenarzyści wyciągają asa z rękawa, tylko że robią to w momencie, gdy zagrali już cztery. A wcześniej jeszcze obiecali, że będą korzystali z jednej talii kart. Ale może właśnie chodzi o to, że ten, który ma władzę, może zawsze sięgnąć po jeszcze jedną talię, bo w jego przypadku nie ma czegoś takiego jak zasady. Ten, który ma władzę, kontroluje wszystko. Zależy od niego i ślepy los, i przypadek. Władza z kolei nie jest czymś, co dostaje się w prezencie albo jako nagrodę za dobrą grę. Nie, ją trzeba po prostu sobie wziąć.

Spośród Royów Logan jest chyba postacią najbardziej przewidywalną. Dorobił sobie legendę i korzenie, poróżnił się z jedynym bratem, który widzi w nim szatana, zmieniał żony, odrzucał najbliższych przyjaciół. Klasyczny stary piernik u władzy. Cynik, bulterier, egoista. Nie pierwszym, i nie ostatnim. W serialu idzie się przede wszystkim za jego dziećmi, uprzywilejowanymi i skrzywdzonymi, zjebanymi przez tatkę. Mogącymi sobie na wszystko pozwolić. I nie umiejącymi sobie z niczym poradzić. Najstarszy z nich, Connor uciekł do Nowego Meksyku, tam śni o jarmużu i Ameryce bez podatków, jest we władaniu pustynnego bzika, marzy mu się fotel prezydencki. Kendall jest najbliżej firmy. Uzależniony od ojca, liczy, że coś za to dostanie. Wzrok ma jak zbity pies, charakter jak chorągiewka na wietrze, za sobą, przed sobą problemy z narkotykami, za sobą jedno małżeństwo. Roman, król życia, improwizacji, impotent, zachowuje się tak, jakby nie mógł się doczekać, żeby podzielić się z towarzystwem jakiś ładnym, skatologicznym tekstem. Wreszcie Shiv, funkcjonująca poza firmą, stylizująca się na nihilistkę, prowadzająca się z nijakim, wystraszonym lizusem o imieniu Tom, który zrobi wszystko, dosłownie wszystko, żeby być jak najbliżej Royów. Obserwuje się ich jak jedyne w swoim rodzaju stwory: równocześnie bezbronne i niebezpieczne; wyrachowane i sentymentalne; marzące o bliskości i trzymające wszystkich na dystans; straszne i śmieszne. Ten zlepek sprzeczności wydaje się bardzo współczesny. 
1